Tatrzańska kampania roku pańskiego 2025 zaczęła się u mnie dopiero w czerwcu. I to dosyć nietypowo, bowiem w góry nie pojechałem sam – chęć połażenia po szlakach wyraziła kumpela z pracy – Ola.
Z racji na moje popierniczone godziny pracy i większość roboczych sobót, mogliśmy pojechać tylko w niedzielę. Aby więc nie umrzeć z hordą barbarzyńców na szlaku, pojechaliśmy w Tatry Słowackie.
Postanowiłem pokazać Oli Orlą Perć Tatr Zachodnich. Na parking Pod Spaloną jest stosunkowo blisko, więc wyjechaliśmy ok. 4:00 rano.
Było chłodno, ale bez tragedii. Zimno zrobiło się w Korbielowie, więc zatrzymałem się, abyśmy mogli nieco poprawić komfort termiczny na dalsze kilometry.

Niemniej i to niezbyt pomogło, gdyż temperatury zeszły w okolicę 4 stopni. W połowie czerwca nie spodziewałem się takiej Syberii. Ola zmarzła solidnie, ale ani słowem się nie odezwała…
Na parkingu wylądowaliśmy ok. 6:30. Po przebraniu się i ogrzaniu herbatą, ruszyliśmy w drogę po kwadransie.
Szlak prowadził od razu stromo pod górę na Przedni Salatyn, więc szybko rozgrzaliśmy się i ciepłe ciuchy wylądowały w plecakach. Szczyt osiągnęliśmy w ok. 1,5h, pokonując pierwsze 600m przewyższenia.

Nadążanie za młodymi nogami mojej towarzyszki nie było łatwe, ale Ola dawała mi fory 😉 .

Praktycznie od tego miejsca, przez całą resztę dnia, nie uświadczyliśmy ani skrawka cienia, a słońce zaczęło operować srogo. Nauczony doświadczeniem z poprzednich lat, żeby nie umrzeć, wysmarowałem się kremem. Dziewczę natomiast chciało się opalić i kremu odmówiło 😉 .
Brestową – o wysokości 1934m – osiągnęliśmy ok. 9:00, także o prawie godzinę szybciej niż pokazują znaki.

Od tego miejsca szliśmy już główną granią Tatr Zachodnich i trzymaliśmy się czerwonego szlaku.


Salatyn (2048m) zdobyliśmy w godzinę i kawałek dalej, w drodze na Spaloną, natrafiliśmy na pierwszą zabawę z łańcuchami. Tam było jeszcze dosyć niewinnie, aczkolwiek z pewną satysfakcją przyjąłem, że na takich technicznych odcinkach przestawałem zostawać w tyle 😉 .

Spaloną (2083m) osiągnęliśmy przed południem. To tam gdzieś Ola przeprosiła się z kremem, bo słońce naprawdę dowaliło do pieca. Zrobiliśmy też sobie dłuższą przerwę – wylegiwaliśmy się na trawce z fenomenalnym widokiem na grań, którą jeszcze mieliśmy do pokonania. Widoczna była jak na dłoni – aż po Rohacze.

Pachoł (2167m) osiągnęliśmy ok. 12:45. Podczas posiedzenia na szczycie przeleciał blisko nas helikopter TOPR-u i zawisł w okolicach Rohackich Stawów. Przeczytaliśmy później, że odbyła się tam akcja ratunkowa w związku z zatrzymaniem krążenia – niestety nieskuteczna. Jak się później dowiedzieliśmy, był to dosyć tragiczny dzień – w Tatrach zginęło aż 5 osób, w tym polska himalaistka Krystyna Palmowska…

Na Banówkę (2178m) wyszliśmy przed 14:00 i tam na chwilę zatrzymaliśmy się, aby pomyśleć, co dalej. Ola miała trochę wątpliwości co do łańcuchów, które na nas czekały, ale gdy jej powiedziałem, że alternatywą jest wędrowanie kilka km po asfalcie do schroniska – wybrała łańcuchy 😉 .

Przed ruszeniem w dalszą drogę rozmawialiśmy chwilę z napotkanym chłopakiem. Gość w ramach urlopu przyjechał z Anglii połazić po górach i wędrował naszym szlakiem w przeciwnym kierunku. Przy tej okazji Ola załapała się na zaoferowaną jej kawę z termosu. Bez kawy Ola nie jest sobą, więc było to zbawienne 😉 .
Dalszy szlak był już mocno techniczny – dużo łańcuchów, wejść, zejść, trawersów.


Po drodze ciekawymi miejscami była Igła w Banówce, łacha śniegu (z obowiązkową bitwą na śnieżki), a pozostałymi szczytami była Hruba Kopa (2166m) i Trzy Kopy (2133-2136m).


Po ostatniej Kopie zostało nam już tylko żmudne zejście do schroniska.

W tym momencie słońce już mi mocno dokuczało i zaczynał mi się odpalać tryb marudy. Szliśmy jednak żwawo, gdyż chcieliśmy zdążyć na jakiś posiłek w schronisku, a baliśmy się, że w niedzielę mogą nam zamknąć kuchnię o 19:00. Odpuściliśmy więc sobie spacer na Rohackie Stawy i w schronisku zameldowaliśmy się o 18:00.
O, to było coś cudownego! Nie musieć jechać po takiej wyrypie motocyklem do domu! Nocleg w Tatliakowej Chacie mieliśmy opłacony z góry, więc nie musieliśmy się stresować, że nie będziemy mieli gdzie spać…
Cudowne było też po wędrówce móc zamówić sobie ciepłe żarełko i zimne piwo… Zgodnie wzięliśmy na obiadokolację smażony ser z frytkami, natomiast Ola zdziwiła mnie, że nie wzięła sobie kawy, za którą pół dnia tak wzdychała… Ostatecznie wypiła Kofolę.

Posileni rozgościliśmy się w przydzielonym nam, pięcioosobowym pokoju, w którym już urzędowały 3 dziewczyny. Dokonaliśmy ablucji i odświeżeni wyszliśmy jeszcze zobaczyć Tatliakowe Jezioro przy schronisku.

Spać poszliśmy szybko, przed 22:00, bowiem czekał nas bardzo wczesny start w drogę do domu.
W poniedziałek rano Ola wstała czerwona jak burak – słońce zjarało ją paskudnie. Pozbieraliśmy graty, zjedliśmy ostatnie bułki z plecaków w ramach śniadania i o 5:00 ruszyliśmy do motocykla. Zejść udało nam się w godzinkę, więc chwilę po 6:00 ruszyliśmy do Rybnika.

Do domu udało się wrócić bez przygód i w dużo przyjemniejszych temperaturach, niż w dniu poprzednim… Ogólnie cały wyjazd był mega udany – w towarzystwie było mi o niebo raźniej na szlaku 🙂 .