Tekst: Monika

Kolejna wyprawa opowiedziana z punktu widzenia współtowarzysza, a raczej współtowarzyszki drogi. Jednak tym razem będę się podniecać własną CB500 i rysować historię oczami innego kierowcy Hondy :).

Koniec z frustracją, koniec z wyobrażeniami, koniec gdybania!
Nadszedł czas nakręcania na koła własnym kilometrów. Aczkolwiek z bycia plecakiem na CBF1000 nie zrezygnuję ;), a przynajmniej jeszcze nie teraz :D. Jak zacznę schodzić na kolano jak Rossi, to wtedy pomyślimy :P.

Pomysł wyjazdu narodził się z czystej ciekawości. Zbyhu przy okazji bez okazji opowiedział mi o takim niezwykłym miejscu opodal Żywca, po czym naoglądałam się fotek w sieci i…

Zdjęcie ze strony dusiu.flog.pl

… wspólnie nakręciliśmy się, aby zobaczyć to na własne oczy. Tym bardziej, że krążyły informacje o planowanej przebudowie, a co za tym idzie niebawem wstęp, a nawet zobaczenie tego miejsca, może być niemożliwe.

A cóż to za miejsce, spytacie?

Jak mówi wujek Google:
„Kozubnik – przysiółek Porąbki położony na północnym stoku Żaru przy Jeziorze Międzybrodzkim (Beskid Mały)”.
Jednak nie sam Kozubnik był naszym celem, a konkretnie Zespół Domów Wypoczynkowo Szkoleniowych HPR Porąbka-Kozubnik – były ośrodek Hutniczego Przedsiębiorstwa Remontowego w Katowicach.
„Kompleks ośrodka usytuowany jest na obszarze o powierzchni 7,5 ha w dolinie potoku Mała Puszcza, otoczony jest z trzech stron masywem górskim Kiczory, Żarem i Kozubnikiem. Był ośrodkiem samowystarczalnym, posiadał własne ujęcie wody, oczyszczalnię ścieków i awaryjny system zasilania, pędzony dwoma czołgowymi silnikami o mocy 400 kW, własną stację benzynową. Czasy świetności ośrodka skończyły się wraz z upadkiem PRL-u. Obecnie firma Sawa Apartments planuje rewitalizację istniejących i budowę zupełnie nowych budynków. W pierwszej kolejności zmodernizowane zostaną budynki Kiczora i Daglezja, w których powstanie łącznie ponad 80 apartamentów. Następnie deweloper przewiduje wybudowanie w Kozubniku hotelu na 200 pokoi wraz z aquaparkiem, SPA i restauracją.”

Tak piszą.
A my byliśmy, zobaczyliśmy i potwierdzamy!
Jednak po kolei.

Cel opatrzony, ale pozostaje kwestia dotarcia. Wymyślenie trasy dla Zbyha to był pryszcz. Pytanie brzmiało, czy odważę się zrobić tę trasę o własnych siłach… Założenie ok. 200-250km drogami różnej kategorii, po urozmaiconym terenie o zróżnicowanej trudności…
Hmmmm…?

Na swoim koncie miałam wtedy mniej więcej 600km w sezonie, jak i w ogóle w życiu (nie licząc kursu), w tym na CB500 około 300km…
Czy dam radę?
Nie pojadę to się nie dowiem! 🙂
Wizji niepowodzenia – MILION, jednak wiara w dotarcie – OGROMNA. Przecież nie jadę sama! Gdy tylko więc nadarzyła się okazja i dobra pogoda – pojechaliśmy.

Pierwszy etap DO CELU – trasa Żory, Wisła, Kubalonka, Istebna, Koniaków i dalej w kierunku Żywca, Porąbki na Kozubnik. Wjazd na Kubalonkę był moim pierwszym poważniejszym winkolowaniem (poza drogą nr 45 między Raciborzem a Kiędzierzynem-Koźlem) i oczywiście co? Autokar PKS’u! Na szczęście tylko do szczytu. Potem już szło gładko. Mimo to na wstęp taka niespodzianka potrafi zepsuć zabawę. W Istebnej zaliczyliśmy 10-cio minutowy przystanek na ponapawanie się pięknymi okolicznościami Beskidu, ale dopadł nas lekki deszczyk z predyspozycjami na ulewę, toteż szybko ruszyliśmy dalej.

Trasa na Koniaków robi wrażenie niezależnie od środka transportu, a tym bardziej na motocyklu miałam nie lada ubaw. W samym Koniakowie przystanęliśmy, aby „wdrapać się” na szczyt Kociego Zamku. właściwie to Koczy Zamek – taka zielona górka ze stromą pionową ścianą od zachodu (pozostałość po kamieniołomie) i krzyżem ku pamięci poległym żołnierzom i harcerzom w walkach o wolność Ojczyzny, z niesamowitymi widokami. Wykonaliśmy serię fotek dla wielbicieli ;), kolejny pokłon w stronę piękna Beskidów i z powrotem ruszyliśmy w dalszą drogę.

W Milówce mój zachwyt skradł wiadukt na drodze S69 nad doliną Kameszniczanki o długości 654 metrów – taki Polski mini Millau :). Robi wrażenie. Dalej już szybciutko do i przez Żywiec w stronę Porąbki w poszukiwaniu drogi na Kozubnik. Oczywiście, że przejechaliśmy. Ale żadne z nas się nie spodziewało, że trzeba z drogi 948 przedostać się na drugą stronę Soły po wąskim, jednopasmowym mostku, wyglądającym jak deptak. Bo przejazd po Zaporze był zamknięty – remoncik, a jakże. Ale nie ma tego złego. Porąbka od tej strony wygląda pięknie… No i ten oryginalny wjazd. Dalej już poszło łatwo i bezproblemowo. Dotarliśmy. Pierwszy rzut oka i takie: phi! No stoi jakiś budynek w stanie krytycznym, w dodatku łazikuje strażnik, taśmami wszystko oklejone, że budowa i niby zakaz wstępu, no i co? To to jest to cudo? To te wielkie ruiny? Składam reklamacje!

Już miało nas dopaść totalne zwątpienie, ale chęć spenetrowania tego budynku była tak intensywna, że zaczęliśmy się kręcić wokół. W ten sposób okrywaliśmy po kolei uroki Kozubnika. Natrafiliśmy na kolejne ruiny, nieco oddalone od pierwszego budynku i tam już nas nic nie powstrzymywało przed zapędami odkrywczymi.

Wszystkie dziury zaliczyliśmy, dzięki czemu ośrodek odkrywał przed nami swoje kolejne zakamarki. Wędrowaliśmy od budynku do budynku w pełnym zadziwieniu i zadumaniu nad wielkością tego miejsca, jego przeznaczeniem oraz nad skalą zniszczenia, zaniedbania i zaprzepaszczenia takiego niesamowitego miejsca.

Naprawdę ogarniał mnie żal i smutek, a jednocześnie ogromny podziw dla rozwiązań architektonicznych.

Czułam się naprawdę przedziwnie widząc to wszystko i wiedząc, że kiedyś, i to wcale nie tak dawno temu, to naprawdę funkcjonowało. Aż by się chciało cofnąć czas.

Spędziliśmy tam chyba ze trzy godziny, bowiem wpadliśmy na „genialny” pomysł wjechania motocyklami w dostępne i bezpieczne miejsca, aby porobić pamiątkowe fotografie tego, gdzie nasze motóry dotarły, a my wraz z nimi.

Wywiązała się z tego niezła sesja fotograficzna i nie mogliśmy skończyć.

Sale niczym balowe, szerokie korytarze, hale, pomieszczenia, piwnice, labirynt korytarzy i sieć pokoi, pozostałości po basenach, wyschnięte i aktywne koryta rzeczek, pełno zieleni i niesamowity ogrom tego niszczejącego przedsięwzięcia.

Coś pięknego.
No ale czekała nas jeszcze droga powrotna, także w końcu wycofaliśmy się stamtąd przepełnieni niedowierzaniem tego co nasze oczy widziały. Oczywiście moje emocje były spotęgowane faktem gdzie byłam i gdzie wjechałam na mojej Cebuli 🙂 Droga powrotna biegła przez Bielsko na Pszczynę, ku Rybnikowi. Nie mogę tu pominąć istotnego odcinka trasy S69. „Nowa” obwodnica Bielska. Kolejna trasa, którą bym mogła pokonywać w te i z powrotem. Pamiętam jakie odczucia wywołała na mnie po raz pierwszy, gdy wieczorową porą przemierzaliśmy ją samochodem w kierunku Żywca… Niczym po pasie startowym z prędkością światła… A teraz ja i Hondzia, i piękna, gładka, dwupasmowa „autostrada do nieba”. Ehhh… Są takie miejsca i takie krainy…:D
Końcówka już bez większych uniesień i raczej z myślą, aby już dotrzeć do domku. Ale nie żebym miała dość jazdy… O nie nie… Zwyczajnie moje „wiekowe” już ciało odmawiało powoli posłuszeństwa. Co jak co, ale nie codziennie zdarzało mi się robić 250km w siodle :). Ale dojechałam! Satysfakcja niesamowita! Apetyt rośnie. Honda się sprawdza. Naprawdę uwielbiam motocykle. Już wyczekuję kolejnej wyprawy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.