Skandynawia
Dzień 14 – 2.07.2005 r.
Standardowo wstaliśmy przed 8:00. Wrzuciliśmy coś w żołądki, zwinęliśmy obóz i wykulaliśmy się z naszego pola.
Na twardym gruncie Krzychu nasmarował sobie łańcuch (miał bardzo zużytego Irisa, wiec dbał o niego bardziej niż o siebie :P), potem zatankowaliśmy i łycha do Goteborga!
Zjechaliśmy na nasze nowe, zaklepane wcześniej miejsce pracy. Zostawiliśmy bagaże w przydzielonej nam, ogromnej przyczepie kempingowej, połknęliśmy po barszczyku i odciążonymi motocyklami pojechaliśmy do centrum Goteborga :).
Pracę mieliśmy zacząć dopiero następnego dnia, więc mieliśmy popołudnie dla siebie. Postanowiliśmy zrobić zakupy, znaleźć kafejkę internetową, trochę się pobyczyć…
Ciekawie jeździło mi się bez bagażu :). Pierwszy raz od wyjazdu zobaczyłem na liczniku 140km/h :). Z rozwalonym tylnym amorkiem jednak dosyć mocno bujało całym motocyklem, więc nie szarżowałem za bardzo…
Najpierw w supermarkecie wykonaliśmy zakupy żywnościowe na kolejne dni pracy, a potem oglądaliśmy sobie telefony komórkowe w różnych sklepach, gdyż miałem plan wymienić sobie swój rozpadający się aparat na coś nowego…
Gdy już upatrzyłem sobie telefon, udaliśmy się motocyklami do kafejki internetowej. Maszyny zostały na parkingu, a my już po chwili mieliśmy monitory przed gębami :).
No, jak w domciu! 😉 Tylko klawiatura jakaś kretyńska i nie umiałem wbić znaku „@” w adresach mailowych :(. Ale w końcu jakoś doszedłem jak to zrobić, więc powysyłałem kilka maili, Krzychu napisał posta na 4um, że żyjemy i… jak ten czas leci! Wykupione pół godziny padło w oka mgnieniu…
Po wyjściu z kafejki mieliśmy jeszcze mnóstwo czasu i zero planów. Obeszliśmy sobie więc miasto z buta, Krzychu zadzwonił do dziewczyny z budki telefonicznej, ale że było piekielnie ciepło – wróciliśmy do maszyn, by sie przewietrzyć :).
Okrężną drogą wróciliśmy do naszego nowego domu. Tam zadomowiliśmy się w przyczepce, zrobiliśmy obiadek na aneksie kuchennym, wylegiwaliśmy się na wygodnych łóżkach. Jak w hotelu :).
Ponieważ ciągle czasu było dużo do nocy i się nam nudziło, to każdy z nas zrobił sobie drobny serwis przy motocyklu (ja wymiana żarówki, Krzychu naciąganie łańcucha), a potem zajęliśmy się doprowadzeniem samych siebie do porządku. Mycie, golenie… Bajka :). Małe pranie ciuchów też się odbyło…
Gdy zabrakło nam zajęć, zabraliśmy się za wyżeranie zapasów :). Tak ogromnej kolacji to dawno nie zjadłem jak wtedy :P. Jednak bezczynność jest zgubna ;).
W końcu jednak nadeszła noc. No powiedzmy – o północy było jeszcze jak w polski wieczór, ale to już nie nasza wina :).
Suza zrobiła dziś przeszło sto kilometrów. Licznik pokazał 50995km.