Całe lato było słabe. Burze i deszcze na przemian z upałami. Powiem więcej. Dużo burz i częste deszcze na przemian z duchotą. W dniu mojego ślubu w lipcu przez okolice Rybnika przeszło nawet tornado. Słowem – lato było słabe dla motocykli…
Potem przyszedł wrzesień i jak za dotknięciem różdżki nagle zrobiło się zimno i deszczowo. Padało niemal cały czas przez pierwsze trzy tygodnie września, a średnia temperatura spadła z dnia na dzień o dobre 15 stopni. Wrzesień zaszczycił nas zaledwie kilkoma pogodnymi dniami.
Wreszcie w połowie października, za sprawą huraganu Ophelia, nad Europę przywiało masy ciepłego powietrza z Afryki i zrobiła się Złota Polska Jesień.
12 października prognozy pogody zaczęły pokazywać coś przyjaznego motocyklowi, więc napisałem z pracy do Moniki: „Jedziemy na Rysy!”

Monika na początku była zaskoczona i potraktowała temat z przymrużeniem oka, ale od razu zaczęła studiować pogodę, warunki panujące w górach i słowacki szlak na Rysy. Już w domu, po pracy, pomysł wyjazdu traktowała poważnie. Uznaliśmy, że w góry pojedziemy i wejdziemy tak wysoko, jak warunki nam na to pozwolą.
Po pracy w piątek 13 października załatwiliśmy wszystko, co było nam niezbędne do wyjazdu, tj. jedzenie, przygotowanie ubioru, kontrolę motocykla, po czym nastawiliśmy budziki na 3:20 rano i poszliśmy spać :).

Pobudka 14 października była ciężka. Ale karnie wstaliśmy, nagotowaliśmy herbaty i kawy do termosów, ubraliśmy się jak morsy, wrzuciliśmy zapakowane kufry na motocykl i ok. 4:10 ruszyliśmy w drogę. Na termometrze było 11 stopni, więc zupełnie znośnie.

Pojechaliśmy przez Żory, Pszczynę, Bielsko i Żywiec na przejście graniczne w Korbielowie. Na S1 za Bielskiem temperatura odczuwalnie spadła do jakichś 5 stopni. Monika za plecami co chwilę przysypiała i opierała się kaskiem o moje plecy. Na drodze było malutko samochodów, więc jechało się sprawnie.
Granicę w Korbielowie przekroczyliśmy o godzinie 5:20.

Dalej polecieliśmy przez Namestów w stronę Twardoszyna. Było ciągle ciemno, więc zakrętasy wychodziły trochę kwadratowo i często doświetlałem sobie drogę długimi światłami.
W Twardoszynie ok. 6:00 rano zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej aby rozprostować kości. Monika zeszła z motocykla, po czym skuliła się i zamarła. Zapytałem co się dzieje, na co dostałem odpowiedź, że jest jej zimno. W oczach miała łzy… 🙁
Weszliśmy na stację, gdzie było przyjemnie ciepło i zamówiliśmy sobie po kawie z ekspresu.

Ogrzaliśmy się nieco i wymyśliliśmy plan poprawienia komfortu termicznego Monice. Założyliśmy na wszystko co miała już na sobie jeszcze mój softshell, na głowę kominiarkę i dałem jej swoje zapasowe rękawice motocyklowe, których mankiety mogły objąć te wszystkie warstwy rękawów. I w tej konfiguracji ok. 6:30 ruszyliśmy dalej. Podczas naszego postoju zaczęło dnieć, więc była szansa, że wschodzące słońce podniesie nieco temperaturę i komfort jazdy.
Od stacji było już tylko lepiej. Monice dzięki kominiarce mniej wiało w kasku, a rękawice chroniły przed wchodzeniem zimnego powietrza przez rękawy pod kurtkę. Zaatakowaliśmy też piękną, krętą drogę nr 584 pomiędzy Podbielą a Liptowskim Mikułaszem. Monika ożywiła się na tyle, że nawet złapała za aparat i robiła zdjęcia.

Największą frajdę sprawiały jej jesienne kolory mieniące się we wschodzącym słońcu oraz stadko saren prowadzone przez jelenia, które przeszło nam przez drogę.
W Liptowskim Mikułaszu, chwilę po 7:00, zatankowaliśmy motocykl do pełna, aby nie martwić się tym później i ruszyliśmy ostatnim odcinkiem na stację kolejową Popradské Pleso. Jest tam parking i początek szlaku na Rysy.
To na tym ostatnim odcinku, gdzieś w okolicy Przybyliny, nagle wjechaliśmy w masy mroźnego powietrza.

Wskazówka termometru poleciała na łeb i zatrzymała się w okolicach 0 stopni, ze skłonnością do przechylania się w ujemne zakresy.

W warunkach takich pokonaliśmy ostatnie 25km i bez przygód dotarliśmy o 8:10 na parking.

Po oddaniu 8e na opłatę parkingową, zaparkowaliśmy sprzęta i szybko przebraliśmy się w ciuchy do wędrówki po górach. Mało chętnie ściągaliśmy z siebie motocyklowe ciuchy na tym mrozie, ale nie było innego wyjścia ;).

Po ubraniu się we wszystko co mieliśmy i upchnięciu ciuchów motocyklowych w kufry, nieco zziębnięci wystartowaliśmy ok. 8:25 na szlak, żując w ramach śniadania bułki wyciągnięte z plecaków.

Początek wędrówki był podobny do polskiego szlaku. Leźliśmy spory odcinek po asfalcie, początkowo będąc jedynymi ludźmi w okolicy. Nawet natknęliśmy się na mostek i wodospad, przypominający Wodogrzmoty Mickiewicza. Z tą różnicą, że tu dało się bez problemu zejść do poziomu rzeki :).

Kawałek za mostkiem natknęliśmy się na pierwszych, hałaśliwych ludzi i niestety tyle zostało z naszej sielanki. Od tego momentu co chwilę wyprzedzali nas rowerzyści i szliśmy bliżej lub dalej różnych grup turystów. Tyle dobrze, że zdążyliśmy się już nieco rozgrzać i powoli zdejmowaliśmy z siebie pojedyncze warstwy ubrań.

O 9:25 dotarliśmy do rozwidlenia szlaków w okolicy Popradzkiego Stawu. Idąc dalej asfaltem doszlibyśmy do schroniska nad stawem, a w las prowadził niebieski szlak ku Rysom. Oczywiście zeszliśmy z asfaltu i dziarsko powędrowaliśmy po leśnej ścieżce.

Las szybko się skończył i weszliśmy w kosodrzewinę.

Szliśmy teraz w słoneczku i zrobiło się nam aż za ciepło. Musieliśmy zrobić więc postój na zdjęcie kolejnych warstw ubrań, by w szczytowym momencie zostać już tylko w bieliźnie termoaktywnej.

Tuż przed 10:00, na wysokości 1580m n.p.m., doszliśmy do rozwidlenia szlaków przy Żabim Potoku. Na Rysy prowadził od teraz czerwony szlak, a czas szacowany do osiągnięcia szczytu wynosił 2:45 min.

Szlak na tym etapie był nieco bardziej stromy od tego po polskiej stronie, ale niespecjalnie wymagający. Słowackie podejście jest bardziej równomierne. Przez kosodrzewinę wędrowaliśmy po dużych głazach, które raz tworzyły niemal chodnik, innym razem schodki. Czasem proste, czasem zygzaki, czasem drewniane mostki nad rzeczkami. W końcu i kosodrzewina się skończyła – zostały tylko skały.

A widoki coraz ciekawsze, wraz ze wspinaczką na górne piętro Doliny Mięguszowieckiej…

Poziom Żabich Stawów Mięguszowieckich osiągnęliśmy ok. 10:25.

Od tego miejsca zaczęły pojawiać się na ścieżce placki zmrożonego, twardego śniegu, które czasem zajmowały całą szerokość ścieżki.

Buty na tym śniegu dosyć mocno się ślizgały, więc zaczęliśmy mieć wątpliwości, czy damy radę iść dalej. Widok całych korowodów ludzi znacznie wyżej na szlaku dodawały nam jednak pewności, że może nie będzie tak źle :).

Kilkadziesiąt metrów powyżej poziomu Żabich Stawów natrafiliśmy na najtrudniejszy odcinek szlaku, wyposażony w łańcuchy i metalowe schodki.

W miejscu tym robił się mały korek i trzeba było czekać na swoją kolej wchodzenia.

Ale skały nie były oblodzone, a łańcuchy umożliwiały pokonanie wszystkich stromych i zaśnieżonych miejsc, także bez stresu udało nam się ten fragment szlaku pokonać. Na tym etapie do łask wróciły już kurtki, a na rękach wylądowały rękawice :).

Im wyżej byliśmy, tym więcej śniegu napotykaliśmy na ścieżce. Były też dwa odcinki całkiem zaśnieżone idące w poprzek zbocza, gdzie ujechanie nogi mogłoby się skończyć zsunięciem ze zbocza.

W jednym z tego typu miejsc byliśmy świadkami, jak słowacki turysta w adidaskach i dresiku zawrócił, bo nie był w stanie pokonać trawersu. Resztki instynktu samozachowawczego zadziałały ;).
Ok. 11:40 oczom naszym ukazała się słynna toaleta pod Rysami, a chwilę później brama Wolnego Królestwa Rysów, zza której już widać Schronisko pod Rysami.

Przy schronisku, znajdującym się na wysokości 2250m n.p.m., było jak w ulu, więc usiedliśmy sobie z dala, na płaskiej skale i zrobiliśmy dłuższy odpoczynek.

Zjedliśmy po bułce z zapasów i zapiliśmy herbatą. Ta, ku naszemu zdziwieniu, okazała się być prawie zimna – termos zupełnie nie poradził sobie przy temperaturach, jakie napotkaliśmy…

Postój nasz trwał mniej niż kwadrans. Musieliśmy trzymać jakiś reżim czasowy, aby wrócić za dnia do motocykla, a było już południe. Wystartowaliśmy więc dalej, aby zobaczyć, jak wysoko uda nam się jeszcze wejść.

Plan minimum – zobaczenie najwyższego kibelka w Tatrach – mieliśmy odhaczony :).

Ominęliśmy schronisko i ruszyliśmy dalej w stronę Wagi. Teraz już wędrowaliśmy cały czas po śniegu, początkowo po wąskiej, ale niemal poziomej ścieżce. Trochę zdeprymował nas widok innych turystów – ok. 90% z nich zakładało przed tym odcinkiem raki na buty.
Ścieżka śnieżna w pewnym monecie zaczęła być nieco bardziej stroma i biec zygzakiem.

Tam mieliśmy chwilę zwątpienia, gdyż zaczęliśmy się ślizgać i jeden odcinek wydawał się nam zbyt ryzykowny do przejścia bez raków. Ale po może 2 minutach kombinowania co dalej, udało nam się obejść miejsce bokiem, po wystających, nieośnieżonych skałach :).
Tym samy udało nam się ok. 12:25 wejść na Wagę, czyli szerokie siodło przełęczy w górnej grani Tatr, położone na wysokości 2337m n.p.m.

Rozpościerał się z tego miejsca genialny widok na drugą stronę zbocza, za granią – czyli na otoczenie Doliny Ciężkiej.

Początkowo chcieliśmy już na tym poprzestać, ale napotkani Polacy powiedzieli nam, że jak już tu wyszliśmy, to na Rysy też powinniśmy dać radę. Więc ruszyliśmy dalej – znowu po śniegu, ale już nie tak zbitym. Od słońca nieco zmiękł i dało się wbijać w niego buty – przyczepność była więc bardzo przyzwoita. Zbocze Rysów – bo po nim już wędrowaliśmy – było szerokie, bez żadnej krawędzi, czy stromizn, więc wspinało się bezstresowo.

Po chwili udało nam się wejść na Kopę nad Wagą (2390m n.p.m) i kawałek dalej szlak przecinał grań.

Za granią ukazał nam się ostatni odcinek podejścia – trzeba było zejść troszkę w dół i potem szlak piął się po stromym, zaśnieżonym zboczu na szczyt.

Wspólnie z Moniką uznaliśmy, że odcinek ten jest już zbyt niebezpieczny do pokonania bez raków i postanowiliśmy nie kusić losu. Nie przekroczyliśmy więc grani po szlaku, tylko wspięliśmy się nieco wyżej, w stronę jakiegoś szczytu, którego nazwy nigdzie nie znalazłem. Może jest to po prostu element składowy masywu Rys i nie ma odrębnej nazwy.

Ok. 13:00 znaleźliśmy sobie płaski kamień i zrobiliśmy kilkuminutowy postój na kawę.

Niestety była zimna – oba termosy nie dały sobie rady z temperaturami, które przyszło im znosić. Ale ogólnie nie było zimno, więc jakoś nam to bardzo nie przeszkadzało. Widoki rekompensowały wszystko :).

Zapisane na zrobionych przez nas zdjęciach dane GPS wskazują, że udało nam się wejść na wysokość 2486m n.p.m. Mnie się wydaje, że jednak do szczytu słowackich Rys brakło nam ciut więcej niż 17m – szacuję, że weszliśmy na ok. 2460m. Ale to już są detale. Mając raki bez problemu zaliczylibyśmy szczyt :).

I tutaj muszę stwierdzić, że słowacki szlak jest rzeczywiście o niebo mniej wymagający od naszego. 2 lata temu niemal umarłem wspinając się na Rysy polską stroną, a po powrocie do domu moje „podwozie” było zdewastowane przez kilka dni. Tutaj podejście jest łagodniejsze i krótsze. Ani razu nie czułem, że jest to ponad moje siły. Ot, taki nieco dłuższy i bardziej wymagający spacer ;).

Ponieważ chcieliśmy wrócić do motocykla ok. godziny 16:00, żeby wracać do domu jak najdłużej przy świetle dnia, postój „na szczycie” ograniczyliśmy do minimum i już ok. 13:10 wystartowaliśmy w drogę powrotną.

Moje obawy co do zejścia po śniegu okazały się niepotrzebne. Wiele odcinków po prostu zjeżdżaliśmy na budach w dół, w pozycji półsiedzącej. Jedna noga do przodu jako hamulec, druga pod tyłkiem i wio! 😉 Oczywiście nie rozpędzaliśmy się, żeby w każdej chwili można się było zatrzymać, ale zamiast walki, mieliśmy ubaw po pachy :).

Gdzieś po drodze, jeszcze przed „zjechaniem” do Wagi, pozostawiliśmy po sobie małego bałwanka na skałach :). No bo w sumie czemu nie ;).

Zjeżdżaliśmy na tyłkach i nogach prawie do Schroniska pod Rysami.

Dalej już śniegu było mniej i coraz rzadziej dało się w ten sposób ułatwiać sobie zejście. Ale też operujące cały dzień słoneczko sprawiło, że wiele zmrożonych jeszcze podczas naszego wejścia miejsc, odtajało i nie ślizgaliśmy się tak, jak tego mogliśmy oczekiwać. Słowem – schodziło nam się sprawnie i bezproblemowo.

W okolicach odcinka z łańcuchami byliśmy już ok. 14:00. Tam poczułem głód, więc zatrzymaliśmy się na uboczu, aby coś przegryźć. Przy okazji przetoczyła się koło nas cała masa ludzi i rozładował zator, który dogoniliśmy. Także akurat, jak skończyliśmy popas, odblokowały nam się wszystkie łańcuchy i mogliśmy swobodnie zejść.

Dalej już było coraz bardziej nudno i żmudnie. Zeszliśmy do Żabich Stawów Mięguszowieckich ok. 14:40 i zrobiliśmy kolejny krótki postój na herbatę. Tym razem za jedzenie zabrała się Monika, przy okazji wystawiając do słoneczka przemoczony od zjeżdżania po śniegu tyłek ;).

Od tego miejsca znowu zaczęło robić się cieplej, a zejście prowadziło kamienistą, ciągnącą się nadspodziewanie długo, ścieżką wśród kosodrzewiny. To tam zobaczyliśmy tatrzańskiego tragarza, który niósł na plecach prawdziwą piramidę z towarami.

Lało się z niego jak z kranu. Nie mogliśmy wyobrazić sobie pokonywania z takim ładunkiem odcinka z łańcuchami…

Upragniony asfalt osiągnęliśmy ok. 15:50…,

…a do parkingu doszliśmy o 16:35. Motocykl stał bezpiecznie na swoim miejscu, a termometr wskazywał 6 stopni na plusie :).
Przebraliśmy się szybko w ciuchy motocyklowe, pochowaliśmy plecaki do kufrów, a Monikę zawinęliśmy we wszystko co się dało.

Równo o 17:00 ruszyliśmy w drogę powrotną. Mnie osobiście przez cały powrót niska temperatura nie doskwierała. Monika – cieplej ubrana niż rano – też nie narzekała specjalnie na zimno.

Widoki gór w zachodzącym słońcu i jesiennych kolorach na początku trasy powrotnej prezentowały się naprawdę zacnie i zapadały w pamięć…

Podczas jazdy przeżyłem dwa razy zmierzch ;). Najpierw na dojeździe do tej pięknej drogi nr 584 z poranka. W myślach już żałowałem, że będziemy pokonywać ją praktycznie po ciemku, bo trudniej w ciemnościach wykorzystać potencjał zakrętów. I wtedy zdałem sobie sprawę, że mam opuszczoną w kasku blednę ;). Podniosłem ją do góry i znowu zrobiło się widno, jak pół godziny wcześniej.

Winklowanie trafiło się nam więc dokładnie przed zmierzchem – widoczność była jeszcze dobra i jechało się genialnie…
Potem już był żmudny powrót po ciemku. Postój zrobiliśmy sobie na tej samej stacji co rano w Twardoszynie. A dalej GPS przeholował nas przez przejście graniczne w Glince i przez Węgierską Górkę. Tam zapięliśmy S1, na której poczułem domek i zacząłem nieco poganiać. Bielsko, Pszczynę i Żory przelecieliśmy jak na skrzydłach, choć w granicach rozsądku. I pod nasz domek zajechaliśmy o 20:55 :).

Wycieczka w całokształcie udała nam się zacnie. Z pogodą trafiliśmy w punkt. W górach było niemal bezwietrznie i bezchmurnie – widoczność mieliśmy niesamowitą. Nasyciliśmy się pięknymi widokami i naładowaliśmy bateryjki do walki z normalną rzeczywistością :).
Ogółem pokonaliśmy:
– motocyklem: 479km w 8h,
– piechotą: w poziomie ok. 18km, w pionie ok. 1,2km, w czasie ok. 9h.
No i weszliśmy na wysokość ok. 2470 m.n.p.m.
I…
Chcę jeszcze raz! 😀

A, na koniec jeszcze dodam komentarz Moniki do określenia przeze mnie opisanego wyjazdu mianem wycieczki:

„Wycieczka? Heheh nie umniejszaj :P. To była Wyprawa z prawdziwego zdarzenia :D. Zaliczyłam kilka pierwszych razów naraz :P. Pierwszy raz z Mężem w Tatrach, pierwszy raz na moto przy -1, pierwszy raz na żywo widziałam jelenia z porożem jak dąb, pierwszy raz byłam na Rysach od strony słowackiej, pierwszy raz byłam w Tatrach w październiku, pierwszy raz wspinałam się i zjeżdżałam w górach po śniegu na/z ponad 2000m n.p.m., pierwszy raz na żywo widziałam Sławojkę na 2250m n.p.m., pierwszy raz zobaczyłam na żywo tragarza tatrzańskiego i pierwszy raz miałam zakwasy rodem z piekła :).”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.