Środa 26 grudnia 2012 r.

Tak się ciekawie złożyło, że w Święta Bożego Narodzenia napadła nas całkiem przyzwoita pogoda. Temperatura na sporym plusie, sucho i słonecznie.
Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym tego nie wykorzystał, a Krzyhu nie byłby sobą, gdyby się nie przyłączył :P. Warunki był idealne, aby z przytupem pożegnać sezon 2012.
Już nie wspomnę, o której wyjechaliśmy i znaczenia większego to nie ma, ale plan wycieczki wymyśliłem dosyć ambitny, jak na porę roku ;). Postanowiłem pojechać na Koci Zamek w Beskidach :). Tam, gdzie lata temu wyjechałem na szczyt MZtką…
Dosiedliśmy we dwóch naszych maszyn i wystartowaliśmy w stronę Żor. Było pięknie, słonecznie, sucho. Jechało się rewelacyjnie… Z Żor obraliśmy kurs na Skoczów, potem na Wisłę i zaczęliśmy się wspinać w stronę Istebnej. No, tam przestało być ciepło, miło i przyjemnie ;). Zrobiło się zimno, mokro, a potem śnieżnie i mroźno :D.

Na najwyższych przełęczach jechaliśmy w koleinach rozjeżdżonych przez samochody, pomiędzy wałami ze śniegu :D. A mnie nie chciały się włączyć grzane manetki, gdyż po zalaniu sterownika myjką ciśnieniową, przyciski odmówiły współpracy… :P.
Twardo jednak dokulaliśmy się do karczmy w Koniakowie, gdzie wjechaliśmy na zaśnieżony i wyślizgany parking, aby trochę odetchnąć :).

Chyba czas nas trochę gonił, bowiem jakoś nie wpadliśmy na pomysł, aby napić się w karczmie herbaty. Także po nieco kłopotliwej operacji opuszczania parkingu (ha, żaden z nas nie wyglebił!) podjechaliśmy te ostatnie kilka kilometrów do wzgórza Koci Zamek.
Tam mieliśmy trochę problemów, aby zaparkować motocykle, bo wszystko było pod kupą śniegu i nie dało się zjechać z rozjeżdżonej w śniegu dojazdówki :). Porzuciliśmy więc motocykle właściwie na tej dojazdówce i poszliśmy na punkt widokowy. A tam wiadomo, trzeba było moment uwiecznić. Góry wyglądały bardzo pięknie pod czapą śniegu…

Kiedy już mieliśmy dość wydurniania się na szczycie, prawie że zjechaliśmy z niego na dupach, aby po prostu nie spaść (śnieg i buty motocyklowe, to średnie połączenie :P) i wróciliśmy do motocykli. Wyjazd z miejsca parkingowego znowu był wesoły, ale jakoś daliśmy radę. A mnie nawet po długiej batalii udało się uruchomić manetki :).
Z Kociego Zamku zjechaliśmy już na dół, zapięliśmy S69 do Milówki i przez Węgierską Górkę dotarliśmy do Bielska Białej.
Początkowo chcieliśmy wracać przez Pszczynę, aby nie jechać do domu po swoich śladach. Ale przypomniałem sobie, że droga z Pszczyny do Żor jest w remoncie z bardzo długim wahadłem, więc nie opuszczając ekspresówki S69, która przechodzi płynnie w S1, wróciliśmy do Skoczowa, zamykając koło.
I tu pech! W drodze do Żor natrafiliśmy na potężny korek. Przepchnęliśmy się na jego czoło, gdzie okazało się, że droga z powodu jakiegoś wypadku jest zamknięta. Policja kierowała cały ruch w stronę Strumienia.
Nie mając żadnej mapy, GPSa i znajomości okolicy, po prostu przebiliśmy się do centrum Pszczyny drogą 939 i tam zapięliśmy drogę, której wcześniej chcieliśmy uniknąć. Na szczęście okazało się, że na święta przywrócono ruch dwukierunkowy, więc bez przeszkód osiągnęliśmy Żory, a potem Rybnik. Wróciliśmy do domu przed samym zmierzchem, ok. 16:00, prosto na dymiący obiadek :).
No, to było to. Ponad 230km w siodle było naprawdę przyjemnym prezentem bożonarodzeniowym i doskonałym ukoronowaniem sezonu motocyklowego :).

A sezon 2013 rozpoczęliśmy 1 stycznia o godzinie 14:00! 😀

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.