Alpy 2009 (5) | |
Menu: Strona główna Nowości Motocykle Wyjazdy Warsztat Galeria Autor |
<= Poprzedni | 0 | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | Następny =>
Dzień 5 - 8 września 2009 Poderwaliśmy się o 7:30 na nogi i o 8:00 wylądowaliśmy na śniadaniu. Dzięki temu uwinęliśmy się w godzinkę ze wszystkim i o 9:15 już siedzieliśmy na motocyklach gotowi do drogi. ![]() Silvrettę z perspektywy czasu podzieliłbym na dwa etapy. Pierwszy - w miarę płaski, z niewielkimi różnicami wysokości, szybki i kręty. ![]() ![]() Po środku tego odcinka jest zapora i zbiornik wodny, na początku - wiadomo - bramki, na na końcu mały parking, od którego zaczynają się już ciasne serpentyny. ![]() ![]() Drugi etap Silvretty nie był już taki fajny z punktu widzenia motocyklisty, aczkolwiek miał również swój niepowtarzalny urok i klimat. ![]() ![]() ![]() Także... z punktu widzenia motocyklisty ten odcinek Silvretty był trochę "stracony", jednakże te krowy łażące po asfalcie mimo wszystko były czymś ciekawym, wręcz egzotycznym - i miało to po prostu swój urok. Ok. 11:15 znaleźliśmy się wszyscy na dole, na wylocie z Silvretty. Naszym dalszym planem było zaliczenie trasy, którą Top Gear uznał za raj dla kierowców, czyli odcinek z Davos do Stelvio. A to oznaczało, że trzeba było się możliwie jak najszybciej przedostać do Davos, czyli skorzystać z autostrad. Wskoczyliśmy na A14 i pogoniliśmy w stronę Szwajcarii. I oczywiście udało nam się pogubić. Mieliśmy trochę różne poglądy na temat prędkości podróżnej i odnośnie nieznacznego przekraczania ograniczeń :]. W rezultacie na Feldkirch z autostrady zjechałem sam z Ewerem. Postanowiliśmy pojechać jeszcze kawałek dalej sami - w stronę Vaduz. Przekroczyliśmy niepostrzeżenie szwajcarską granicę, a parę kilometrów dalej wjechaliśmy do Lichtenstein'u. Jazda po uliczkach Vaduz po trasie nr 28 była strasznie denerwująca. Ograniczenia non stop do 30-50km/h, których woleliśmy się trzymać, były irytujące. Na pewnych światłach nie wytrzymaliśmy więc rad wujka GPS i skręciliśmy w stronę autostrady A13, biegnącej równolegle do naszej drogi. Szukając dobrych stron tej sytuacji - stolicę Lichtenstein'u zaliczyliśmy! :) Z A13 skręciliśmy znowu na drogę 28 dopiero w okolicach Landquart i zatrzymaliśmy się na najbliższej stacji benzynowej. Tam skontaktowaliśmy się z Wojtasikami, którzy gdzieś na nas czekali i uzgodniliśmy, że spotkamy się na wlocie do samego już Davos. ![]() Do Davos doczłapaliśmy ok. 12:45 i zatrzymaliśmy sie przy parkingu na jego wlocie. Aby nie marnować czasu, oczekiwanie urozmaiciliśmy sobie konsumpcją różnych cudów z naszych zapasów i robieniem zdjęć. ![]() Lekko posileni, wreszczcie w komplecie, wystartowaliśmy na Fluelpass, tj. drogę łączącą Davos z miejscowością Susch. Byłem święcie przekonany, że to właśnie jest "Top Gear Driving Heaven", jednak po powrocie do domu okazało się że nie do końca ;). Tzn. ten odcinek jeszcze do tej trasy należy, ale dalej niestety już na Stelvio pojechaliśmy inaczej niż goście z Top Gear... Niemniej jednak ten pierwszy odcinek był faktycznie rewelacyjny! Asfalt fantastyczny, winkle - żyleta... Lewy podnóżek znowu dostał za swoje i raz w prawym winklu znowu centralka przyrżnęła. Prawy podóżek pozostał nie rozdziewiczony :(. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Kiedy więc już wszystko mieliśmy udokumentowane i nacieszyliśmy się wystarczająco z osiągnięcia Stelvio - ruszyliśmy po serpentynach w dól w stronę Bormio. Oj, zjazd ten był również czymś niesamowitym i człowiek znowu był rozdarty - czy gnać na złamanie karku, czy zatrzymywać się co chwilę na zdjęcia... ![]() To na tym też odcinku doszedłem już do niezłej wprawy w przycieraniu lewym podóżkiem. Na jednej serii ciasnych agrawek... ![]() Im bliżej Bormio, tym droga robiła się mniej ciekawa. Przewinęło się też kilka odcinków z ruchem wahadłowym. U podnóża zaś całej trasy wyskoczyłem zza winkla prosto na czekających już na dole Pietrę i Wojtasika. Była już 17:00. Ewera nie było jeszcze dobrych parę minut, więc w tym czasie zaczęliśmy kombinować nad dalszą trasą. I tu uważam, że popełniliśmy mały błąd. Znając szwajcarskie mandaty i mając ciśnienie na szybkie przedostanie się w okolice St. Bernardino, postanowiliśmy ominąć Szwajcarię szerokim łukiem, dołem, przez Włochy, aby po prostu szybko i z mniejszym ryzykiem wysokiego mandatu zbliżyć się do naszego celu. A mogliśmy pogonić z Bormio na Livigno (czyli przez kolejny fragment trasy z Top Gear), potem przełęczą Bermina Pass dostać się do Szwajcarii i dalej drogami 29, 27 i 3 - czyli trasami widokowymi - wrócić do Włoch. Zamiast tego pognaliśmy w dół na Tirano i Sondrio, a potem skręciliśmy do góry na Campodolcina. Cały czas jechaliśmy po głównych drogach SS38 i SS36, masakrycznie obciążonych ruchem, w korkach i bez żadnych sensownych widoków. Jedynym urozmaiceniem dla mnie było to, że na tym odcinku zamieniliśmy się z Pietrą motocyklami ;). Wymęczeni końcówką tego dnia, zaczęliśmy rozglądać się za jakimś noclegiem. Poszukiwania zaprowadziły nas do miejscowości Chiavenna, gdzie też przypadkiem zatrzymaliśmy się przy dwugwiazdkowym Hotelu Flora. ![]() Gdy Pietra się odnalazł z pustymi rękami, zdecydowaliśmy się na hotel. Nie chciało nam się już szukać - ciemno się robiło, a wszyscy byliśmy bardzo głodni. Dostał nam się malutki pokój z czterema łózkam, kiblem i widokiem na jakąś budowę. Ciasno, trochę PRL-owsko, ale... do przeżycia :). Przebraliśmy się szybko w cywilne ciuchy i poszliśmy w miasto. Pietra tego dnia miał imieniny, więc bez małej imprezy się obejść nie mogło. Około 21:00 wylądowaliśmy w restauracji przy stolikach na powietrzu i po chwili pałaszowaliśmy genialną, włoską pizzę, zapijając ją lekkim winem :). ![]() ![]() <= Poprzedni | 0 | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | Następny => |
Copyright (c) by zbyhu |