Piątek – Niedziela, 25-27.09.2015 r.

Tak, jakby było mi mało jeżdżenia w życiu, jesienny zlot forum Hoonda (przemianowane forum CBF) odbył się cholernie daleko od Rybnika. I cholernie daleko od mojej pracy (Siedlce). Swoją drogą odbył się w miejscu, gdzie imprezowaliśmy podczas drugiego zlotu CBF w 2011 roku. Czyli w ośrodku Relax Zdwórz nad Jeziorem Zdworskim (niedaleko Płocka).
Także w czwartek przyjechałem z Siedlec do Rybnika (460km), w piątek pojechaliśmy z Moniką na zlot pod Płock (380km), w niedzielę wróciliśmy i w poniedziałek pognałem znowu do Siedlec :).
Ale do rzeczy.
Gdy piszę te słowa, minął już ponad rok od zlotu, więc w sumie niewiele z niego pamiętam :P. Byłby to dziesiąty zlot forum CBF, ale że forum zmieniło nazwę, to numerację diabli wzięli.

Wystartowaliśmy z Rybnika w południe i pojechaliśmy najprostszą drogą, tj. przez autostradę A1 pod Pyrzowice i dalej dwupasmówką do Częstochowy. Zjedliśmy sobie mniej więcej w jej okolicach ok. 13:30 obiadek w karczmie.

Po obiedzie dojechaliśmy gierkówką do Piotrkowa Trybunalskiego, dalej zapięliśmy S8 do Mszczonowa i tam krajową 50 w stronę Sochaczewa. Za Sochaczewem skręciliśmy na drogę wojewódzką nr 577 i ta doprowadziła nas już pod ośrodek.
Gdy dojechaliśmy na miejsce, dopiero zdałem sobie sprawę, że już w tym ośrodku kiedyś byłem ;).
Zameldowaliśmy się w recepcji, opłaciliśmy pobyt i podjechaliśmy rozgościć się w domku.

Początkowo jakoś niewiele osób było na miejscu, ale z czasem ekipa zaczęła się zjeżdżać.
Raphi przyjechał niestety samochodem, bo swoją krowę musiał sprzedać. Na pewno na zlocie był Dzik, Pat-Pat, Wesoły Dyzio, Malenstfo, Turos, Goramo, Rupert i Avalon. Przyjechało też sporo nowych osób, których nie potrafiłem połączyć z nickami z forum.
Ogólnie pierwszy wieczór obracał się wokół odpalenia ogniska i ogólnej imprezie. Początkowo myśleliśmy, że drewna jest mało, więc poszliśmy za ośrodek na górkę po drugiej stronie drogi i przynieśliśmy trochę bali i gałęzi.

Potem okazało się, że jednak drewna mamy dosyć i podobne wycieczki nie były więcej potrzebne.

Około 19 napisałem smsa do Sarnaona, żeby przyjechał na zlot. Sarna wypisał się z naszego forum, więc nic nie wiedział o imprezie. Odpisał mi, że ma ciężko z czasem i… 2 godziny później pojawił się na zlocie :D. Cały Sarna…
Cieszyłem się bardzo, że na zlot przyjechał Avalon. Mogłem zobaczyć jego nienaturalnie wylizaną CBFkę, której właścicielem był dawniej mój Brat.

Goramo był również mocno obleganym zlotowiczem, bowiem pojawił się na swojej nowej zabawce, tj. Hondzie CB1300. Trzeba przyznać, że upolował piękną sztukę i że jest to istna lokomotywa.
Ogólnie ten wieczór i ta noc zostały spożytkowane na bezkompromisową imprezę. Objadaliśmy się kiełbasami, pękało jedno piwo po drugim, a zabawa trwała do późnych godzin nocnych.

Pamiętam, że późnym wieczorem Rupert dał mi się przejechać po ośrodku swoją Afryką Twin. Odważnie, bo byłem już nieco podchmielony, ale Rupert był chyba znacznie bardziej, więc próg odwagi miał przesunięty bardzo daleko ;).
Kapnąłem się pod ognisko, objechałem je wokół i wróciłem pod domek Ruperta. Jazda próbna nie dała mi niczego, poza czystym funem. Nie umiałbym powiedzieć absolutnie niczego o właściwościach trakcyjnych tego motocykla :).
Już nie pamiętam, o której poszliśmy z Moniką do domu, aby wreszcie położyć się spać, ale było to baaardzo późno…

Sobotni poranek był ciężki. Jak i cały dzień. Praktycznie nie ruszyliśmy się z ośrodka do późnego popołudnia, lecząc kaca :).

Chodziliśmy po ośrodku, oglądaliśmy motocykle i pojazdy wojskowe z konkurencyjnej dla nas imprezy fanów militariów.

Z ciekawszych wydarzeń był przyjazd na teren zlotu brata od Raphiego. Pojawił się na skuterku – Hondzie Pantheon 125.

I trafiła się okazja przejechania po ośrodku tym wynalazkiem :D.
No, kurka, można się na tym łatwo zabić :). Szczególnie, gdy próbujesz wcisnąć sprzęgło, a okazuje się, że to hamulec… Na piasku to naprawdę słaby pomysł ;).
Gdy zsiadłem ze skuterka, dorwała go Monika i też zaliczyła rundkę po ośrodku, po której wyjechaliśmy (ja jako pasażer) na asfalt prowadzący do ośrodka. Przejechaliśmy może 200-300m, nawrotka i wróciliśmy. Nikt nie zginął ;).
Późnym popołudniem wreszcie odważyliśmy się wyjechać z Moniką poza ośrodek na jakiś obiadek. Pojechaliśmy w stronę Łącka i tam skręciliśmy w prawo na DK60. Ujechaliśmy może parę kilometrów i oczom naszym ukazał się trzygwiazdkowy hotel z restauracją. Zjechaliśmy na parking, aby zobaczyć, czy można tam coś zjeść i wtedy Monika zwróciła uwagę, że na końcu parkingu jest mała budka z jedzeniem. Początkowo niechętnie, ale jednak podjechałem tam i okazało się, że w budce dawali schaboszczaki za bardzo przyjemną cenę i ryby. Nic więcej nie było nam trzeba.
Początkowo chciałem wziąć schabowego. Monika zdecydowała się na dorsza i gdy gość pokazał mi wielgaśny filet, ważący 3/4 kilograma, uznałem, że może też zjem rybę. Monika początkowo bojowo powiedziała, że sama by zjadła cały ten filet, na co właściciel budki chciał się z nią założyć, że jak go zje, to nie będzie musiała płacić :). Trzeźwo jednak poprosiłem o podzielenie go na dwa kawałki i podanie na dwóch talerzach.
No i co tu dużo mówić. Był to najlepszy dorsz jakiego w życiu jadłem. Niesamowicie soczysty, świetnie przygotowany i pyszny. Zjadłem całą swoją porcję z trudem, ale z ogromną przyjemnością. Monika musiała sobie pod koniec swojego kawałka odpocząć i przyznać właścicielowi budki rację. Choć zasłaniała się trudami poprzedniej nocy :P.

Po tym pysznym obiadku wróciliśmy do ośrodka, gdzie powoli szykowała się kolejna wieczorna nasiadówa.
Tym razem byłem już grzeczny i nie piłem. Nie pamiętam, czy wysączyłem jedno czy dwa piwa za cały wieczór. Następnego dnia planowaliśmy wyruszyć w drogę do Rybnika z samego rana, więc alkohol nie wchodził w grę. Tak jak imprezowanie do późna. Także po grzecznej zabawie przed północą poszliśmy z Moniką spać.

W niedzielę wstaliśmy ok. 8:00 rano i po spakowaniu się poszliśmy na śniadanie, które opłaciliśmy sobie w ośrodku. Z parówką w żołądku zawsze to lepiej ruszyć w trasę. Przy stoliku była cała nasza banda, która z ciężkimi głowami komentowała wydarzenia zlotu i nabijała się ze wszystkiego.

A my chwilę po 9:00 wsiedliśmy na moplika i pożegnawszy się z lożą szyderców przy stoliku, ruszyliśmy w drogę do domu.

Nie kombinowaliśmy z drogą powrotną – pojechaliśmy po swoich śladach z piątku.
Oj, zimno początkowo było, więc nie obyło się bez postoju na stacji, celem ogrzania się przy kawie.

Obiadek zjedliśmy w tej samej knajpce, w której jedliśmy w drodze na zlot, a pod dom Moniki dojechaliśmy ok. 16:00.

Kolejny zlocik zaliczony. Zrobiliśmy w sumie 825km. Fajnie było zobaczyć znowu te wszystkie forumowe mordy i wspólnie obalić piwko :). Oby do następnego zlotu!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.