Kolejna wyprawa w góry była dosyć spontaniczna i głupia. Miałem do odhaczenia Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem. Czyli do pokonania upierdliwy szlak nad Morskie Oko. W niedzielę… Tylko ten dzień miałem wolny od pracy.
Aby więc nie umrzeć idąc z całym rodzajem ludzkim, w góry wyjechałem… ok. 22:00 w sobotę. Po pracy, bez snu, nocą z 5 na 6 lipca 🙂 .
Pojechałem autostradowo, aby było bezpieczniej. Czyli A4 do Krakowa, potem S7 i dalej DK47. Temperatura była całkiem znośna, choć na takim dystansie i tak trochę wymarzłem. Zatrzymałem się po północy w Poroninie na stacji i zamówiłem sobie kawę. Ciepły napój ogrzał mnie trochę, a kofeina pobudziła.

Na parking dotarłem dokładnie o 1:00 w nocy. Parkingowy coś tam stękał, że w nocy nie wolno po Parku Narodowym chodzić, ale odparłem, że nie wolno też pić w pracy, bo waliło od niego alkoholem na kilometr. Uspokoił się i mnie wpuścił.

Przebrałem się ciemnościach przy świetle czołówki i ruszyłem żwawym krokiem w stronę Morskiego Oka.
Klimat był niezły! Nieprzenikniona ciemność, szeleszczące zarośla, jarzące się w świetle czołówki oczy różnych zwierzaków buszujących po krzaczorach. No, miałem trochę duszę na ramieniu!

Z drugiej strony silnie rozgwieżdżone niebo i spadające gwiazdy robiły również robotę…
Wodogrzmoty Mickiewicza minąłem o 1:40…,

…a pod schroniskiem zameldowałem się o 2:30. Tam na ławkach spało kilka osób, a ja sobie opędzlowałem bułkę, zapijając herbatą.

Posilony powędrowałem wokół Morskiego Oka i ok. 3:00 rozpocząłem wspinaczkę nad Czarny Staw. Patrząc po zdjęciach – wejście zajęło mi 12 minut, zamiast tabliczkowej połowy godziny. O tej porze horyzont już powoli zaczynał mienić się barwami nadchodzącego świtu.

Od Czarnego Stawu zapiąłem już zielony szlak – nigdy jeszcze nim nie wędrowałem. Dosyć stromo piął się w górę i na początkowym etapie minąłem kilku schodzących alpinistów z linami i szpejem wspinaczkowym. Wraz z przewyższeniem robiło się coraz jaśniej, niemniej moje niezłe tempo sprawiło, że zacząłem wierzyć, iż zdążę zobaczyć wschód z samej Przełęczy…

Powoli wyszedłem z kosodrzewiny. Tam zastało mnie usypisko wielkich głazów, na którym znaczniki szlaku były słabo widoczne i trochę się tam pogubiłem. Straciłem kilka minut na odnalezienie ścieżki i potem już takich problemów nie miałem.
W jednym miejscu szlak prowadził strumieniem, z którego trzeba było wspiąć się na kilkumetrowy próg. Fajnie! Lubię takie urozmaicenia…
Za rzeczką szlak skręcił ostro w lewo i zaczął robić się miejscami naprawdę stromy – ręce coraz częściej szły w ruch.

W pewnym momencie trafiłem na kilkudziesięciometrową rynnę skalną, która wyprowadziła mnie dosyć niespodziewanie na jedno z bardziej rozpoznawalnych miejsc w Tatrach. A przynajmniej na tym szlaku. Jest tam charakterystyczna klamra i krótki trawers nad przepaścią. Widok na Morskie Oko z tej eksponowanej półki robi robotę!

Po paru zdjęciach pognałem dalej. W sumie zaskoczony byłem, że nie spotkałem dalej jakichś większych utrudnień – sława szlaku sprawiła, że oczekiwałem czegoś bardziej wymagającego…

Około 4:30 spotkałem na szlaku w oddali kozice. Spieszyłem się coraz bardziej, bo czas do godziny wschodu słońca mi się mocno skurczył… Mało więc zawału nie dostałem, gdy wychodząc zza załomu skalnego, w odległości dosłownie 2m ode mnie ukazała mi się kozica. Ta – pewnie też zaskoczona moją obecnością – skoczyła błyskawicznie ze ścieżki na złamanie karku w dół zbocza – w przepaść. Tam było prawie pionowo! Gdy nieco ochłonąłem i wyjrzałem, gdzie zwierz zniknął, nie mogłem w to uwierzyć… Kozice po prostu zakrzywiają prawa fizyki!

Idąc dalej olałem odbicie na Kazalnicę Mięguszowiecką, ale i to nie pomogło. Cóż powiedzieć – nie zdążyłem! O 4:37 ukazały mi się pierwsze promyki słońca ponad szczytami na horyzoncie…

Zatrzymałem się więc, usiadłem na szlaku i chłonąłem spektakl barw, tam, gdzie mnie zastał…

Widok był spektakularny…

W drogę na przełęcz ruszyłem po kwadransie wyciszenia.

I okazało się, że zabrakło mi dosłownie 10 minut marszu. Zieloną kropkę, oznaczającą koniec szlaku, osiągnąłem punkt 5:00.

Z przełęczy ukazał mi się przepiękny widok na słowacką stronę Tatr i Wielki Staw Hińczowy.

Porobiłem trochę fotek, zarówno nisko jeszcze wiszącemu słońcu, jak i Mięguszowieckiemu Szczytowi Czarnemu, który dumnie górował nad przełęczą. To tam też znajduje się Chłopek, niemniej na zdjęciach jest on słabo widoczny.

Na przełęczy wiało dosyć mocno, więc zszedłem kilka metrów poniżej grani. Tam rozsiadłem się na trawiastej półeczce i pochłonąłem rytualną bułkę zwycięstwa.

W drogę powrotną ruszyłem jakoś o 5:25.

W rejonie Kazalnicy Mięguszowieckiej próbowałem na chwilę położyć się i zdrzemnąć, ale byłem zbyt pobudzony i z pomysłu szybko zrezygnowałem. Popatrzyłem chwilkę na panoramę z Kazalnicy i potem już ruszyłem bez ociągania w drogę powrotną. Mogłem podziwiać to, czego rano za bardzo w ciemnościach nie widziałem 😉 .

Chwilę po 6:00 byłem przy „trawersie z klamrą”…,

…a godzinę później przy Czarnym Stawie.

Postój zrobiłem sobie przy tafli Morskiego Oka, a w drogę do schroniska poszedłem przeciwległym brzegiem – dla urozmaicenia wędrówki 🙂 .

O 7:45 osiągnąłem schronisko, przy którym już zaczynał się turystyczny ruch.

Dalej już pozostał mi do odbębnienia przykry obowiązek zejścia asfaltem do motocykla. Dotarłem do niego o 9:10.

Przed drogą do domu wypiłem napój energetyczny. Rzadko kiedy po nie sięgam, ale tym razem uznałem, że warto.
Do domu jechałem po swoich śladach. Nie obyło się bez kawy i lekkiej szamy w McDonaldzie w Jaworniku – brak snu zaczął jednak mi doskwierać. Ale kofeina i burger w żołądku pozwoliły mi bezpiecznie wrócić ok. 12:30 do domu.

I tyle!

Niestety nie udało mi się wybrać w Tatry w drugiej połowie roku, więc domknięcie Turystycznej Korony Tatr musi poczekać do 2026 roku 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *