Montenegro 2007 (4) | |
Menu: Strona główna Nowości Motocykle Wyjazdy Warsztat Galeria Autor |
<= Poprzedni | 0 | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | Następny =>
Dzień 4 - 30 kwietnia 2007 Wstałem dosyć wcześnie, bo już o 7:30. Pierwszy raz się na tym wyjeździe naprawdę wyspałem! Łóżko było mega wygodne, w pokoju ciemnica, a luki senne dni poprzednich też dały znać :). Nawet nocna pobudka pół godziny po północy, zafundowana nam przez Gerarda i Streetstorma, którzy będąc w świetnych humorach postanowili postrzelać sobie z wydechów, jedynie na krótką chwilę była w stanie wyrwać mnie z rąk Morfeusza. A w ciszy nocnej te strzelanie brzmiało jak strzały armatnie, wykonywane w zamkniętej klatce... Jak się rano okazało, do naszych "działowych" w nocy przybyła z tego powodu Policja, ale cfaniaki nie otwarli im drzwi, więc uniknęli konsekwencji zakłócania ciszy nocnej ;). ![]() Motóry pod naszym motelem. Plan na dziś był prosty. Krajoznawcze turlanie się do docelowego Ulcinj przez najgłębszy w Europie kanion - Kanion rzeki Tary. Przed jazdą profilaktycznie uzupełniłem jeszcze olej w silniku i po załadowaniu kufrów na motóra, byłem gotów do drogi. O 9:30 Gosia na plecy i rura! Podjechaliśmy do Majkovac, gdzie uzupełniliśmy paliwo, po czym zainstalowaliśmy się na traskę do Zabljak, biegnącą wzdłuż wspomnianego wcześniej kanionu. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Muszę przyznać, że piękniejszej rzeki to jeszcze chyba w życiu nie widziałem. Prześlicznie błękitna woda płynąca między świeżo zazielenionymi stromymi górskimi stokami... Jadąc jej lewym brzegiem co chwila wypadało się na różne zakola, z których bieg rzeki był doskonale widoczny. Naprawdę, trudno to opisać... To trzeba zobaczyć! ![]() ![]() Dementuję pogłoski, jakobym na tym zdjęciu stawiał klocka :P. ![]() ![]() ![]() Kiedy już wszyscy odpoczęli i nasycili się widokami, po 12:00 wystartowaliśmy ostro pod górę w stronę Zabljak. Wąska droga wspinała się ciasnymi serpentynami stromo w górę, więc już po chwili naszym oczom ukazały się ośnieżone szczyty pasm górskich. ![]() ![]() Dojechaliśmy do Zabljak w pełnym deszczu. W mieście zatrzymaliśmy się na chwilę pod zadaszeniem, jednak doszliśmy do wniosku, że jedynym sposobem walki z pogodą, będzie jak najszybsze zjechanie na niższą wysokość nad poziomem morza :). Początkowo chcieliśmy przebić się przez Park Narodowy Durmitor do drogi nr 18, biegnącej już na Niksi i Podgoricę, jednak przed wjazdem do parku zatrzymał nas szlaban i zakaz wjazdu dla motocykli :|. Zawróciliśmy więc i pojechaliśmy w stronę Savnik, by tamtędy przedostać się do Niksi. Droga biegła początkowo przez pofałdowane, suche, totalne pustkowie. ![]() ![]() Opuściliśmy w pewnym momencie "Mongolię" i wjechaliśmy w bardziej zalesiony, górzysty teren. Droga nie podeszłaby już chyba nawet pod najgorszą kategorię. Asfalt wąski, dziurawy, zapiaszczony i mokry, a miejscami wręcz przysypany przez osuwiska ziemi i skał... Te odcinki objeżdżaliśmy po naprędce usypanych kamienistych szutrówkach, omijając pracujące nad udrożeniem przejazdu buldożery :). ![]() To jest skrzyżowanie :). Widoczny wspomniany buldożer. ![]() Gdzieś po drodze. Tu pojechaliśmy "w prawo". Około 14:00 zatrzymaliśmy się przy jednej takiej kupie śniegu, aby się zebrać w grupę, gdyż rozciągneła nam się ekipa na kilku kilometrach :). ![]() ![]() Bałwanek :). Gdy już się wszyscy zebraliśmy i odpoczęliśmy, trzeba było jechać dalej. Pogoda była ciągle w kratkę. Raz padało, raz nie, a asfalt przeważnie był mokry. Jechaliśmy więc dosyć wolno, by nikomu nic się nie stało. Tym bardziej, że co chwila przy drodze napotykaliśmy "tablice śmierci" nad przepaściami, przy których droga miejscami prowadziła. Tablice ukazywały czasem i całe rodziny, które w tych miejscach poginęły... Przynajmniej tak mówili wszyscy w grupie, bo ja albo ślepy jestem, albo zbyt na jeździe skupiony, bowiem nie widziałem ani jednej takiej tablicy ;). No i jadąc tak ciągle w dół, w pewnym miejscu na jednej ciasnej agrafce, zatrzymałem się, aby Gosia mogła zrobić fotkę przejeżdżającej koło nas grupy. I tym też sposobem, po chwili, zostaliśmy na samym końcu peletonu. Dogoniliśmy dosyć szybko Prota i Browara, z którymi też potem wspólnie kulaliśmy się krętą drogą w dół. Reszta ekipy pomknęła dużo szybciej od nas. Browar, czując się niepewnie w takich warunkach, jechał do bólu ostrożnie, co po dłuższym czasie wywołało u mnie senność. Irytowałem się w duchu, że w takich warunkach, to do jutra nie wyjedziemy z tych gór... ![]() Turlamy się na dół. Browar bada asfalt :). Ostrożnie hamując zatrzymaliśmy się z Protem i podbiegliśmy, by pomóc podnieść Browarowi motocykl, z którego już obficie wylewały się resztki benzyny (na licznikach już blisko 200km nakulane, a w górach nigdzie stacji nie było). Na szczęście Browarowi nic się nie stało, a motocykl w zasadzie też nie odniósł powierzchownie żadnych strat. Uderzenie przyszło na kierownicę i sakwy... Zepchnęliśmy FZXa na pobocze, przyparkowaliśmy nasze motocykle, by nie blokować przejazdu i zabraliśmy się za sprawdzanie, czy moto w ogóle jeszcze pojedzie. ![]() Ślady po szlifie na asfalcie. W tle ekipa remontowa :). Zabraliśmy się za rozkręcanie motocykla. W międzyczasie z dołu nadjechał Staszek, który myśląc, że Browarowi mogło skończyć się paliwo, zaniepokojony wrócił się do nas. Taka postawa, to ja rozumiem! Szacun jak byk Staszku!! Wysłałem ekipie smutasa, że mamy problemy, więc może potrwać nim do nich dojedziemy. Dostałem na to odpowiedź, że poczekają na nas przy najbliższej stacji benzynowej lub restauracji, na trasie do Podgoricy. Po dłuższej chwili zrzuciliśmy z FZXa bak, jednak wszystkie przewody paliwowe okazały się zdrowe. Włączyliśmy więc raz jeszcze zapłon, by sprawdzić, którędy pompka wypompowuje benzynę. Okazało się, że lało się przez przelew w gaźnikach. Uznaliśmy więc, że musiał powiesić się któryś pływak w gaźnikach, pozostawiajac otwarty przepływ benzyny. Zaproponowałem więc trochę pobujać motocyklem i przechylić go mocno na przeciwną stronę od tej, na którą się przewrócił... I po tej operacji zapłon... Krótkie turkotanie pompki... Sucho! :) ![]() Ruszyliśmy w pościg za ekipą. Zjechaliśmy wreszcie z gór i wpadliśmy na trasę E65. Zrobiło się sucho, ciepło, chmury się przerzedziły, a asfalt wreszcie był dobry :). I znowu lecieliśmy obok skalistych klifów i wzdłuż rzeki Moracza. Piękne widoki! ![]() Szybko przekonaliśmy się, jak beznadziejny kelner był w tej knajpie. Sprawiał wrażenie, że nie na rękę jest mu nasza obecność. Był cholernie zniecierpliwiony, czego nawet nie ukrywał, z łaską spisał nasze zamówienia i sobie poszedł. Mnie to nawet raz przesunął (żeby nie powiedzieć popchnął), gdy w drzwiach tarasowałem mu przejście na zewnątrz. Byem tak zdziwiony, że nie zdążyłem się zdenerwować... Żarcie jednak w miarę szybko nam podał, więc zjedliśmy co na talerzach było, zapłaciliśmy bez centa napiwku i czym prędzej opuściliśmy to niegościnne miejsce. Wreszcie, tuż przed stołeczną Podgoricą trafiliśmy na upragnioną od wielu kilometrów stację benzynową, gdzie uzupełniliśmy płyny w motocyklach. Browar już miał w baku suszę maksymalną :). Dalej traska już była nudnawa. Przelecieliśmy szybkim strzałem przez Podgoricę, a niedługo później, okokoło 17:15 na chwilę zatrzymaliśmy sie nad jeziorem Skaderskim. ![]() I tak też się wkrótce stało! Po dojechaniu do Baru rozpoczęła się bardzo fajna, szeroka droga biegnąca wzdłuż wybrzeża. Pognaliśmy nią przodem razem z Pietrą, połykając ze znacznymi prędkościami i w głębokich pochyleniach wszystkie winkle :). I w końcu dotarliśmy do Ulcinj! Wjechaliśmy do samego centrum, a potem lekceważąc zakaz wjazdu wpakowaliśmy się nad samo wybrzeże, gdzie też chwilę po 19:00 przyparkowaliśmy motocykle. To był dla mnie najprzyjemniejszy moment wyprawy. Jeszcze kilka dni wcześniej, siedząc w domu przed kompem, oglądałem w necie fotki plaży i starego miasta Ulcinj. A teraz siedziałem na murku, koło jeszcze gorącego silnika motocykla i patrzyłem na ten sam obrazek - na żywo... Uczucie osiągnięcia celu, realizacji tego, na co się tak długo czekało... Coś fantastycznego! Poszliśmy z Protem i Pietrą przywitać się z morzem, podczas gdy Gerard zabrał się za poszukiwanie noclegu. ![]() Witamy morze ;). Motocykle zaparkowaliśmy w otoczonym z niemal każdej strony ciasnym podwórku, na środku którego był mały gruntowy placyk czy też ogródek. Miejsca było dosyć dla wszystkich motocykli :). W pokoju wylądowałem z Marianem i Wojtasikiem. Browar z Gosią mieli pokój zaraz naprzeciwko. Szybko przebrałem się w cywilne ciuchy i po 22:00 poszedłem na ustalone wcześniej miejsce zbiórki - trzeba było jeszcze przed spaniem na jakie piwko się wybrać :). Czekając na wszystkich - już jednen browarek padł, a gdy się w miarę skompletowaliśmy - wylądowaliśmy w knajpce "na rogu", tuż przy plaży. Był tam bardzo miły kelner - zupełne przeciwieństwo poprzedniego. Uprzejmy, cierpliwy, uśmiechnięty i generalnie - bardzo sympatyczny. Zamówiliśmy u niego całą armię sałatek szopskich i sporo piwa :). Podczas biesiady koło knajpy nagle przejechał długo wyczekiwany przez nas Manon. Wreszcie udało mu się nas dogonić ;). Jechał praktycznie identyczną trasą - łącznie kanionem Tary i Mongolią... Z Browarem pokazaliśmy mu nasz ośrodek i gdzie może przyparkować motocykl, po czym wróciliśmy do naszej knajpki. Tam już ekipa rwała się do zmiany lokalu, więc chwilę później poszliśmy do pizzerii :). Ja - najedzony sałatką - nie zamawiałem. Obaliłem jeszcze jedno piwo i już ciut po północy, wykończony poszedłem do pokoju spać. Co by nie mówić - dzień był pełen wrażeń! Padło w sumie niewiele, bo 314km. Licznik zatrzymał się na 19810km. ![]() Trasa wzdłuż kanionu i po górach... ![]() ... i pozostały odcinek do Ulcinj. <= Poprzedni | 0 | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | Następny => |
Copyright (c) by zbyhu |