.: Moje przygody z motocyklami :.

Anglia II 2007 (1)



Menu:

Strona główna
Nowości
Motocykle
Wyjazdy
Warsztat
Galeria
Autor

Kolejne dni wyprawy:
<= Poprzedni | 0 | 1 | 2 | 3-7 | 8 | 9-22 | 23 | 24-29 | ... | Następny =>

Dzień 1 - 22.06.2007

Pobudka o 5:30 rano. Rzut oka za okno... Pochmurno, ale bez deszczu. Czyli póki co - ujdzie ;].
Zjadłem szybkie śniadanie i o 6:00 poszedłem po motocykl. Wytoczyłem bestię z garażu, spisałem przebieg początkowy wyprawy - 22610km i po szybkim tankowaniu zajechałem pod blok. I standardowo zaczęła się operacja mocowania bagażu, co z uwagi na kufry i doświadczenia z poprzednich wypraw, poszło nadzwyczaj sprawnie.


Objuczam sprzęcior. To już trzeci raz! :)

Z Arturem umówiony byłem o 7:00 w Gliwicach, ale chwile przed tym, jak chciałem ruszyć, dostałem od niego błagalnego smutasa o godzinę opóźnienia wyjazdu. Trochę się wqrzyłem, bo chcieliśmy zrobić tego dnia przeszło tysiąc kilometrów, a na to trzeba jednak czasu. Pogoniłem więc Artura i sam, trochę zwlekając, wystartowałem ok. 7:00 do Gliwic.
Na umówionej stacji BP byłem o 7:30. Dopompowałem sobie koła w motocyklu i akurat gdy tę czynność kończyłem - pojawił się Artur na swojej żółtej bestii :).



I wreszcie - z godzinnym opóźnieniem - wpadliśmy na autostradę A4 i pomknęliśmy w stronę niemieckiej granicy. Zapięliśmy 130km/h i walcząc z nieustępliwym wiatrem, jednym skokiem dokopyrtaliśmy się do Wrocławia :). Była już 9:30.
Na stacji niemiła niespodzianka... Spalanie 6,5l/100km! U Artura nawet gorzej - przeszło 7l na setkę... Doszliśmy do wniosku, że to ten porywisty wiatr tak potężnie obciążał nasze biedne maszyny... Na pocieszenie mieliśmy tylko to, że pogoda wydawała się z każdym kilometrem poprawiać. Mokry z początku asfalt wysechł po drodze zupełnie, zaś w pokrywie chmur coraz częściej pokazywały się niebieskie okna :).
Kolejny skok - nieco szybszy, bo z przelotową 140km/h - i już stacja pod granicą, w okolicach miejscowości Forst. Nie zjechaliśmy na Zgorzelec, bowiem tym razem postanowiłem sprawdzić alternatywną trasę do Anglii, w większości opierającą się o niemiecką autostradę A2. Biegnie ona równolegle do trasy sprzed roku, tyle że jest wysunięta bardziej na północ.
Z tego ostatniego "polskiego etapu" wspominam najlepiej odcinek naszej A18, od Zgorzelca po samą granicę. Był zupełnie pusty, asfalt idealny... Tam to miło było poszarżować slalomem przez obydwa pasy autostrady :).
W okolicach godziny 11:00 opuściliśmy nasz piękny kraj i wjechaliśmy do Fatherlandu. Skierowaliśmy nasze rumaki na Berlin, by w ostatnim momencie odbić w stronę Magdeburga :).
Już na pierwszej niemieckiej stacji benzynowej zaczęła się moja odwieczna gehenna z TDMką. Rzut oka w okienko wskaźnikowe poziomu oleju uświadomiło mi suszę panującą w silniku... Aptekarska dolewka - coś koło pół litra - i rajza dalej.



W okolicach Magdeburga znaleźliśmy się około godziny 15:00. I uznaliśmy, że pora to adekwatna, by coś w końcu zjeść.
Znalazła się ławka, kuchenka buchnęła płomieniem, flaczki ze słoika zabulgotały. Wszystko robiliśmy w pośpiechu, bowiem mimo już pokonanych sześciuset kilometrów, przed nami ciągle było kolejnych czterysta do przejechania...



Około 16:00 wystartowaliśmy więc w dalszą drogę i nieociągając się, parliśmy dalej. Zatrzymywaliśmy się w zasadzie jedynie na tankowanie, co 150-180km. Ja oczywiście co drugie tankowanie musiałem dolewać oleju do motocykla... :(
Ominąwszy Magdeburg, pokierowaliśmy się w stronę Hannoveru, a potem na Dortmund, gdzie znaleźliśmy się w okolicach godziny 18:00. Tam też na stacji zrobiliśmy sobie nieco duższą przerwę. Glebnęliśmy się na świeżej trawce i leżeliśmy tak przez kilka minut. W kołach już mieliśmy około 900km, toteż tyłki nam zwolna odmawiały współpracy... :)



Po tym odpoczynku, gdy tylko opuściliśmy stację, naszym oczom ukazała się ogromna, bura chmura. I niestety nie w lusterkach wstecznych... Szarżowaliśmy prosto w niezgorszą ulewę...
Pierwszy napotkany parking był zatem nasz. Wbiliśmy się w nasze przeciwdeszczowe kondony i gdy tylko usiedliśmy z powrotem na motocykle, już pierwsze krople zaczęły atakować nasze kaski... :(



Naszym celem tamtego dnia było Essen. Tam mieszka rodzinka Artura, u której zamierzaliśmy przegonić noc. Problem był tylko jeden - Artur nie miał bladego pojęcia jak do swoich krewnych trafić. Dał mi wydrukowaną w Polsce mapkę i tyle ;).
No i jak to w życiu bywa, podczas największego sprawdzianu nawigacyjnego tego dnia, miałem też najmniej sprzyjające warunki pogodowe... Przez 900km tego dnia było względnie, a na ostatnią setkę i błądzenie po dużym obcym mieście, deszcz napierał jak tylko potrafił najmocniej.
Na obrzeżach Essen znaleźliśmy się około 20:00. I przez następną godzinę błądziliśmy po centrum, raz po raz pytając przechodniów o drogę. Ale w końcu jakoś, mimo przeciwności, doprowadziłem nas pod same drzwi rodziny Artura :).
Wreszcie mogliśmy definitywnie zejść z motocykli. Mieliśmy dość ;]. Na liczniku widniało 23656km, zatem pokonaliśmy tego dnia 1046km w 13 godzin. Niezły rezultat!


Tak nocowały motorki w Niemczech.

Rodzinka Artura przyjęła nas niezwykle gościnnie. Suta kolacja, gorąca, życzliwa atmosfera...


Artur z ciocią.

Przytulnie, ciepło, sucho :). Czegóż chcieć więcej?
Okazuje się, że można ;). Po kolacji zostaliśmy zaproszeni do altanki znajdującej się w ogrodzie i tam poczęstowano nas Whiskey z Colą :). Miło! Było już grubo po północy, gdy wymęczeni do cna udaliśmy się na spoczynek. Wujek Artura przygotował nam legowisko w obszernym salonie i po małej prezentacji telewizora plazmowego wielkości boiska piłkarskiego z kilkunastoma milionami kanałów ;), około 1:00 w nocy położyliśmy się spać...


Kolejne dni wyprawy:
<= Poprzedni | 0 | 1 | 2 | 3-7 | 8 | 9-22 | 23 | 24-29 | ... | Następny =>

Góra strony

Copyright (c) by zbyhu