Wprowadzenie

Zlot forum Hoonda jak zwykle powstawał w bólach. Wyglądało na to, że temat pociągnie Tiarus, bo się w marcu mocno zaangażowała, ale potem nagle temat z jej strony się urwał, a wątek na forum umarł.

Na początku kwietnia Raphi zadeklarował, że sprawą się zajmie, ale potem przez ponad miesiąc milczał jak grób i nie reagował na podbijanie tematu, tak na forum, jak i poza nim. Z letargu obudził się w połowie maja i rzucił terminem na ostatni weekend przed czerwcem w Bieszczadach. Technicznie rzecz ujmując od ogłoszenia do zlotu były tylko dwa tygodnie.

Krótki termin sprawił, że na zlot zadeklarowały się przyjechać… 4 osoby – ja, Raphi, Dzik i Ania. Na kilka dni przed wyjazdem sprawę uratował Aro, deklarując przyjazd z Kaśką i nieznanym nam zawodnikiem. Było nas zatem 7 osób… Szykowała się powtórka z 2020 roku, gdy na zlocie w Biesach byliśmy w 6 osób :).

Dzień 1 – Piątek, 27 maja 2022 r.

Miałem mieć cały piątek wolny, ale dzień wcześniej w robocie jeden robotnik postanowił sprawdzić, jak działa grawitacja z wysokości 6m. Niestety do góry nie poleciał, więc zapewnił całej kadrze budowy ekscytujące rodeo, a mnie drobną korektę planów wyjazdowych.

O 7:30 więc, zamiast krzyknąć „Na wchód – tam musi być jakaś cywilizacja!”, zapiąłem CBF by sprawdzić, czy „na zachodzie bez zmian”.

W robocie okazało się, że niespecjalnie jestem komukolwiek potrzebny, bo niedoszły Batman przeżył. Nikt się stratą jego zębów specjalnie nie przejmował, więc uznałem, że nie będę tym jedynym i o 10:00 zawinąłem się do domu. Tam przesiadłem się z CBF na Tygrysa i ok. 10:45 ruszyłem w drogę na zlot.

Prognozy pogody straszyły Armagedonem od ok. 12:00, więc odpuściłem sobie szlak koziej dupy i zapiąłem autostradę. Ziewająco osiągnąłem Mysłowice, gdzie zjechałem na gorsze drogi, gdyż prostota opłat autostradowych, wprowadzona przez miłościwie nam panujących, była dla mnie zbyt skomplikowana. Zadupiami przebiłem się pod Kraków, gdzie wróciłem na A4.

Podczas jazdy postanowiłem zadzwonić do Raphiego – Naczelnego Organizatora zlotu. Miał wyjechać bladym świtem, ale po 11:00 pisał do mnie jeszcze, że „za chwilę rusza”. Dochodziła 13:00, pogoda się trzymała, więc pomyślałem, że może gdzieś się trafimy po drodze.

A tu klops. Raphi odebrał i powiedział, że nie jedzie, bo ma awaryjną sytuację… Pogłowie zlotu drastycznie się skurczyło…

Z autostrady zjechałem za Dębicą i drogami wojewódzkimi gnałem bez postojów na Sanok. Zatrzymała mnie dopiero potrzeba tankowania – po ok. 330km, jakoś przed 15:00. W podobnym czasie nastąpił zwrot akcji – Raphi dał znać, że jednak rusza i dojedzie późnym wieczorem :).

Do celu wyjazdu – ośrodka Uroczysko w Zwierzyniu – dotarłem przed 16:00. Jeszcze nikt inny nie dojechał…

Zrzuciłem kurtkę z pleców i zacząłem rozglądać się po ośrodku. Ładne domki, wielka wiata ogniskowa i od cholery kręcących się dzieciaków w mundurach wojskowych. Zapowiadało się interesująco.

20 minut po moim przyjeździe do ośrodka dotarł Aro, Kaśka i Dominik – ten nieznany mi wcześniej zawodnik. Co ciekawe na tamten moment na zlot forum miłośników motocykli marki Honda zajechały dwa Suzuki i mój Triumph. Honor ratowała Kaśka – przybyła na CBR125 :).

Gdy już wymieniliśmy się standardową kurtuazją powitalną, zaczęliśmy zastanawiać się, jak rozgościć się w pokojach lub domkach, gdy nie ma Naczelnego Organizatora. Skołowaliśmy numer telefonu do właścicielki, bo w recepcji było pusto i Kaśka zadzwoniła.

I tu zonk:

– Ale jaki zlot? Nic nie mam zapisane… 😀

Kaśka skapitulowała i oddała telefon mnie. Okazało się, że zlot nie do końca został potwierdzony przez Naczelnego. Skutkowało to tym, że dwuosobowe pokoje przestały być aktualne i mogliśmy zadowolić się jedynie domkiem. Ale dobre i to w obliczu wizji „zlotu nie ma” ;).

Po chwilowym zamieszaniu pojawiła się przy nas Żelazna Dama – uśmiechnięta Ukrainka, która zajmowała – zdaje się – wszystkie stanowiska w ośrodku na raz – od kucharki, przez pokojówkę, praczkę, recepcjonistkę po księgową. Przez 3 dni nie widziałem innego pracownika w całym kompleksie, a nie należał on do najmniejszych…

Żelazna Dama dała nam klucz do domku nr 13 – tak na szczęście – po czym w pół godziny ogarnęła pościel i przytargała na plecach lodówkę z innego domku, żebyśmy mieli gdzie schładzać napoje wyskokowe.

My w międzyczasie przeprowadziliśmy motocykle pod domek, przebraliśmy się w wygodniejsze ciuchy i chwyciliśmy za piwo.

W domku na dole było 5 łóżek, a na górze 6 w dwóch pokojach. Fajną opcją były dwie łazienki – zdublowane toalety i prysznice bardzo nam się przydały.

Ok. 17:00 zaczęło się chmurzyć i zbierać na ten zapowiadany deszcz. I gdy właśnie miało zacząć padać, niespodziewanie na ośrodek wturlała się czarna poliftowa litrowa CBFa. Wytężyliśmy wzrok i… Marek! Nie mówiąc nikomu ani słowa, przegonił całą Polskę po skosie z Kołobrzegu, pokonując tysiąc kilometrów na zlot… Szacun!

Deszcz rozpadał się na dobre, więc grzecznie siedzieliśmy sobie na balkonie domku i gawędziliśmy. I w takich warunkach, ok. 18:00 nadjechał on! Specjalista od organizacji bez organizacji! 😉 Trudną miał trasę przez pogodę, ale grunt, że dotarł w jednym kawałku.

Pomogłem Raphiemu zdemontować sakwy, a gdy ten ogarnął się i przebrał, wyskoczyliśmy jeszcze z Markiem na spacer do sklepu po prowiant. W sensie po piwo. Sklepik był po drugiej stronie ulicy, więc daleko nie mieliśmy.

Ponieważ byliśmy już w komplecie i mieliśmy wszystko, czego facet potrzebuje do zabawy, zainstalowaliśmy się we wiacie ogniskowej, przeganiając stamtąd niechcący jakichś tubylców. Ogień wesoło zapłonął i zaczął nas ogrzewać. Kiełbaski zaskwierczały i polał się samogon Dominika.

Słowem – jakby to ujął Dzik – petarda!

Co do Dzika – miał dojechać dopiero w sobotę.

Atmosfera po procentach się rozweseliła i gawędziliśmy sobie do późnej nocy, co rusz dokładając do ogniska. Trzeba było utrzymywać duży ogień, bo chłód kąsał dotkliwie. Wkurzał też dym z ogniska, który latał dosłownie we wszystkich kierunkach i nie dało się przed nim schować.

Po północy, gdy mieliśmy już wszystko zjedzone i wypite, grzecznie jednocześnie udaliśmy się spać, aby następnego dnia mieć siły na wycieczkę po Bieszczadach. Prognozy pogody zapowiadały całkiem przyzwoite warunki.

Dzień 2 – Sobota, 28 maja 2022 r.

Wstaliśmy niespiesznie – po 8:00.

Śniadanko zapewniała nam Żelazna Dama, więc po porannej toalecie kolektywnie udaliśmy się na stołówkę. Menu nie było zbyt wyszukane – parówki i jajecznica – ale wszystko było świeże i bardzo smaczne.

Po śniadanku Raphi objeździł 60% motocykli zlotowych, zepsuł Arkowi humor, mówiąc, że ma rozwalone łożysko główki w DRce, po czym zebraliśmy się, aby wyskoczyć na przejażdżkę. Wyrysowałem w telefonie niezbyt ambitną pętelkę, bowiem dla Kaśki bieszczadzkie kręte drogi były dosyć przerażającym wyzwaniem i przed 11:00 opuściliśmy ośrodek.

Ze Zwierzynia wydostaliśmy się do Leska, z Leska przez Tarnawę Górną złapaliśmy drogę 892 i pognaliśmy na południe w stronę Komańczy. Po drodze mijaliśmy jakieś cerkwie, ale woleliśmy zwiedzać asfalt. A był on przeważnie bardzo przyzwoity i niespecjalnie zatłoczony. Jechało się ultra przyjemnie.

Za Komańczą pociągnęliśmy drogą 897 w stronę Cisnej i trochę ekipa nam się zdefragmentowała. Zatrzymaliśmy się więc z Dominikiem – który ostro trzymał się swoją DRą za mną – przy jakimś drewnianym kościółku i na postoju tym zrobiłem jedyne zdjęcie z przejażdżki.

Gdy zebraliśmy się do kupy i pojechaliśmy dalej, w Cisnej obraliśmy kierunek na północ drogą 893. Noo, tu już zakrętasy i asfalt były na tyle apetyczne, że poszedłem pełnym ogniem i uciekłem całemu peletonowi. Zatrzymały mnie dopiero krótkie światła wahadłowe, za którymi poczekałem na resztę załogi.

Lesko osiągnęliśmy ok. 13:00 w dwóch podgrupach. Część motocykli wołała o paliwo, więc postój odbył się na stacji paliw, gdzie machnęliśmy sobie dłuższą sjestę z kawą na krawężniku.

Głód zaczynał zaglądać nam w oczy i ekipa chciała pojechać do jakiegoś paśnika, ale nasz następny, nieodległy cel wycieczki posiadał punkt gastronomiczny, więc sprawa się rozwiązała.

A celem tym było Szybowisko w Bezmiechowej, gdzie byłem na kameralnym zlocie dwa lata wcześniej. Na dojeździe jest tam taki legendarny zakręt, na którym co chwilę motocykliści zwiedzają zielone. Z samego rana oglądaliśmy filmiki z tego winkla i Kaśka na tyle się go wystraszyła, że postanowiła porzucić na stacji swoją Cebrę i resztę wycieczki objechać na plecaku. Od tej chwili nie jechałem więc na motocyklu sam.

Do Bezmiechowej mieliśmy zaledwie 10km, więc już po chwili wspinaliśmy się wąskim asfaltem na wzgórze szybowiska. Przed „zakrętem śmierci” widniał sporych rozmiarów billboard ostrzegawczy, a jakieś 50m za zakrętem grupka motocyklistów lepiła na poboczu lusterka po glebie.

My z Kaśką na szczyt wjechaliśmy bez stresów i po chwili dojechały do nas jeszcze dwa motocykle.

Raphiego i Marka nie było, więc po jakimś czasie pojechałem sprawdzić, co się dzieje. Spotkałem ich dojeżdżających już na szczyt szybowiska i okazało się, że Marek zaliczył niegroźną glebę na jednym ciasnym nawrocie.

Normalnie motocyklowy Trójkąt Bermudzki! 🙂

Gdy już byliśmy w komplecie, można było oddać się relaksowi. Miejsce ku temu sprzyja. Majestatyczny widok na okolicę, latające bezgłośnie szybowce i modele, piękna pogoda…

A na to wszystko knajpka, w której zamówiliśmy sobie ciepły posiłek.

Żyć nie umierać! 🙂

Nie chciało mi się opuszczać tego miejsca, ale ok. 15:00 nadciągnęła dosyć bura chmura, a chcieliśmy jeszcze zaliczyć Przełęcz Przysłup. Być w Bieszczadach i nie pokonać tych słynnych zakrętów w Górach Słonnych byłoby zbrodnią.

Marek postanowił się oderwać od grupy i pojechać już do ośrodka aby opić porysowany tłumik, więc w cztery motocykle ruszyliśmy pętelką w stronę Tyrawy Wołoskiej. Niestety deszcz nas dogonił i przez chwilę rozważałem olać temat, ale reszta ekipy chciała jechać mimo pogarszających się warunków. I mieli rację, gdyż deszcz nie rozwinął skrzydeł i droga była prawie sucha. Genialne winkle przełęczy wykonywałem jednak na 80%, bo to i niepewny, wilgotny asfalt i odpowiedzialność za Kaśkę jadącą ze mną na plecaku. Tu jednak muszę nadmienić, że Kaśka prezentowała wagę piórkową i praktycznie w ogóle nie czułem, że kogoś wiozę na plecach :).

Dobra zabawa szybko się kończy. Objechaliśmy wszystkie winkle i obraliśmy kierunek na Lesko, aby odzyskać CBRkę Kaśki i wrócić do ośrodka. Śmiać mi się chciało, bo na ten ostatni krótki odcinek Raphi poszarżował przodem i pociągnął za sobą wszystkich w stronę Sanoka, bo zobaczył dwa apetyczne winkle, zamiast skrzyżowania na Lesko ;). Pogubiliśmy się więc i zebraliśmy do kupy dopiero na stacji w Lesku.

Do ośrodka wróciliśmy ok. 18:00 i z miejsca rozpoczęliśmy przygotowania do wieczornej imprezki. Tym razem nie mieliśmy do dyspozycji wiaty ogniskowej, więc pod domek przytargaliśmy grilla i trochę opału. Odbyliśmy też wycieczkę do sklepiku po piwo.

Ok. 19:00 po długiej podróży w huraganie, monsunowym deszczu i gradzie dotarł do nas wreszcie On – Dzik-Piroman.

Wpadł na pełnej petardzie! Był wszędzie jednocześnie, z wszystkimi gadał, śmiał się na cały głos – roznosiła go energia, jakby coś wciągnął i się nie podzielił ;). Zdecydowanie rozruszał zlotową ekipę, która była trochę zmęczona po trudach dwóch dni ;).

Rozpaliliśmy grilla, kiełbasy i karkówki wylądowały na ruszcie, polał się alkohol.

Jedynym problemem był ziąb – zrobiło się chłodno i z każdą godziną chłód doskwierał coraz bardziej. Ubrałem na siebie ciepłą bluzę i kurtkę, a polar oddałem Ani. Kuliliśmy się przy tym nieszczęsnym grillu, który nie dawał zbyt wiele ciepła.

Ale od czego mieliśmy Dzika. Na pełnej petardzie wbił się na imprezę, która odbywała się pod wiatą ogniskową i po chwili załatwił wstęp całej naszej ekipie. Odbywała się tam zabawa firmowa z muzyką i tańcami. Jakieś 70% uczestników stanowiły kobitki, którym z powodzeniem mógłbym mówić „mamo”:).

Jako jedyny miałem kij w dupie i zero ochoty na taką rozrywkę, więc zostałem przy grillu. Było już ciemno, więc siedziałem sobie na ławce patrząc w gwiazdy i ogień.

Po krótkim czasie z tańców urwał się też Dominik i jakoś po 23:00 uznaliśmy, że nie ma co marznąć – było pieruńsko zimno na dworze.

W miarę szybko poszedłem spać, a Dzik z Markiem wywijali tam do 2:00 nad ranem.

Dzień 3 – Niedziela, 29 maja 2022 r.

Obudziłem się ok. 5:30. Po chwili Marek zaczął krzątać się przed drogą do domu – do Kołobrzegu miał co jechać, więc musiał ruszać bladym świtem. Zaczęliśmy rozmawiać i o dziwo dołączył do nas Dzik. Był niezniszczalny…

Przed 6:00 Marek ruszył do domu. Było pogodnie i chłodno – na motocyklach kropliła się rosa. Dla mojego Tygrysa były to pierwsze dwie noce „w życiu” spędzone pod chmurą.

Dzik wypalił fajkę, a ja ogarnąłem syf po nocnej imprezie wokół domku i grilla.

Ekipa wstała dosyć szybko, więc ok. 8:00 udaliśmy się na śniadanie. Jadłospis nie zmienił się od poprzedniego dnia.

W czasie śniadania rozliczyliśmy się za pobyt z Żelazną Damą i wróciliśmy do domku.

No i cóż, nadszedł czas pakowania i zakładania „sojuszy powrotnych”. Ja chciałem wracać do domu Szlakiem Koziej Dupy, aby wycisnąć z dnia jak najwięcej. Raphiemu niestety spieszyło się i nie mógł mi towarzyszyć, a reszta ekipy gnała na Warszawę. Zostałem więc sam.

Wyrysowałem sobie w guglach trasę wzdłuż granicy Polsko-Słowackiej i ok. 9:10 – pożegnawszy się ze wszystkimi – ruszyłem w drogę.

Początkowo, aż do Komańczy, leciałem tak samo, jak przy wczorajszej objazdówce. W Komańczy skręciłem na zachód na DW897 i leciałem sobie wzdłuż granicy po pustych, dosyć dobrych asfaltach. Potem była DK19 do Dukli i 993 do Gorlic.

Po uzupełnieniu paliwa (spalanie 4,4l/100km) skręciłem na południe w stronę Krynicy Zdrój, aby pokonać apetycznie wyglądający na mapie odcinek DW971, wijący się wzdłuż Popradu od Muszyny do Piwnicznej-Zdrój. I co tu dużo pisać – rewelacja! Leciało się tam bardzo przyjemnie, polecam!

Moim następnym celem była Przełęcz Łapszanka, ale do niej nie dało się łatwo dojechać polską stroną, więc wskoczyłem na Słowację, gdzie pognałem szeroką, genialną drogą nr 68 na południe. To tam zaczęły powoli pokazywać się w oddali pasma górskie i zaczęło robić się pięknie widokowo.

Wzdłuż granicy leciałem drogą 543 i szybko dotarłem do Dunajca i genialnych widoków na Trzy Korony.

Cyknąłem zdjęcie i po chwili wróciłem do Polski w rejonie Niedzicy. Zamek widziałem z daleka, ale nie chciało mi się do niego podjeżdżać ;). Do Łapszanki miałem już rzut beretem, który pokonałem rajdowo.

Na punkcie widokowym zrobiłem sobie dłuższą przerwę. Miejsce jest magicznie piękne, a pogoda sprzyjała popołudniowemu wypoczynkowi na trawce. Patrzenia na majestat gór nigdy za wiele.

Przez dłuższą chwilę rozważałem objechanie Tatr słowacką stroną. Są tam fenomenalne widoki i takoż kręte drogi do pokonania. Ale wydłużało to trasę o 2h, a czułem już nieco przesyt jazdy na motocyklu. Ostatecznie nie zdecydowałem się i obrałem najkrótszą drogę do domu, unikającą autostrad.

Gdy ruszyłem w stronę Jurgowa wzdłuż tarasu widokowego, nagle po lewej na zboczu zobaczyłem budkę z jedzeniem i rozłożonymi przy niej leżakami. Miejsce było niemal puste, więc bez namysłu zjechałem na dół, zaparkowałem motocykl i zamówiłem sobie zapiekankę. Żołądek już mi się od dłuższej chwili buntował. Ciepły posiłek, jaki by nie był, już był koniecznością. A przy takich widokach – ogromną przyjemnością…

Gdy już się posiliłem i nasyciłem wzrok, z żalem ruszyłem do domu. Przebiłem się przez Białkę Tatrzańską i Czarny Dunajec do Jabłonki, gdzie znowu wjechałem na Słowację. Trasa do Korbielowa jest tam mega upierdliwa – wioska za wioską i snucie się 60-65km/h za samochodami przez długie kilometry. Za Korbielowem już było lepiej. Ruch był mniejszy niż się spodziewałem, więc bez walki z puszkami dotarłem do Żywca, gdzie wskoczyłem na ekspresówkę. Powrót do domu przez Bielsko i Pszczynę były już tylko oklepaną formalnością.

Pod dom zajechałem o 16:30 i żeby nie było zbyt fajnie, pod samym garażem przewróciłem motocykl na lewo, bo źle otwarłem boczną stopkę. Pierwsza gleba boli najbardziej – porysował się trochę bak i owiewka…

Poza tym zgrzytem jednak wszystko się udało. Kolejny zlot zaliczony. Pokonałem ok. 1000 km w 3 dni, co zwiększyło ogólny przebieg Tygrysa do 8500 km :).

Sam Tygrys spisał się świetnie. Póki co nie mogę na nic narzekać – okazuje się być godnym następcą CBFy w kwestiach użytkowych. Na ocenę trwałości jeszcze przyjdzie czas.

Nic, byle do jesiennego zlotu! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.