Męskie wyjazdy z Browarem i Ynciolem upadły. Dzieci, praca, rodziny… Życie idzie swoim torem i na motocykle miejsca coraz mniej.
Ale z Browarem udało nam się – w ramach jego urodzin – wygospodarować pojedynczy lipcowy poniedziałek, aby wyrwać się po raz drugi na tor do Radomia :). Browar koniecznie chciał sprawdzić na torze swoją nową zabawkę – kupił sobie supermoto – KTM coś tam, coś tam, Prostata. Albo Prestige? W każdym razie brzydkie, niewygodne i głośne ;).
Ponieważ od lipca 2013 roku pracowałem w Siedlcach na budowie, trasa do Radomia z Rybnika była mi po drodze. Plan więc był prosty: jedziemy razem do Radomia, ganiamy po torze, a potem każdy wraca osobno do siebie – Browar do Rybnika, ja do Siedlec.
Umówiliśmy się na stacji benzynowej w Rybniku o 5:00 rano. Obu nam udało się dotrzeć punktualnie, więc po szybkim tankowaniu bez opóźnienia ruszyliśmy w drogę.

Polecieliśmy autostradą A1 do Pyrzowic, potem S1 do Siewierza, dalej 78 do Jędrzejowa i już S7 (no, w budowie…) do Radomia.
Browar nalewał się potem ze mnie, że jechałem wolno po DK78. A ja wiem, że tam w okolicach Poręby krzaki najeżone są fotoradarami. Nie uśmiechało mi się płacić mandatów z tej trasy… A Browar się śmiał, ale prowadzić jakoś nie miał ochoty :P.
Na miejscu byliśmy na pół godziny przed otwarciem porannej sesji na torze – o 8:30. Wciągnęliśmy więc sobie po hot-dogu na stacji, zatankowaliśmy sprzęty i jakoś te pół godziny przeleciało.

O 9:00, po wpłaceniu kasy i podpisaniu oświadczenia, że nie będziemy się sądzić, jak urwie nam nogę lub porwie nas UFO, wbiliśmy się na tor.
Byliśmy sami :D. Calusieńki tor tylko dla nas!

No i zaczęło się winklowanie. Na początku Browar lamił strasznie i przy pierwszym postoju nie omieszkał wyrazić swego zdziwienia, że jeżdżę szybciej od niego ;). Potem jednak odblokowała mu się jakaś klapka w głowie i zaczął, mówiąc kolokwialnie, zapierdalać.

O ile jeszcze w sekcji prostej startowej i pierwszych 3 zakrętów w lewo byłem mocniejszy i mu odchodziłem, to dalej, od pierwszego zakrętu w prawo, Browar mnie dochodził i go spowalniałem. Na prostej miałem przewagę silnika – nie musząc zmieniać biegów mogłem na jednym przełożeniu objeżdżać cały tor. Browar robił to samo, ale na końcu prostej startowej brakowało mu obrotów, a zmiana biegu na taką krótką chwilę była problematyczna :).
Ja naturalnie miałem znowu swoje kłopoty z prawym gmolem, jak przy pierwszej wizycie na torze. Uderzałem nim co chwilę o asfalt, więc po prostu prawych zakrętów się bałem.

Jazda szła nam coraz lepiej, pokonywaliśmy tor coraz szybciej. Mi trafiły się nawet dwa uślizgi – raz tyłu i raz przodu. Na szczęście obyło się bez gleb. I cały czas próbowałem nieco pracować ciałem, aby poprawić jazdę. Nie będę tego szumnie nazywał schodzeniem na kolano, gdyż w odniesieniu do krowiastej CBF1000 i tego co na moto robiłem, pewnie sporo osób oplułoby ekran ze śmiechu. Niemniej kolano wystawiałem i dupę opuszczałem nieco w dół. I to nawet coś dawało – porównując czasy, jakie osiągałem na torze przy pierwszej wizycie i obecnie (na podstawie filmików z kamerki), udało mi się urwać ze 2 sekundy :).
Mój najlepszy czas okrążenia z nakręconego materiału to 44,2 sek.

Po jakimś czasie na torze pojawili się dwaj kolesie na plastikach. R6 i R1. No i zaczęli jeździć i schodzić na kolano. Tylko jakoś dziwnie im to szło, bo Browarowi udało się objechać obu, a mi tego na R6. Ciekawe, czy to ciasnota toru nie pozwalała im wykorzystać możliwości wysokoobrotowych silników, czy zwyczajnie z Browarem byliśmy tacy wspaniali? 😉 Na to chyba nie znajdę jednoznacznej odpowiedzi, niemniej satysfakcja z objechania na torze R-szóstki jest czymś, co do dziś pompuje moje ego do rozmiarów Teksasu :P.
Panom z plastików z kolei chyba duma ucierpiała, bo szybko zniknęli, zostawiając motocykle na torze.

Przyznać muszę, że upał, jaki zaczął się robić po godzinie 11:00 i praca przy winklowaniu na torze, totalnie wyssały ze mnie siły.

O 13:00, gdy skończyliśmy jeździć i wróciliśmy na stację zatankować sprzęty przed powrotem do domów, czułem się nieżywy. A miałem jeszcze prawie 200km do przejechania…
Na szczęście skoczyliśmy jeszcze coś zjeść i jakoś siły mi się zregenerowały. I też ok. 14:00 rozjechaliśmy się, każdy w swoim kierunku.
Do Siedlec dojechałem ok. 17:00. Browar nie wiem o której wrócił, ale płakał potem strasznie, że jego KTM zupełnie nie nadaję się w takie trasy i musi sobie zrobić przeszczep pośladków :).

Kolejny raz na torze nakręciliśmy ponad 100km. Niestety nie spisałem sobie dokładnie ile tego wyszło. Na pewno ogółem ponad 600km.
Zamknąłem tylną oponę, zmasakrowałem podnóżki i nowe buty, wyżyłem się za wszystkie czasy i udało mi się nie rozwalić motocykla. Wyjazd więc udany jak cholera. Ale przed następną wizytą na torze w Radomiu koniecznie muszę zmienić te cholerne gmole!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.