Skandynawia
Dzień 7 – 25.06.2005 r.
W nocy spadł deszcz. Gdy obudziliśmy się rano, przywitała nas bura, pochmurna aura.
Wstałem około 8:00 i w pierwszej kolejności zabrałem się za naprawianie lewego tylnego kierunkowskazu w Suzi, który z niewiadomych mi przyczyn, przestał wczoraj działać. Jak się szybko przekonałem, powód był banalny – po prostu rozłączył się kabelek na konektorze, gdy zakładałem sakwy u Bo :).
Po „naprawie” zjadłem śniadanie i… położyłem się z muzyczką na uszach :). Pogoda była tak nieciekawa, że postanowiliśmy poczekać, aż się jakoś wyklaruje.
Jakoś przed południem zaczęło się wreszcie wypogadzać, więc zwinęliśmy namiot i pojechaliśmy do tego Goteborga. Krzychu poprowadził nas do stadniny koni, w której pracował rok temu.
Zostaliśmy tam bardzo mile przyjęci lodami i polskimi truskawkami ;P, a podczas rozmowy wyszło, że możemy tu kilka dni popracować, poczynając od 3 lipca. Bardzo się z tej nowiny ucieszyliśmy, choć tak ustawiony termin rozpoczęcia pracy trochę ograniczył nam pole manewru. Musieliśmy przez przeszło tydzień kręcić się w pobliżu Goteborga, aby móc wrócić do stadniny na tego 3 lipca…
Pożegnaliśmy się więc i ruszyliśmy w kierunku wyspy Tjorn, aby poszukać jakiegoś dorywczego zajęcia na tych kilka dni. Kiedy się już na wyspę dostaliśmy, zafundowaliśmy sobie obiadek, by pełni sił móc rozglądać się za robotą.


Długo i bezskutecznie jeździliśmy po całej wyspie od drzwi do drzwi, pytając farmerów, czy nie potrzebują czterech rąk do pomocy. Ale zawsze odprawiali nas z kwitkiem.

Już około 19:00 nagle Krzychu zjechał w jedną uliczkę i przestraszony powiedział, że zgubił sprzęgło…
Na szczęście w nieszczęściu problemem okazała się tylko zerwana linka. Ale co z tego, skoro nie mieliśmy zapasowej?
Zaczęliśmy więc kombinować nad jakąś prowizorką. W lince urwała się tylko baryłka przy samej klamce, więc nie było aż tak źle, jak w pierwszej chwili myśleliśmy.
Początkowo chwyciliśmy koniec linki między dwie podkładki i skręciliśmy to jak się mocno dało śrubą. Nawet działało, choć wyglądało to jak niezły pasztet ;).

Gdy było już to gotowe, podeszli do nas dwaj miejscowi kolesie, którzy widząc nasz problem, postanowili nam pomóc. Obejrzeli co się stało, chwilę podyskutowali i powiedzieli nam, ze za chwilę wrócą. Po paru minutach przytargali zwykłą baryłkę, skręcaną na śrubę :). Pomogli nam ją założyć i… Transalp jak nówka!
Za udzielenie nam pomocy autochtoni zostali sowicie przez Krzyśka nagrodzeni małą Żubrówką ;).
Ponieważ była już godzina 20:00 i trzeba było zacząć myśleć o noclegu, podeszliśmy do gospodarstwa, przy którym naprawialiśmy motocykl, celem zapytania o możliwość rozbicia namiotu. Okazało się, że w gospodarstwie tym spotkaliśmy tych samych dwóch chłopaków, którzy nam pomagali w naprawie ;).
Gospodarze zgodzili się udostępnić nam kawałek ziemi pod namiot, więc już przed 21:00 stał on na ogromnym polu, pod samym laskiem.
Dziś pokonaliśmy tylko 136km. Licznik pokazał 50536km.