Kolejna Męska Rumunia
Dzień 3 – środa, 14.09.2022 r.
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

„Piwna impreza w kufrze” pozbawiła nas możliwości biwakowania na dziko, ale z całą pewnością uchroniła przed odmrożeniem sobie tyłków. Rano motocykle pokrywała solidna warstwa szronu!

Wstaliśmy przed 8:00. Śniadanie nie było wliczone w cenę noclegu, więc ogarnęliśmy je w pokoju i przed 9:00 byliśmy gotowi do drogi. Termometr w motocyklu pokazał 4,5 stopnia :). Rześko!
Opuściliśmy naszą „osadę” i w 20 minut jazdy kamienistym duktem dotarliśmy do Zalewu Oasa i tworzącej go zapory.

Tym samym osiągnęliśmy też Transalpinę. Ale nie pojechaliśmy na nią bezpośrednio – w całej układance miejsc, które chcieliśmy odwiedzić, bardziej opłacało się nam zaatakować Transalpinę od południa.
Dojechaliśmy więc do Obârşia Lotrului i tam skręciliśmy w prawo na Pietroszany. Kilka lat droga ta była zamknięta i remontowana, więc teraz mogliśmy czerpać radochę z jazdy świeżym asfaltem. Palce lizać!
Z Pietroszan skręciliśmy na południe na drogę DN66, która przebiega przez Park Narodowy Defileul Jiului i jest cudownie kręta.

Niestety jest też trasą tranzytową, więc było trochę walki z wyprzedzaniem, ale interkomy mocno nam w tym pomagały. Po wyprzedzeniu mogłem chłopaków informować na bieżąco, nawet w ślepych dla nich zakrętach, czy z przeciwka mają wolną drogę. Jazda była ostra i ekscytująca…

Około południa dotarliśmy do Novaci i – kolejny raz – planując nocleg na dziko, zatrzymaliśmy się w sklepiku po prowiant. Potem jeszcze wizyta na stacji paliw i byliśmy gotowi na Transalpinę 😀 .

Poszliśmy pełnym ogniem i nie było zmiłuj. Mamy z tej trasy już dziesiątki zdjęć, więc na nich nam nie zależało. Liczyła się tylko jazda i pokonywanie zakrętów w tej pięknej scenerii. Pogoda była idealna!

Zjechaliśmy na mały postój dopiero w klasycznym miejscu, w którym poprzednio ganiał za nami pasterz z owcami.

Tym razem wzgórze było puste…

Połaziliśmy chwilę wokół motocykli, porobiliśmy zdjęcia rosnącym wokół ogromniastym grzybom i… wszędzie dobrze, ale w siodle najlepiej! 😉

Pognaliśmy na szczyt przełęczy i potem winklami w dół w stronę Obârşia Lotrului.
Za ostatnimi serpentynami trasy zaczęliśmy zastanawiać się nad tym, co robić dalej. Kolejnym miejscem do odwiedzenia na naszej liście był Czerwony Kanion, więc jednym z pomysłów było jechać już w jego kierunku. Ale byliśmy też głodni, a doświadczenie podpowiadało, że szukanie noclegu na dziko w miejscach mało turystycznych i z dala od Karpat w Rumunii może być trudne. Gdy więc minęliśmy mostek nad rzeką Lotru, urodził się pomysł, aby mimo wczesnej godziny (było przed 14:00), na biwak zatrzymać się od razu, w fajnej, górskiej okolicy, u podnóża Transalpiny. Znowu interkomy bardzo pomogły, gdyż plany powstawały podczas jazdy.
Ostatecznie wbiliśmy się w jakąś szutrową drogę, biegnącą w górę rzeki i mimo znaków zakazu biwakowania, widząc dziesiątki palenisk po ogniskach, postanowiliśmy zaryzykować. Oddaliliśmy się od asfaltu na psychologicznie odpowiednią odległość i po niedługim poszukiwaniu znaleźliśmy przyjemne miejsce pod namioty, bezpośrednio przy brzegu rzeki.

I muszę przyznać po czasie, że tak wczesne rozpoczęcie biwakowania, było to najlepszą decyzją tego wyjazdu. Mieliśmy czas na wszystko, nie musieliśmy się spieszyć, mogliśmy chłonąć naturę i cieszyć się chwilą.

W pierwszej kolejności wrzuciliśmy – nomen, omen – plastikowe butelki z piwem do rzeki, po czym rozłożyliśmy namioty. Rozwiesiliśmy hamaki i zabraliśmy się za obiadek. Każdy wytargał kuchenkę i wkrótce wszystkie wesoło szumiały buchającymi płomieniami.

Możliwość zaczerpnięcia wody na kawę prosto z rzeki, umycia w niej rąk, czy naczyń, była genialną dogodnością.

Ok. 16:00 posiłek mieliśmy za sobą, więc mogliśmy swobodnie położyć się w hamakach i oddać relaksowi. Coś, co mega miło wspominam!

Wadą, ale też zaletą naszej miejscówki, był absolutny brak zasięgu. Nie dało się nawet zadzwonić. Byliśmy więc całkowicie oderwani od elektronicznych smyczy 🙂 .
Jakoś po 17:00 zaczęliśmy znosić drewno na wieczorne ognisko i zobaczyliśmy, że w okolicy kręci się dziki lis. Musiał zwietrzyć jedzenie, więc co jakiś czas gdzieś w pobliżu przemykał. Nie był jednak na tyle odważny, aby do nas podejść, więc nie mieliśmy z nim kłopotu.

Przed 19:00 zaczęło się robić chłodno, więc rozpaliliśmy ognisko. Kiełbaski poszły w ruch, a Ynciol naszykował nawet kartofle.

Potem zapadł zmierzch i zrobiło się ciemno. Niebo mieniło się tysiącem gwiazd, a ogień ogrzewał nas i rozświetlał mrok.

W pewnym momencie musiałem udać się za potrzebą, więc poszedłem za namioty i gdy już miałem „odkręcić zawór”, pod nogami w świetle czołówki zobaczyłem… but. Motocyklowy but Browara. Krzyknąłem w eter pytanie, czemu tak buty porozrzucał, a ten zaskoczony odparł, że przecież jego buty są w przedsionku namiotu… Przyleciał i szybko doszliśmy do wniosku, że buta w krzaki musiał wytargać nasz rudy znajomy… Co to był za fart, że zwierz nie poleciał z nim gdzieś głębiej w las! Od razy cały „luźny” szpej wylądował w namiotach za zasuniętymi zamkami. Ale długo jeszcze rozkminialiśmy, co by było, gdyby but zaginął. Mielibyśmy spory problem! Choć może też wypadki dnia następnego potoczyły by się inaczej, ale nie uprzedzajmy faktów.
Przed 22:00 zjedliśmy „na deser” upieczone kartofle.

Wkrótce później poszliśmy spać. Ynciol spał w namiocie z Browarem, a ja w swoim z wszystkimi butami 😉 .