.: Moje przygody z motocyklami :.

Sprint na czwarty zlot CBF

Sobota, 29 września 2012 r. Godzina 17:00. Wychodzę z pracy, wsiadam w samochód i pędzę na złamanie karku przez lasy z Gliwic do Rybnika. Pod dom zajeżdżam o 17:25 i wysiadając z auta przez głowę przebiega mi myśl:
– A może Browar też pojedzie?
Chwytam za telefon i jadąc windą do domu dzwonię.
– Ej, jedziesz na Zlot CBF do Węgierskiej Górki? Trwa od wczoraj, a że pracuję w weekendy, nie sądziłem, że pojadę, więc wcześniej nie pytałem. Jadę na partyzanta zajrzeć na dwie godziny, bo jutro znowu robota.
W międzyczasie już jestem w domu, rzucam laptopa na łóżko i idę do kuchni zjeść obiad.
– Kurde, przejechałbym się, ale co z tymi ciemnymi chmurami za oknem?
– Jakimi chmurami? Wracałem teraz z pracy, zajebiste słoneczko, ciepło, to chcę jechać. O 18:00 startuję.
– O 18:00? Kurde, ja jestem cały w farbie, kończę malować ściankę działową w domu. Ale dobra, sprawdź jak możesz prognozę i się zdzwonimy za 10 minut.
– Dobra.
Ciach, rozłączamy się. Lecę po laptopa, kładę go w kuchni obok talerza, jedną ręka zamiatam obiad, a drugą sprawdzam prognozę. Będzie kurde padać. Ale dopiero po 21:00, więc jest szansa.
Zamykam laptopa, wysyłam esa do Browara:
„Po 21:00 może tam padać. Ale ja będę chciał już wtedy wracać.”
W międzyczasie zdążyłem się już ubrać w motocyklowe ciuchy, zjechać windą na dół, wyjąć uchwyt GPSa z samochodu i ruszyć w stronę garażu. I wtedy dostałem lakoniczną odpowiedź:
„Minuta po 18:00 na BP.” 🙂

Na stację Browar przyjechał o 18:01. Zatankował jeszcze swojego parcha do pełna i o 18:05 wystrzeliliśmy jak z procy na zlot :).
No, była to zdecydowanie niegrzeczna jazda. Wydostanie się z Rybnika na Żory objazdem przez Boguszowice, potem strzała do Pszczyny, krajowa jedynka do Bielska, obwodnica S69, zwykła droga 69 do Żywca i dojazd do Węgierskiej Górki.
Całą trasę wyprzedzaliśmy gdzie tylko się dało, a 120km/h rzadko schodziło nam z liczników.
Przy wjeździe na jedynkę jeden Pan mało mnie nie staranował. My włączaliśmy się ze ślimaka na dwupasmówkę i wjeżdżaliśmy na pusty prawy pas. Lewym pasem jechało kilka samochodów, z „L”iderem na czele. Trzeci kombik za L-ką wkurzył się i postanowił wyprzedzić całą kolumnę prawym pasem, na którym już byłem ja… Kątem oka zobaczyłem jego dziką zmianę pasa i przeciwskrętem uciekłem z kursu kolizyjnego na resztkę pasa rozbiegowego, z którego się włączaliśmy do ruchu. Jednocześnie zapas pod manetką pozwolił mi szybko uciec do przodu i wrócić na prawy pas. Zdążyłem nawet podczas tego wszystkiego kolesia solidnie obtrąbić ;). A Browar jadący za mną również nie pozostał nieuważnemu kierowcy dłużny ;).
Na jedynce i S69 pocinaliśmy momentami 160-170km/h. Najgorzej było na trasie do Żywca – ruch był spory, a zrobiło się już ciemno. Browar płakał potem, że ma źle ustawione światła i w zasadzie nic przed sobą nie widział…
Na zlot dotarliśmy w godzinę i 5 minut, o 19:10, pokonawszy ciut poniżej 100km :).
A tam impreza szła pełną gębą. Ognisko płonęło, biesiadnicy siedzieli, piwko się lało, upieczony świniak (choć z rozmiarów raczej prosiątko) gotowy był do zjedzenia… Przyjechaliśmy w samą porę ;).

Przywitaliśmy się ze wszystkimi, poznaliśmy parę nowych twarzy, których do tej pory na zlotach nie było i załapaliśmy się na kawałek świnki z kapustą zapiekaną :). A Raphi rzucił nam trochę soku, bo piwa pić nie mogliśmy. I to było najgorsze… 😉

Browar pochwalił się wszystkim, że ma światła przeciwlotnicze w motocyklu, więc cała świta z Raphim na czele rzuciła się na jego motocykl, aby światła ustawić prawidłowo…
Walczyli długo i dzielnie. I ustawili światła jeszcze gorzej niż były, po czym się poddali 😀
Ja w międzyczasie zamieniłem kilka słów z koleżanką Tiaruś, obejrzałem jej świeżo nabytą CBF500, ugadałem się z RobGoldem, że pojedzie z nami do domu i pokręciłem się wśród zlotowiczów.
Czas zleciał jak z bicza, a o 20:00 zaczęło kropić…
Uznaliśmy z Browarem, że nasz pobyt na zlocie trzeba będzie skrócić i zaczęliśmy zbierać się do domu. Nim o 20:30 wystartowaliśmy, padało już całkiem konkretnie.
Powrót do domu okazał się więc makabryczny. Całe korowody samochodów jadących z przeciwka oślepiały nas konkretnie, jadący za mną Browar walił mi po lusterkach źle ustawionym światłem i wszystko rozmywało się w refleksach mocno zużytej już szybki kasku, całej mokrej od naparzającego deszczu. Czasem naprawdę jechało się na czuja, nie widząc zupełnie drogi 🙂
Trochę lepiej było na S69 i jedynce, gdzie też w sumie, kawałek za Bielskiem, padać przestało. Z RobGoldem rozjechaliśmy się na zjeździe na Pszczynę, skąd po lekko wilgotnym asfalcie, po swoich śladach sprzed kilku godzin, wróciliśmy bez przygód ok. 22:00 na stację BP. Dopiero tam zobaczyłem, jak fatalnie świecą Browarowi światła i w sumie nie wiem, który z nas miał gorzej – ja będąc oślepianym przez niego, czy on, jadąc w zasadzie jak na pozycyjnych :].
Ale daliśmy radę… I nie można powiedzieć, że nas na IV Zlocie CBF nie było :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.