Rumunia Poślubna 2017 (2) | |
Menu: Strona główna Nowości Motocykle Wyjazdy Warsztat Galeria Autor |
<= Poprzedni | 0 | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | Następny =>
Dzień 2 - wtorek, 11 lipca 2017 r. Wstaliśmy dosyć późno, ok. 8:00 lokalnego czasu. W planie na ten dzień mieliśmy wyprawę kolejką linową w góry i łażenie po znalezionych w przewodniku szlakach. Konkretnie chcieliśmy wyjść na szczyt Pietrosul o wysokości 2303m.n.p.m. ![]() ![]() Może 300m od naszego pensjonatu był most i rzeka. Na rzece postawiono kilka małych tam, które pewnie mają hamować wezbrany poziom wód podczas silnych opadów i przy roztopach na wiosnę. ![]() ![]() Pogoda była wręcz upalna, na niebie chmur niewiele, więc dziarsko ruszyliśmy w górę rzeki. Podejście było dosyć strome i miejscami musieliśmy iść samym korytem. Stan wody był jednak bardzo niski, więc nie stanowiło to większego wyzwania. ![]() Koryto naszej rzeki w pewnym momencie stromym nawrotem o 160 stopni skręciło, zamieniając się w kamienistą drogę. Woda płynęła z gór już mocno zalesionym i niemal pionowym zboczem, więc zdecydowaliśmy się podążyć dalej za odkrytą drogą. Podejście było kamieniste i strome. ![]() Nasza droga skręcała raz po raz, ale ogólnie zdawała się prowadzić na łysy, lokalnie najwyższy szczyt, pełen połamanych kikutów drzew. Tam właśnie postanowiliśmy spróbować wejść :). ![]() ![]() Zrobiliśmy sobie krótki postój dla odpoczynku i zdjęć. Musieliśmy też podjąć decyzję, co robić dalej, gdyż nasza kamienista droga skręcała w stronę pozostałości czegoś dziwnego (jakiejś sztucznej platformy usypanej na zboczu z tłucznia i pozostałości jakichś betonowych fundamentów)..., ![]() Ostatecznie zrezygnowaliśmy ze zdobywania szczytu na rzecz sprawdzenia, gdzie nasza kamienista droga nas zaprowadzi. No i - jak można się spodziewać - doczłapaliśmy właśnie na tę sztuczną platformę z tłucznia, znajdującą się na wysokości ok. 1400m.n.p.m. Był to sporych rozmiarów wyrównany teren, na którym stał jeden zniszczony budynek, trochę fundamentów po innych budowlach oraz dwie murowane sztolnie, zagłębiające się w zbocze góry. ![]() Oczywiście wleźliśmy do jednej (mniejszej) sztolni, aby zobaczyć, co tam jest. Komórki robiły za latarki :). Ale nic szczególnego tam nie znaleźliśmy - sztolnia po może 20-30m urywała się rumowiskiem. ![]() ![]() Internet podpowiedział nam, że w górach tych wydobywane były rudy miedzi, cynku, ołowiu oraz piryt. Tego ostatniego dużo widzieliśmy już wędrując rzeką - kamienie i skały świeciły i mieniły się w słońcu niemal cały czas. Po spenetrowaniu wszystkiego co się dało na platformie, ruszyliśmy ok. 11:30 po swoich śladach w drogę powrotną. ![]() ![]() Zejście, choć strome, poszło nam bardzo sprawnie - zajęło tylko godzinę. Na dole Monika próbowała zapoznać się z dwoma napotkanymi młodymi konikami, ale te nie były nami zainteresowane, a wręcz od nas uciekały. Także niestety tym razem Monika nie zaspokoiła swoich potrzeb muldania zwierzątek ;). ![]() Przejazd w upale, po rozkopanej, pylącej drodze do najprzyjemniejszych nie należał. A Statiunea Borsa okazała się być całkiem daleko - przejechaliśmy ponad 15km. ![]() Wnętrze restauracji wyglądało przyzwoicie, ale brak ludzi nie wróżył niczego dobrego. Monice zdecydowanie miejsce się nie podobało, ale ja już byłem na tyle głodny, że postanowiłem zaryzykować. I był to błąd. Moje danie nie było jeszcze najgorsze (choć zamówiona sałatka okazała się być pociętym na plasterki pomidorem z toną cebuli), ale Monika dostała chamsko odgrzane w mikrofalówce udko z kurczaka. I to żeby jeszcze dobrze odgrzane - w środku było zimne. Wygrzebali z zamrażalnika jakieś zdechłe udko zrobione Bóg wie jak dawno temu i wrzucili na talerz... Po zwróceniu obsłudze na ten fakt uwagi, pani nawet się nie speszyła, tylko wrzuciła to samo udko na kolejne 2 minuty do mikrofali i bezczelnie przyniosła z powrotem... Biedna Monika oczywiście nie zjadła tego syfu, więc odstąpiłem jej swoją sałatkę, żeby nie wyszła z knajpy głodna. Taki tam nasz kolejny mały pech, choć trochę na własne życzenie. Czym prędzej opuściliśmy to beznadziejne miejsce i ruszyliśmy w stronę naszego pensjonatu. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze po paliwo, a że na stacji mieli całkiem przyzwoicie wyglądający ekspres do kawy, to wzięliśmy sobie po kubeczku na osłodę życia. Po kawie, w centrum Borsy, weszliśmy do dużego marketu na zakupy. ![]() Ten twór architektoniczny niezwykle intrygował Monikę - stał naprzeciw marketu :). Jak już pewnie zwróciliście uwagę, żadna burza przez cały dzień nie przyszła, więc spokojnie mogliśmy wybrać się na pierwotnie zaplanowaną wycieczkę kolejkami linowymi i nic by się złego nie stało. Także no... Pechunio :). Ale nie. Burza jednak przyszła! Równo o godzinie 17:00, gdy wyszliśmy z pokoju żeby zrobić sobie ognisko :D. Dosłownie kwadrans wcześniej byliśmy na dworze, żeby schować nasze zakupy do lodówki i jeszcze nic nie wskazywało na to, że pogoda ma się zepsuć. Zabraliśmy kiełbasę, zapalniczkę, jakiś papier na podpałkę, wyszliśmy z pensjonatu i oczom naszym ukazała się granatowa chmura, zasuwająca jak pociąg towarowy w naszym kierunku. Pechunio... ![]() Gdy ulewa do nas dotarła, uciekliśmy na zadaszony taras obok naszego pokoju i usiedliśmy sobie z piwkiem przy stoliku. ![]() ![]() Palenisko zlokalizowane było dosyć ekstrawagancko - wewnątrz słupa energetycznego, tj. pomiędzy jego stopami. A zamiast kamiennego kręgu do dyspozycji mieliśmy felgę z traktora ;). ![]() ![]() ![]() Podczas ogniska Monika zaprzyjaźniła się z psem, którego buda znajdowała się bardzo blisko nas. Oczywiście zwierzak dostał trochę kiełbasy do zjedzenia, a od Moniki w bonusie sporo miłości. Żal nam było trochę tego psiaka, bowiem jego świat był bardzo mocno ograniczony krótkim, zaczepiającym o wszystko łańcuchem... ![]() ![]() Trudny ostatnich dwóch dni i nasze zmęczenie ujawniły się po toalecie wieczornej. Praktycznie chwilę po 21:00 poszliśmy spać, mimo, że za oknem było jeszcze jasno. Dziś motocykl odpoczywał - zrobił zaledwie 35km :). ![]() Pokonana trasa. <= Poprzedni | 0 | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | Następny => Góra strony |
Copyright (c) by zbyhu |