W sobotę 21 maja zadzwonił do mnie Raphi z informacją, że na wieczór przyjeżdża do niego Goramo i w niedzielę planują pośmigać. Zaprosił mnie do dołączenia, a że nie miałem planów, to przystałem na propozycję.

Pogoda była zacna, więc nie zamierzałem jechać prosto do celu. Wyrysowałem sobie w guglach trasę przez Żywiecczyznę i wyjechałem z domu po 15:00.

Trasa moja biegła przez Pszczynę i Bielsko, gdzie skręciłem na Przełęcz Przegibek. Dotarłem nią do Międzybrodzia Bialskiego i musiałem przez rozkopy i wahadła remontowanej drogi doczłapać pod Żywiec, gdzie odbiłem na Przełęcz Kocierską. Tamtejsze winkle zawsze przyjemnie jest zaliczyć.

Potem już jechałem niemal wprost do celu. Nie odmówiłem sobie tylko przejechania ul. Spokojnej w Wieprzu. Pod chatę Raphiego dotarłem o 17:30.

Na dzień dobry Raphi uznał, że mam nieprzyzwoicie uwalony motocykl, więc nim się przebrałem, już miał podłączoną myjkę ciśnieniową.

Ogarnąłem sobie maszynę, a potem Raphi pobawił się przy swojej. Dalej zrobiliśmy zakupy i mogliśmy wreszcie odpalać grilla. I napić się piwa ;).

Ponieważ Raphi wyznaje zasadę, że brykiet to zło, a węgiel drzewny w zasadzie też, grilla postanowił odpalić na drewnie kominkowym. Czyli w zasadzie zrobiliśmy ognisko ;).

Początkowo jeszcze ogień był pod jakąś kontrolą i żarcie się na pół smażyło i na pół wędziło, ale potem zrobił się z tego grill z piekła rodem. Aż farba z pokrywy zaczęła się topić i wszystko waliło spaloną papą ;). Mieliśmy więc używanie ze „zdrowego grilla bez brykietu”. Ale to już później, gdy dotarł Goramo.

Ogólnie poza tym, że dużo rzeczy spłonęło, to zdążyliśmy coś tam też zjeść. I było wesoło.

W niedzielę z rana o dziwo wszyscy obudziliśmy się zdrowi, więc po śniadaniu, ok 10:00, dosiedliśmy moplików i ruszyliśmy w zaplanowaną trasę.

Ogólnie chciałem pojechać w Tatry na Przełęcz nad Łapszanką. Słyszałem o niej sporo dobrego, a jakoś nigdy jeszcze mnie tam nie było.

Z Brodeł pojechaliśmy na południe. Wisłę przekroczyliśmy w Łączanach i bocznymi drogami zajechaliśmy nad Jezioro Mucharkie, gdzie zjechaliśmy na chwilę z obranej trasy na punkt widokowy.

Potem przez Suchą Beskidzką i Stryszawę wpadliśmy na Przełęcz Przysłop. Mieliśmy sparowane interkomy i Raphi w silnych słowach wyrażał swoją antypatię do tej trasy, twierdząc, że ma ona śliski asfalt. Nie przeszkodziło mu to pojechać pełnym ogniem, tak, że zostaliśmy w tyle. Mieliśmy z tego ubaw – uznaliśmy, że Raphi tak bardzo nie lubi tej trasy, że chciał jak najszybciej mieć ją z głowy ;).

Następnie machnęliśmy Przełęcz Krowiarki i od Jabłonki już lecieliśmy na wschód. Był Czarny Dunajec, Szaflary i Łapsze Wyżne, skąd już ostatni podjazd na Łapszankę.

Sama przełęcz z punktu widzenia motocykla nie jest zbyt atrakcyjna, gdyż większość czasu leci się przez tereny zabudowane. Ale szczyt przełęczy i punkt widokowy, to już inna liga. Widoki są fenomenalne!

Mieliśmy to szczęście, że mimo dosyć grubej pokrywy chmur, widoczność gór nie była w ogóle ograniczona. Wręcz przeciwnie – bure chmury dodawały panoramie uroku i nieco grozy.

Można było tam siedzieć i patrzeć w dal bez końca…

Zrobiliśmy tam jakieś pół miliarda zdjęć. Różni ludzie pojawiali się tam i znikali. Ktoś polecił nam domek do wynajęcia, a rowerzysta wspomniał o przyjemnej wąskiej asfaltówce przez Słowację. Z tej drugiej informacji chętnie skorzystaliśmy.

I faktycznie. Nawet gugle nie pozwalają tym odcinkiem zaplanować trasy. Była tam wąska na jeden samochód droga biegnąca przez lasy, pagórki, przez mega puste i ciche okolice. Gdzieniegdzie przebijały się widoki na góry, a potem wyjechaliśmy dosłownie pod samą ścianą Tatr Bialskich.

Przepiękne miejsce. Gorąco polecam wizytę na Łapszance dla samych widoków :).

W końcu wyjechaliśmy na główną drogę nr 66 i wróciliśmy nią do Polski. Potem przez Poronin dostaliśmy się do Chochołowa, gdzie próbowaliśmy znaleźć jakąś knajpę, ale nie udało nam się to.

Ponieważ była już 15:00 trzeba było myśleć o powrocie do domów. Najlepszą opcją dla mnie była jazda na zachód przez Słowację, a dla chłopaków na północ. Pożegnaliśmy się więc i każdy poleciał w swoją stronę.

Do domu gnałem bez przystanków i przygód. Namiestów – Korbielów – Żywiec – Bielsko – Pszczyna – dom. Pod garażem zaparkowałem ok. 17:30.

Pokonana trasa.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.