Kolejna Męska Rumunia
Dzień 2 – wtorek, 13.09.2022 r.
Pobudkę urządziliśmy o 7:00.

Prysznic, śniadanko, ciepła herbata… Nie spieszyliśmy się specjalnie z pakowaniem, więc ośrodek opuściliśmy ok. 8:45.

Od razu za bramą zetknęliśmy się z rumuńskim folklorem, tj. stadem krów wędrujących ulicą, podzwaniając dzwonkami 🙂 .

Wystartowaliśmy na południe drogą 1R w stronę Gminy Albac i już po chwili trafiliśmy na znajome mi miejsce, które jednakże zupełnie zmieniło swój charakter. Jechałem tamtędy ze szwagrem w 2013 roku i wówczas nie było tam asfaltu. Droga była rozwalona, gruntowa, okolica zdawała się dzika. Teraz zastaliśmy tam dywanik asfaltowy i znaki drogowe wymienione z zardzewiałych na niebieskie nówki. Europa, Panie!

Kawałek dalej zatrzymaliśmy się na poboczu przy pięknym widoku na zieloną dolinę z pojedynczymi zabudowaniami. Piękne miejsce!

A dalej już, za Gminą Albac, skręciliśmy na zachód na drogę DN75 i pognaliśmy serpentynami w stronę punktu widokowego, znanego nam z poprzedniej Męskiej Rumunii. Tam odbył się obowiązkowy postój dla obiektywów oraz na montaż kamerki.

Winkle Przełęczy Vartop pokonaliśmy w tę i we w tę dwa razy (poniekąd przez to, że za pierwszym razem trafiliśmy za radiowóz :P), filmując nasze wyczyny i ciesząc się rewelacyjnym asfaltem w przyjemnej, leśnej scenerii. To tam ujawniła się ciekawa właściwość opon w moim Tygrysie – udało mi się praktycznie zamknąć przód, podczas gdy z tyłu pozostał całkiem konkretny pasek wstydu ;).

Prawdziwą i niespodziewaną ucztę drogową przeżyliśmy jednak z godzinę później, gdy opuściwszy Park Naturalny Apuseni i pognaliśmy na południe drogą DN76. Kilka lat temu była ona remontowana na całej swojej długości, więc teraz mogliśmy zaczerpnąć owoców tych ukończonych prac. Na odcinku Cărpinet – Vârfurile biegnie ona tranzytową przełęczą Grosi. Pod górkę mieliśmy dwa pasy po naszej stronie i praktycznie zerowy ruch. Szeroki, idealny asfalt pozwalał składać się do granic możliwości naszych umiejętności… Chłopaki co rusz szorowali podnóżkami – tylko mi ta sztuczka się nie udała. Moje ego bardzo na tym ucierpiało ;).

Zgodnie nazwaliśmy ten odcinek torem MotoGP, byliśmy pod jego ogromnym wrażeniem, adrenalina jeszcze długo krążyła nam w żyłach…
Celem na ten dzień była szutrowo-kamienista droga nr 704, która łączy się z Transalpiną nad jeziorem Oasa. Użyteczność terenową Tygrysków trzeba było przetestować i znaleźć miejsce na biwak 😉 .
Ok. 12:30 za miastem Brad uzupełniliśmy paliwo po czym w rejonie miasta Deva zapięliśmy autostradę. Ta doprowadziła nas do docelowej drogi 704, ale jeszcze przed opuszczeniem cywilizacji w miasteczku Cugir zatrzymaliśmy się na małe zakupy. Nakupiliśmy prowiantu i piwa na wieczorny biwaczek, po czym upchnęliśmy wszystko w kufry i ruszyliśmy w drogę.

I tu spotkał mnie taki mały sygnał ostrzegawczy, który zignorowałem. Jeszcze w sklepie, niosąc kask w ręku i koszyk, przy wyładowywaniu zakupów na taśmę – niech żyje zręczność! – stłukłem jedno piwo. Pani ekspedientka nawet mnie za nie nie skasowała… A ja nie pomyślałem, że szklane butelki na kamienistą drogę to jednak taki sobie pomysł… 😉
Opuściliśmy Cugir i wkrótce skończył się asfalt. Jechaliśmy krętym, kamienistym duktem, większość czasu stojąc na podnóżkach.

Motocykle radziły sobie całkiem przyzwoicie i było to całkiem fajne doświadczenie. Rozglądaliśmy się przy okazji za dobrym miejscem pod namioty, ale aż do zapory Canciu niczego sensownego nie znaleźliśmy.

Za zaporą trafiliśmy na jakieś skrzyżowanie, a że zasięgu w tym miejscu za bardzo nie mieliśmy, to nie dało się łatwo określić, gdzie powinniśmy pojechać – pan gugiel był off-line. Naturalnie skręciliśmy więc źle i dopiero po może 2km zorientowaliśmy się, że musimy zawrócić.

Zjechawszy znowu do skrzyżowania, z jakiegoś powodu musiałem zajrzeć do kufra i wtedy przekonałem się, co tam się dokonało…
Z czterech flaszek przetrwały dwie… I to nawet nie że się potłukły! Po prostu od obijania się o ściany kufra otwarły się kapsle…
Zalane miałem wszystko – śpiwór, matę samopompującą, pokrowiec na elektroniczny szpej, przeciwdeszczówki… Odór piwa był tylko wisienką na torcie tej rzezi.

Dobre dwadzieścia minut zajęła mi operacja minimalizacji strat. Wyjąłem wszystko z kufra, wylałem z niego resztki piwa, to i owo podsuszyłem papierem toaletowym i… nic więcej zrobić się nie dało. Jedno było natomiast przesądzone – biwakowanie na dziko poszło się kochać.
Po spakowaniu wszystkiego z powrotem do kufra, ruszyliśmy pełnym ogniem dalej. Miała w sobie coś niesamowitego jazda przez te dzikie, odludne, zalesione rejony… Tym większym zaskoczeniem było dla nas, gdy nagle wyjechaliśmy wprost na stojącą w poprzek drogi ładowarkę i HDS-a. Ładowały akurat na naczepę ciężarówki bale drewna, całkowicie blokując przejazd.

Rumuni to jednak uczynni ludzie, więc w przeciągu 5 minut poprzesuwali bale i maszyny tak, abyśmy mogli boczkiem się prześliznąć. Mieliśmy przy tym ubaw po pachy – przygoda! Nawet zapomniałem na chwilę, co wiozę w kufrze 😉 .

Kawałek dalej wyjechaliśmy nagle z lasu na rozległą polanę. I choć znajdowaliśmy się w sercu gór, ukazały się nam jakieś zabudowania, a wręcz osada. Osada składająca się praktycznie z samych pensjonatów :). Po prostu dar losu, gdyż pierwszy odwiedzony pensjonat był czynny i zostaliśmy w nim przyjęci :D. Było już po 17:00, więc czas dla nas idealny…

Potem było tylko lepiej – okazało się, że na miejscu był sklepik z piwem, więc mogłem uzupełnić straty bojowe ;), a pokój, który otrzymaliśmy, miał balkon od strony zachodzącego z wolna słońca. Czym prędzej rozwiesiłem więc wszystkie swoje przemoczone graty na balustradzie, aby nieco podeschły.

Miejsce było piękne i opustoszałe. Byliśmy bodaj jedynymi gośćmi, przynajmniej w naszym pensjonacie – Cabana Nuta.
Gdy słońce przestało grzać, udało nam się załatwić z właścicielem możliwość skorzystania z czegoś w rodzaju stołówki z kominkiem. Dostaliśmy trochę drewna i mogliśmy rozpalić ogień.

W to mi graj! Byliśmy przecież przygotowani do smażenia kiełbas na niedoszłym biwaku, więc wylądowały one na kracie grillowej :).
W stołówce tej spędziliśmy ze dwie godziny. Zjedliśmy kolację, raczyliśmy się piwem, grzaliśmy przy ogniu… A ja suszyłem śpiwór, który jako jedyny jeszcze tego wymagał ;). I choć po operacji tej, poza odorem piwa, był też solidnie uwędzony, to przynajmniej był suchutki ;).

Po zapadnięciu zmroku wróciliśmy do pokoju i jeszcze jakiś czas gawędziliśmy sobie na naszym balkonie przy rozgwieżdżonym niebie. Bardzo fajny wieczór!