Już wczesną wiosną zaczęło robić się pogodnie, więc w niedzielę 27 marca postanowiłem wyskoczyć gdzieś dalej przegonić Tygrysa po zakrętach.

Mając w głowie udane wyprawy z jesieni w Kotlinę Kłodzką i moją nową ulubioną czeską drogę 457, wybrałem właśnie ten kierunek. Wiem, nuda, ciągle tylko ta Kotlina i Kotlina. Ale jak się tam jedzie, to uwierzcie, nie jest nudno!

Z domy wyjechałem ok. 10:00 i pognałem starą drogą na Racibórz. Od chyba już dwóch lat była ona w remoncie i miałem nadzieję, że już będzie przejezdna. Ale niestety odbiłem się od rozkopanego przejazdu kolejowego pod samym Raciborzem i trochę musiałem kluczyć, aby się przedostać przez torowisko.

Za Raciborzem do Czech wjechałem na przejściu granicznym w Rusinie i już po chwili zapiąłem mojego Świętego Graala – drogę 457.

Pierwszy odcinek do miejscowości Zlaté Hory może nie jest idealny asfaltowo, ale prowadzi zakrętasami przez góry przy ładnych widokach.

Potem jest krótki łącznik do Mikulovic, gdzie zaczyna się prawdziwa zabawa. Tego dnia było tam absolutnie pusto, asfalt był czysty i jechało się bajecznie. Droga naprawdę zachęca do niepoprawnych politycznie prędkości…

W Javorniku trasa 457 skręca w stronę Polski na Przełęcz Lądecką, ale ja postanowiłem pojechać dalej wzdłuż granicy drogą 4531. Prowadzi ona przez wioskę Bílá Voda praktycznie do Złotego Stoku. I jest równie świetna! Można od Pomorzowiczek (niedaleko Głupczyc) do Złotego Stoku jechać cały czas wzdłuż granicy po naprawdę rewelacyjnej drodze, z dala od zgiełku i ruchu. 80km czystej frajdy! Polecam!

Będąc w Złotym Stoku odbiłem na Przełęcz Jaworową i pogoniłem po winklach do Orłowca, gdzie zatrzymałem się przy Pomniku Bublewicza. Zawsze, gdy tam jestem, wspominam swoją kolizję z sarną z 2010 r… A podczas jazdy dostaję zeza rozbieżnego wypatrując po krzakach zwierzyny łownej ;).

Dojechałem do Lądka Zdroju i Stronia Śląskiego. Kusiło mnie zajrzeć do Kletna, ale w końcu pojechałem na Nową Morawę i Przełęcz Płoszczyna, aby przedostać się znowu do Czech. Zdziwiłem się, że w wyższych partiach przełęczy leżał jeszcze śnieg. Na krótkim odcinku musiałem nawet jechać koleiną śnieżną :).

Po czeskiej stronie jadąc na Staré Město pod Sněžníkem zatrzymałem się na chwilę przy rzece, aby odsapnąć. Miejsce było ultra fajne, już oczami wyobraźni widziałem tam namiot i biwak….

Po przerwie ruszyłem dalej i za w/w miasteczkiem wąskim i krętym skrótem przedostałem się do Brannej i drogi 369. Z Brannej pojechałem kawałek na południe, tylko po to, aby zapiąć kolejny skrót drogą 3696. To już naprawdę była ultra wąska, lokalna dróżka, która pozwoliła dojechać mi do miasteczka Rejhotice.

Po co te skróty i kombinacje?

Oczywiście Jesenik! 🙂 Znalazłem się na drodze 44 dokładnie u podnóża przełęczy Červenohorské sedlo :). Jak spuszczony z łańcucha pogoniłem po winklach i zapomniałem o robieniu zdjęć.

Zaczynałem myśleć powoli o powrocie do domu. Dojechałem do Jesenika i puściłem się drogą 453 (nota bene bardzo przyjemnej) na wschód i dojechałem do miasta Zlaté Hory, zamykając ultra przyjemną pętelkę.

A skoro dojechałem do tytułowej drogi 457 – pojechałem nią w stronę Polski i granicę przekroczyłem w Pomorzowiczkach.

Taka pętelka wyszła 🙂

Do domu wróciłem ok. 17:00, kombinując tak, aby nie jechać po swoich śladach z poranka. Zrobiłem w sumie 415km i wszystko na jednym baku! Był to mój rekord – spalanie wyszło na poziomie 4,4l/100km :). Lubię to!

I tyle!

Dobrze, że mam tak blisko Czechy i Kotlinę Kłodzką. Jest w tych rejonach tyle kombinacji na jednodniowy wypad, że nigdy nie jest nudno…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.