Kolejny raz w Tatry pojechałem już sam – tydzień później.
Tym razem trzeba było odhaczyć coś z listy Turystycznej Korony Tatr i padło na Jagnięcy Szczyt.
Z domu wyjechałem przed 3:00 rano. Tym razem musiałem objechać cały masyw Tatr, aby dostać się na parking Biała Woda, niedaleko Tatrzańskiej Łomnicy. W nocy nie chciałem ryzykować ganiania szlakiem koziej dupy przez Słowację, więc pognałem na szybko – autostradą A4 i potem S7. Na miejsce dotarłem ok. 5:30.

Po przebraniu i opłaceniu parkingu ruszyłem na szlak. Zapiąłem kijki i zasuwałem ile sił w nogach. Po drodze minąłem nadspodziewanie dużo ludzi, ale nikt mnie nie wyprzedził :P.

Do schroniska dotarłem bez przystanków w ok. półtorej godziny.

Tam machnąłem kilka zdjęć, napiłem się i ruszyłem dalej w stronę Jagnięcego Szczytu. Tu już na szczęście ludzi nie napotykałem.
Trafiłem za to na kota – pierwszy raz w Tatrach. Byłem nieco zaskoczony, ale na pewno był to zwierz ze schroniska – zupełnie ufny i zadbany. Dał się pogłaskać, pomruczał… Ale czasu na niego za dużo nie marnowałem ;).

Kawałek dalej natknąłem się na stadko kozic, więc ponownie aparat poszedł w ruch.

Potem było jeszcze małe jeziorko, a kawałek dalej łacha śniegu. Tego to się o tej porze roku nie spodziewałem 🙂 .

W pewnym momencie podejście zaczęło robić się bardziej strome i pojawiły się łańcuchy. W sumie to myślałem, że będzie ich znacznie więcej, a tu zaledwie kilka sztuk i już byłem na grani.

Rozpościerał się stamtąd już całkiem przyjemny widok, a szlak poprowadził mnie na drugą stronę grzbietu.

Wędrówka była też nieco urozmaicona, bo od czasu do czasu wejście zamieniało się w zejście 😉 .

Zrobiło się trochę chłodno, bo byłem po zacienionej stronie grani, ale dynamiczny marsz mnie ogrzewał, więc po ciepłe ciuchy nie sięgnąłem.

I tak jakoś na szczyt wylazłem nadspodziewanie szybko, bo już o 8:45. Cała trasa z parkingu zajęła mi więc zaledwie 3h.

Nagrodą był pusty wierzchołek. Miałem go na wyłączność przez dobre pół godziny…

Oczywiście obfotografowałem wszystko, zjadłem bułkę, poprawiłem herbatą i znalazłszy sobie względnie wygodny skrawek terenu, położyłem się i… chłonąłem ciszę. Słoneczko pięknie już operaowało.
W drogę powrotną ruszyłem po godzinie. Ludzi wychodziło na szczyt coraz więcej, więc trzeba było się ewakuować…

W czasie zejścia odcinek grani i łańcuchów poszedł mi sprawnie i bezproblemowo. Dopiero dalej, na stromej ścieżce usypanej luźnymi kamieniami, ujechała mi noga i chcąc podeprzeć się odruchowo ręką, całym ciałem upadłem na lewą dłoń, w wyniku czego wyłamało mi mały palec. Pozbierałem się, zwinąłem w odruchu bólu dłoń w pięść, jednak poczułem, że poszkodowany palec odmówił współpracy. Spojrzałem – był wygięty w chińską ósemkę, z ewidentnie wybitym ostatnim paliczkiem ze stawu. Nacisnąłem kciukiem i… pstryk! Paliczek wrócił na miejsce, a ja mogłem zacisnąć pięść. Miałem ranę na spodniej stronie palca, więc zaciskanie dłoni ograniczało krwawienie…

I cóż.. Poleciałem dalej!
A dalej już było w sumie tylko nudna deniwelacja. Do schroniska doszedłem chwilę przed 11:00. Tam obmyłem w toalecie pokiereszowany palec i bez dalszej zwłoki ruszyłem w dół. Do motocykla dotarłem ok. 12:30.

Przebieranie się z obolałym palcem było ciekawe, choć najtrudniejsze okazało się zakładanie rękawicy motocyklowej. Chwilę mi przy tym zeszło i jakby ktoś z boku oglądał tę gimnastykę, to by posikał się ze śmiechu. Ale udało się. Obsługa sprzęgła szła mi koślawo, niemniej do domu udało się wrócić bez dodatkowych przygód.
Co więcej, wieczorem byłem jeszcze motocyklem z Olą na Przełęczy pod Tułem na zachodzie słońca ;). Niebo mieniło się spektakularną paletą barw… Tak jak i mój mały palec 😉 .
