Lipcowa niedziela. Prognozy pogody zapowiadały od godziny 11:00 dosyć intensywne deszcze. Rano obróciłem motocyklem na chwilę do pracy i zdążyłem wrócić do domu o suchej skórze.
Obejrzeliśmy sobie z Moniką wyścig MotoGP i o 15:00 zaczęliśmy zastanawiać się, co zrobić z resztą dnia. Za oknem jakoś ciągle nie padało, choć kłębiły się w różnych częściach nieba fantazyjne chmurzyska.
Z cukru nie jesteśmy, więc… motocykl! 🙂
Przebraliśmy się w trymiga i wskoczyliśmy na CBFę. Monika nie czuła się tego dnia na siłach, aby jeździć swoją maszyną.
Z braku jakiegoś sensownego celu wycieczki, wybraliśmy odwiedziny Istebnej. Minęły już cztery lata odkąd Monika ostatni raz widziała swoją rodzinną działkę…
Z domu wystrzeliliśmy do Żor i dwupasmówką na Skoczów. Na felgach CBFy dopiero od tygodnia założone miałem nowe opony – Michały PR5, więc upajałem się płynnością jazdy i genialną przyczepnością. Było więc dosyć szybko, choć trafiła nam się czerwona fala. Ruch w stronę Skoczowa i potem do Wisły był dosyć znikomy – jechało się pięknie.
Całą drogę do Istebnej pogoda dopisywała. Było chłodno, czasem mocno wiało, gdzieniegdzie na niebie snuły się lokalne ogniska opadów i ciemniejszych chmur, ale jakoś tak szczęśliwie przelatywaliśmy pomiędzy nimi. Przed Wisłą, a potem Istebną, ruch trochę stężał, więc z winklowania na Kubalonce nic nie wyszło. A szkoda, bo asfalt jest tam całkiem apetyczny…
Potem tylko zjazd do Istebnej, ostro w lewo przy Karczmie po Zbóju i po kilkuset metrach dotarliśmy do Monikowych włości.

No i cóż można było oczekiwać. Zarośnięte jak ta lala! Do tego stopnia, że wchodząc na teren, dopiero 5m przede mną zobaczyłem zrywające się do ucieczki sarenki. Ucięły sobie drzemkę w jedynych w okolicy chaszczach ;).

Pokręciliśmy się chwilę po działce, ja mało nie złamałem nogi wpadając do ukrytej w krzaczorach studzienki bez pokrywy, porobiliśmy zdjęcia i… Mogliśmy wracać :). Nikt działki nie zaorał, nie próbuje zająć przez zasiedzenie, więc nic tam po nas. I tylko w głowie kręciła się myśl… Całkiem fajne miejsce na zlot z namiotami! 😉
Na drogę powrotną do domu obraliśmy pętlę przez Koniaków i Węgierską Górkę. Po górkach drogą 943 jechało się bardzo przyjemnie, niemniej kumulujące się po naszej lewej chmury nie wróżyły suchego powrotu :).
Gdy wskoczyliśmy na S1 już po paru kilometrach pojawił się mokry asfalt. Do Milówki, gdzie S1 się kończy, deszcz nas jeszcze oszczędzał, ale przed Węgierską Górką lunęło. Moja wyciorana kurtka przemokła na rękawach w nanosekundę, przez co zrobiło mi się ciut zimno. Twardo jednak jechaliśmy dalej, mając w zasięgu wzroku nieco lepiej wyglądające niebo.
Za Węgierską Górką wróciliśmy na S1 i też z czasem deszcz się uspokoił. Można było gnać złoty czterdzieści – oponki trzymały śpiewająco. Przed samym Bielskiem jeszcze chwilę nas pomoczyło z chmury widmo (świeciło słońce, nad nami czyste niebo, a opad całkiem konkretny!), ale praktycznie od zjazdu na DK1 już pogoda przestała nas nękać.
Po zjeździe na Pszczynę miałem już ponad 300km przejechane na baku i wskazówkę paliwomierza wkraczającą na czerwone pole. Ale uznałem, że do Gotartowic dociągniemy – wystarczy jechać płynnie i w miarę spokojnie.
Plan mój był świetny i prawie się udał – na obwodnicy Żor, 4km przed domem, motocykl zakaszlał i przestał jechać. Włączyłem kierunkowskaz w prawo, wysprzęgliłem, silnik zgasł i… wtoczyliśmy się na stację BP. Akurat ją mijaliśmy :D.
Ponieważ ceny paliwa w tym miejscu były kuriozalne, wlałem do baku cały litr i na nim dojechaliśmy już na „naszą” stację w Gotartowicach. Tam Monika zaczęła się trząść z zimna jak osika, więc po zatankowaniu i odstawieniu motocykla do garażu, wleźliśmy do domu, prosto do gorącej wanny…
I tyle!
Żeby nie było, że nie jeżdżę ;).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.