.: Moje przygody z motocyklami :.

Włóczęga lipcowa

Maj i czerwiec już za mną.
W lipcu motocykl też nie miał ze mną lekko, choć kręcenia się wokół komina było mniej :).

Włóczęgę zacząłem już w środę 1 lipca. Wyjechałem z domu ok. 6:30, aby do 9:00 mieć 2,5h na jazdę. Tradycyjnie zajechałem do Raciborza, ale tym razem po DW935, z objazdem remontowanego odcinka przez Pstrążną i Kobylę. Za Raciborzem przykleiłem się do prawego brzegu Odry i po raz trzeci przeleciałem ten przyjemny odcinek.

Nie przeprawiłem się jednak na drugi brzeg w rejonie Utraty, lecz poleciałem dalej wzdłuż rzeki po DW410 do Koźla. Tam jeszcze kawałek pojechałem na północ w rejony Zdzieszowic, by po DW426, przez Zalesie Śląskie, dotrzeć do DK40 przed Ujazdem. Ta pętelka jednak nie była zbyt udana – asfalty przeciętne, zatrzymał mnie jakiś przejazd kolejowy i trafiłem na objazd. Dalej przez Starą Kuźnię i tę przyjemną pustą prostą przez las dotarłem do Kotlarni i zapiąłem DW408. W Śośnicowicach musiałem skręcić w stronę strefy przemysłowej Gliwic, bo miałem do podrzucenia dokumenty firmowe na budowę fabryki Opla. No i z Opla już trafiłem do pracy – punktualnie o 9:00 :).

5 lipca w niedzielę wybrałem się z samego rana (7:30) na nieco dłuższą przebieżkę i zaryzykowałem wyjazd za granicę. Przeczytałem, że od 30 czerwca można swobodnie wjechać do Czech, więc trzeba było skorzystać.
Postanowiłem przeciorać się w stronę Jesenika po nieznanych mi drogach. Zwykle jeździłem tam albo przez Polskę jak do Kletna (Nysa, Prudnik itd.), albo czeską jedenastką. A jest tam przecież jeszcze sporo innych dróg pomiędzy…
Poleciałem autostradą do Gorzyczek, potem krajówkami do Krzyżanowic i granicę przekroczyłem pod Owsiszczem.
Po czeskiej stronie najpierw drogą 466 dojechałem do Rohov, gdzie skręciłem na południe. Trasami 46, 467 i 56 dojechałem w rejon Opawy. Za Opawą poleciałem przy granicy drogą nr 57, ale zjechałem z niej na jakieś podrzędne dróżki, aby popróbować czegoś nowego. Trasa była na tyle skomplikowana, że trudno ją opisać, więc musi wystarczyć lista mijanych wiosek. Kolejno były: Brumovice, Lichnov, Zator, Čaková, Siroka Niva, Karlovice, Vrbno pod Pradědem, Karlova Studánka, Vidly, Bělá pod Pradědem. Trasy najróżniejsze: od pustych, dobrych asfaltów przez pola, po wąskie, gorszej jakości odcinki w lasach. Generalnie jechało się mega przyjemnie, bo niemal cały czas jechałem sam. Ruch znikomy, wręcz zerowy.
No i co tu dużo gadać. Jak tylko zapiąłem drogę nr 44, rozpocząłem wspinaczkę na Červenohorské Sedlo i zaczęła się zabawa w upalanie opon.

Odcinek na północ od szczytu przełęczy przejechałem ze trzy razy, nim się zorientowałem, że lepsze zakręty są przecież na południowym odcinku ;). Błąd trzeba było naprawić i na południowym fragmencie pozamykałem tylną oponę z obu stron :).

Niestety przełęcz staje się ofiarą swej popularności. Ruch był tam dosyć gęsty, motocyklistów sporo, a jeszcze więcej… patroli Policji. Naliczyłem 4 radiowozy oznakowane i jedno BMW z tajniakami. Kręciłem się po przełęczy z godzinę i w tym czasie każdy radiowóz zdążył przynajmniej raz przestawić się w inną lokalizację, na inny zakręt, czy zatoczkę. Ciuciubabka na całego… 😉
Przed 11:00 uznałem, że wystarczy już kuszenia losu i ruszyłem do domu. W tym celu dojechałem do samego Jesenika, by powrót odbyć trasami przygranicznymi o numerach 453, 454 i 457, z przejściem granicznym w Pomorzowiczkach.

Tutaj znowu drogi był najróżniejsze i gdzieniegdzie jeszcze trafiłem na przyjemne serpentyny i zakrętasy.
Nie zauważyłem nawet, kiedy przekroczyłem granicę. Do domu przeciorało mnie przez Głubczyce, Racibórz i Lyski. A wokół piękne widoki… Do domu wróciłem ok 13:00, pokonawszy 383km.

Ponieważ od 5 lipca skończyły mi się w pracy zmiany na 9:00 i pogoda była mocno w kratkę, przez cały tydzień jeździłem motocyklem tylko do pracy bez udziwnień (no, poza wizytą u księgowej).

12 lipca w niedzielę pogoda zapowiadała się niezła po deszczowej sobocie, więc po 8:00 wsiadłem na motóra i pognałem do Czech. Miałem czas tylko do 14:00, więc zajechałem po A1 do Ostravy i dalej na Frydek Mistek po drodze 56. Kawałek za miastem jest fajna kręta droga wzdłuż zalewu, którą lataliśmy z Browarem jeszcze w czasach FZXa, a w 2018 roku przejechaliśmy ją z Moniką. Ale niestety nie tylko ja wpadłem na pomysł, aby się tą trasą przejechać, więc radochy z jazdy było mało – za gęsty ruch.
Przed wioską Bila skręciłem na drogę 484 w stronę Słowacji. I zaraz po przekroczeniu granicy, dosłownie w pierwszej wiosce (Kornica), złapały mnie mendy na suszarkę. Nie zwróciłem uwagi, że to teren zabudowany i zmierzyli mi 71km/h.

Niestety na uśmiech i spokój się nie złapali i mandat dostałem. Pokwitowanie wystawili na 10 Euro, a skasowali mi 100zł. Ciekawe. Ale w sumie i tak dobrze, bo nasłuchałem się legend o wysokich mandatach na Słowacji i obawiałem się, że będzie bardziej bolało.
Zły i nieco bardziej czujny poleciałem dalej. Chciałem zrobić małą pętelkę po okolicznych górkach. Najpierw zajechałem do Turzówki, potem skręciłem na drogę 487 na Makov. A za Makovem odbiłem w lewo na jakieś podrzędne dróżki, prowadzące na górę z wyciągiem narciarskim – Kasárne Javorníky. Ten odcinek do szczytu był nawet przyjemny.

Za szczytem natomiast, już znowu po czeskiej stronie, w pewnym miejscu asfalt się zupełnie stracił i jechałem jakiś czas po szutrze i kocich łbach. Dalej w drodze na dół asfalt był też mocno kiepski.


Gugle poprowadziły mnie potem trasą 487 znowu na Słowację, gdzie wpadłem na trasę nr 10. Ta zaprowadziła mnie do Czech i trasy nr 56. Zamknąłem tym samym pętelkę i… ruszyłem do domu. Wracałem po swoich śladach – nie miałem za bardzo już czasu na kombinacje. Do chaty wróciłem ok. 13:00, pokonawszy 250km. Ogólnie wyjazd udał się średnio – sprawdzone trasy były zapchane, a te nowe w większości miały albo kiepski asfalt, albo ciągnęły się przez wioski i terenu zabudowane. No i ten mandat…

W poniedziałek 13 lipca po pracy postanowiłem pokusić los i pojechałem na Czyżoring trochę powinklować. Wykupiłem sobie dwie sesje po 15 minut, aby objechać tor w obu kierunkach. Jeździł ze mną jeden gość na CBR 600 i… w obu wyjazdach 3 razy go dublowałem :). Pewnie się nie spinał tak jak ja, ale ego mi urosło do rozmiarów Teksasu ;).
Sam tor jest całkiem przyjemny. Trochę nierówny w niektórych miejscach, mocno techniczny i stosunkowo wolny – na jedynej prostej dobijałem tylko do 70km/h i całość pokonywałem na dwójce. Co cieszy – nie przywaliłem ani razu nowymi gmolami i nie wyglebiłem się :P. Nakręciłem jakieś 22km po samym torze. Pewnie nie raz jeszcze tam pojadę, bo warto.

W środę 15 lipca po pracy wyszedłem polatać na Iżu. Zajechałem do Suminy do Browara, ale nie trafiłem dobrze – nie było go w domu. Pojechałem więc na chwilę do rodziców i po wizycie już wróciłem do domu do Gotartowic. Jeżyk śmiga bez zająknięcia, odpala od pierwszego kopniaka. Genialna maszyna!

W czwartek 16 lipca po pracy odstawiłem CBF na serwis do Jejkowic. Pod koniec lipca planuję wyjazd w Alpy, więc motóra trzeba przygotować.

W piątek 17 lipca do roboty pojechałem na CB500 Moniki. Strasznie fajny motorek. I twardo na autostradzie potrafi trzymać 150-160km/h :).

A po pracy odebrałem CBF z serwisu. Na nowych oponach, nowym łożysku główki ramy i z nowymi klockami hamulcowymi motocykl jest nie do poznania.

Ostatnie dni przed wyjazdem w Alpy już nie obfitowały w jazdę. Kursowałem tylko do Gliwic do roboty i byłem kilka razy u rodziców.

I tak do 24 lipca nawinąłem jakieś 2200 km, a potem, 25 lipca, pojechaliśmy z Moniką w Alpy. To będzie już jednak opisane osobno.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.