.: Moje przygody z motocyklami :.

Trzeci Zlot CBF

Wprowadzenie.

Nowy sezon, Forum CBF rozrasta się dynamicznie, więc i na kolejny zlot przyszedł czas.
Ustalanie terminu i miejsca zlotu odbyło się w demokratyczny sposób na łamach forum i ostatecznie padło na tydzień po majówce, w miejscowości Kretowiny na Mazurach, w ośrodku z domkami o wdzięcznej nazwie Krecik.
Całą organizacją zajął się Sadek, Browar rzucił się na organizowanie szybkiej edycji koszulek forumowych, aby można było rozdać je na zlocie, a ja z Raphim moderowaliśmy kampanię informacyjną na forum, aby jak najwięcej osób o zlocie wiedziało i przyjechało :).
No i tyle. Urlop na piątek i w drogę! 🙂

Piątek 11.05.2012 r.

Z Browarem ugadani byliśmy na stacji BP za moim blokiem o 7:00 rano.

Co prawda w Zawierciu u Roksi mieliśmy być dopiero o 9:00 rano, ale po drodze musieliśmy jeszcze odebrać koszulki forumowe z Katowic. Oczywiście wszystko załatwialiśmy na ostatnią chwilę :).
Motór czekał wypucowany jak rzadko w garażu z przebiegiem 86306km na szafie. Załadowałem kufry na sprzęta i równo o 7:00 wylądowałem na BP. Browar podjechał po 20 sekundach ;), więc od razu pognaliśmy w stronę Katowic po A1 i A4.
W Katowicach trochę korków – w końcu poranek, piątek, zwykły dzień roboczy. A z kuframi ciężko się było przepychać ;).
Odbiór koszulek poszedł nam sprawniej, niż sądziliśmy, więc chwilę po 8:00 już lecieliśmy do Zawiercia, gdzie znaleźliśmy się parę minut przed 9:00.
Dopakowanie bagaży i czekanie na Raphiego, który leciał do nas z Krakowa, pochłonęło nam jakieś 40 minut, więc ostatecznie start w trasę na Mazury wypadł tuż przed 10:00 :).

Postanowiliśmy pojechać z Zawiercia do Częstochowy szlakiem koziej dupy i niestety szybko nam to wyszło bokiem. Korki… Upał… Trudne wyprzedzanie z kuframi… Masakra! Ale nie było już odwrotu, a że humorki wszystkim dopisywały, to i braliśmy sytuację na wesoło :).
Potem była Częstochowa, przez którą przelecieliśmy szybko, acz nerwowo, bowiem ruch był ciężki i wszystko tasowało się na przelotówce. A dalej już nudna dwupasmówka do Łodzi. Do tej pory prowadził nas Raphi, ale na ten odcinek ja wyskoczyłem na prowadzenie, zapiąłem 160km/h i tak sobie lecieliśmy. Wiedziałem, że za Łodzią są już gorsze drogi i to jest ostatni odcinek, gdzie można podgonić.
To podganianie zatarasował nam na moment dosyć duży korek, który oczywiście ominęliśmy pasem awaryjnym. Na jego końcu okazało się, że na skrzyżowaniu ze światłami doszło do poważnego wypadku z udziałem Karetki Pogotowia i ruch na wprost był zamknięty. Na środku skrzyżowania stał śmigłowiec i jakieś rozbite auto, a w rowie leżała Karetka. Pewnie przelatywała na sygnale na czerwonym świetle i ktoś ją zdjął…
Na feralnym skrzyżowaniu ruchem sterowała Policja i kierowała wszystkich z głównej drogi w prawo. Zauważyłem jednakże, iż na tej drodze po prawej ludzie dojeżdżają normalnie do zablokowanego skrzyżowania, skręcają w swoje prawo i jadą dalej po DK1 w stronę Łodzi. Więc jak tylko Pan Władza skierował nas w prawo lizakiem, grzecznie go posłuchaliśmy, objechaliśmy za skrzyżowaniem wysepkę rozdzielającą pasy, zawróciliśmy w mało legalny sposób, wróciliśmy na zatkane skrzyżowanie i po zmianie świateł na zielone, skręciwszy w prawo pognaliśmy jakby nigdy nic dalej ku Łodzi :).
Pierwszy solidniejszy postój wypadł nam przed samą Łodzią na stacji BP. Przez poganianie zrobił nam się wirek w bakach i motocykle wołały jeść. Roksi zresztą wołała o to samo. Bez Hot Doga nie mogło się obyć :).
Posileni, napojeni i zatankowani ruszyliśmy zmierzyć się z Łodzią. I tu zemścił się na nas komunikat Raphiego, wypowiedziany jeszcze przed domem Roksi, a który powinien mnie już wtedy zaniepokoić w najwyższym stopniu:

„Wczoraj wgrałem nową Automapę i jeszcze jej nie ogarniam.”

Automapa ustawiona była oczywiście na tryb „Jedź tam, gdzie jest największy korek”. I zamiast objechać Łódź wokół, wzdłuż DK1, po szerokich trzypasmówkach, wbiliśmy się w samo centrum, gdzie było samochodów jak Chińczyków, co drugi pieszy był pijany, co trzecie auto zajeżdżało nam drogę, temperatura sięgała 40 stopni i mieliśmy tylko jeden pas ruchu, więc z kuframi nie dało się przepychać.
Słowem – rzeź.
Po paru minutach takiej jazdy upał dał nam taki wycisk, iż przepychanie się z kuframi uznaliśmy za zupełnie możliwe :). Ale niestety okazało się, że i moja CBFa dostała w tych warunkach po dupie…
Zaczęło się od tego, że Raphi nagle zwrócił mi uwagę, że ksenon mi nie świeci. Pierwsza moja myśl była taka, że albo żarnik umarł albo najzwyklej zgasł. Wyłączenie przetwornicy i ponowne jej uruchomienie mogło na tę ostatnią przypadłość być lekarstwem, więc niewiele myśląc, wyłączyłem stacyjkę na chwilę podczas jazdy, włączyłem z powrotem i nacisnąłem na rozrusznik. Mimo szumu wiatru w kasku, usłyszałem jakieś żałosne rzężenie rozrusznika, które nie dało rady odpalić silnika…
Od razu wiedziałem, że jest źle.
Korzystając z tego, że ciągle się toczyłem, puściłem sprzęgło mając zapięty bieg i silnik zagadał „na pych”. Zjechaliśmy jednak na pierwszą napotkaną stację benzynową, aby sprawdzić, co się z motocyklem dzieje i tam po zgaszeniu silnika potwierdził się totalny zgon akumulatora. Ładowanie zniknęło… Spalił się zapewne alternator… A więc na 90% koniec wycieczki…

W takiej sytuacji człek się chwyta byle czego, aby nie dopuścić do siebie od razu smutnej prawdy. I tak też po chwili rozmowy na stacji było i z nami :). Chwyciliśmy się resztek złudzeń, że powodem naszych kłopotów nie jest alternator, a akumulator. Nie jest on już bowiem w moim motocyklu pierwszej świeżości, a nieustanna jazda na pracującym wentylatorze oraz stanie w korkach na jałowym biegu, przy którym ładowanie jest słabsze, na pewno mu nie sprzyjały. Wytłumaczyliśmy też sobie, że rozgrzany do czerwoności silnik mógł teoretycznie stawiać większy opór przy rozruchu i stąd słaby akumulator nie dawał sobie rady. Postanowiliśmy więc odczekać, aż moto się przestudzi i zobaczyć, czy zapali o własnych siłach. Nadzieja umiera ostatnia ;).

No i naturalnie nadzieja zdechła, gdy po kwadransie rozrusznik powiedział: „Błe, błee, błeeee, trrrrrrrr” :).
Dupa. 250km od domu, jakieś 350km do celu. I w moto nie ma prądu.
Trzeba było zdecydować, co robimy dalej…
I znowu chwytając się złudzeń uznaliśmy, że to dalej wina akumulatora i jak tylko wyjedziemy z zatkanej Łodzi, aku zacznie się po prostu ładować i problem sam się rozwiąże :). I podług tej myśli, odpaliliśmy bestię na pych i po prostu pojechaliśmy dalej :).
Wreszcie Łódź została za naszymi plecami. Ale nie ujechaliśmy nawet 20km, a pojawił się nam przed nosem gigantyczny korek… Znowu trzeba było ryć się na chama środkiem między samochodami, co z uwagi na awarię, która wisiała mi nad głową i możliwością nagłego unieruchomienia silnika, było dosyć stresujące :P.
Gdzieś w ferworze przepychanki zagubił nam się Browar. Zjechaliśmy więc z Raphim na przystanek autobusowy, aby na niego poczekać. Zgasiłem silnik, a od Raphiego dowiedziałem się, że ksenon chwilkę działał po opuszczeniu stacji benzynowej w Łodzi, ale bardzo szybko zgasł.

Odczekaliśmy chwilę i gdy Browar dojechał na okupowany przez nas przystanek, to spróbowałem znowu odpalić moto z rozrusznika. Aku nie dało rady nawet raz obrócić wałem silnika…. Czyli diagnoza niemal pewna – spalił się altek, a ściślej jedna z trzech jego faz. Gdyby poszły dwie lub trzy fazy, to na samym akumulatorku pojemności 8,6Ah bez żadnego ładowania przejechałbym maksymalnie jakieś 27cm. A tak szczątkowy prąd ładowania z dwóch pozostałych przy życiu faz alternatora był wystarczający do podtrzymania pracy pompy, kompa, wtrysków i cewek – więc moto jakoś jechało :).
No i cóż. Za bardzo żal mi było olać zlot, na który tyle czasu się napalałem. Co więcej, zawracając do domu zepsułbym wyjazd nie tylko sobie, ale też całej ekipie, która przecież nie zostawiłaby mnie samego (chyba :D). Uznałem więc, że co ma być to będzie – jadę dalej ;). Skoro wyjechałem z Łodzi i przejechałem te kilkanaście kilometrów, to przecież jakoś do celu dojadę. W końcu to tylko 330km ;).
Odpaliliśmy parcha na pych i w drogę! 🙂
Teraz już szyk był zwarty, tj. Raphi prowadził, ja jechałem w środku, a Browar zamykał stawkę. W ten sposób siedziałem cały czas w klamrze motocykli ze sprawnym oświetleniem. Mój ksenon obraził się na zbyt niskie napięcie.
No, muszę przyznać, że jechałem i wyprzedzałem trochę z duszą na ramieniu. Altek mógł do reszty wyzionąć ducha w każdej chwili bez ostrzeżenia, co skutkowałoby praktycznie natychmiastowym unieruchomieniem silnika. Naprawdę nie chciałbym w takim momencie akurat wyprzedzać ;).
Jazda zrobiła się więc nie tylko denerwująca, ale i męcząca. Uznaliśmy bowiem, iż postoje nie będą służyć mojemu motocyklowi i jechaliśmy zupełnie bez żadnych przystanków.

Z wyjątkiem tego 😉

Dłuższy postój wypadł dopiero podczas tankowania po ok. 250km w miejscowości Kurzętnik ok. godz. 16:00 ;). Tam też musieliśmy zjeść obiad, bo żołądki o swoje się już nam dopominały, a Roksi z głodu wszamała wyściółkę swojego kasku i przymierzała się do obgryzania moich naramienników w kurtce :P.
Przy stacji była restauracja, więc uwinęliśmy się z tematem szybko i można było gnać dalej. Ze schabowym w żołądku jechało się zdecydowanie przyjemniej ;).
No i tak jakoś kilometry uciekały, a moto nie wykazywało objawów pogorszenia swego stanu. Coraz bardziej wierzyłem, że dojedziemy :).
Ciekawie było, gdy na kilka kilometrów przed celem naszej podróży zatrzymał nas przejazd kolejowy. Obawiałem się, że stojąc przed szlabanem silnik się zagrzeje, wentylator włączy i wyssie resztki elektronów z aku i altka. Zostawiłem więc Raphiego i Browara pod szlabanem, a sam z Roksi… zawróciłem i pognałem 2-3km przed siebie :). Potem znowu nawrotka, powrót pod szlaban i… Kurde, dalej zamknięty! 😛 No to kolejna rundka i ta druga już na szczęście wystarczyła :).
Dojazdówka do Kretowin była piękna. Nawet ja, podenerwowany awarią i skupiony na jeździe jak rosyjski kontroler lotów, zdołałem to zauważyć. Genialna wąska i kręta asfaltówka, biegnąca przez świeżo zazieleniony las… Rewelacja! 🙂
No a potem ok. 18:00 dojechaliśmy do Kretowin. Tam zatrzymał nas szlaban przed ośrodkiem i przez dłuższą chwilę nie pojawiał się nikt, kto by do tego szlabanu pasował. Zgasiłem więc silnik i wtedy właśnie pojawił się Naczelny Organizator Zlotu – Sadek :). Wpuścił nas od razu na teren ośrodka, ale że dojazdówka już była szutrowa i odpalanie mojej CBFy na pych byłoby kłopotliwe, musieliśmy ją pod domki zapchać :P. Wszyscy więc już obecni na zlocie mieli ubaw po pachy, gdy zobaczyli dwie wjeżdżające do ośrodka CBFy, za którymi biegiem pchana była trzecia :P.
Zmachani i mokrzy od potu jak szczury, wreszcie dopchaliśmy sprzęta pod jakiś domek. Potem okazało się, że mój domek jest w zupełnie innej części ośrodka, gdzie znowu trzeba było moto przepchać, ale to już jest nieistotne ;).

Gdy dostaliśmy przydział domku i się tam z Roksaną wprowadziliśmy, ja stwierdziłem, że bez prysznica nie dam rady funkcjonować. Domek był na szczęście w prysznic wyposażony, więc od razu wskoczyłem pod zimną wodę. Ooo, jaka ulga po tak denerwującym i upalnym dniu! 🙂
Po kąpieli i przyssaniu się do piwa (po które w międzyczasie pojechał Raphi z Browarem), wreszcie można było rozpocząć łazikowanie :).
Ośrodek był śliczny. Domki dwu i czteroosobowe porozrzucane były po naprawdę sporym terenie. Zielono, czysto, schludnie – naprawdę śliczne miejsce. Cały ośrodek zlokalizowany jest na szerokim „półwyspie” – z trzech stron omywają go czyste jak łza wody jeziora Narie. Bez dwóch zdań – przepiękne miejsce. Gdyby leżał bliżej Rybnika, na pewno często bym tam bywał :).

Miejsce na ognisko też było świetnie zorganizowane. Półkolisty murek ochronny z kamienia, z drugiej strony ławki i pniaki, robiące za stoliki. A w palenisku profesjonalnie przygotowany stos drewna :).
Rozpoczęcie ogniska trochę nam jednak pokrzyżował intensywny deszcz, przed którym schroniliśmy pod wąskim daszkiem budynku wypożyczalni sprzętu do pływania. Budynek stał blisko paleniska, nad samym jeziorem. Mieliśmy więc widok na molo, łódki, rowerki wodne i całe jezioro :). Przy tak intensywnej ulewie jeziorko wyglądało klimatycznie…

Deszcz był szybki i krótki. Chyba nawet parę razy zagrzmiało. W każdym razie może pół godziny później już walczyliśmy z rozpaleniem ogniska. Przy palenisku była solidna plastikowa plandeka, którą na początku deszczu nakryliśmy stos drewna, także udało się je utrzymać w suchości :).

Po kilkuminutowej walce ognisko ruszyło. I to nawet bez pomocy benzyny :). Skoczyliśmy z Roksaną po kiełbaski do domu, przy okazji wymieniając zepsute puszki i butelki na nowe zimne i pełne. Co trzeba też zaznaczyć, kiełbasa była ręcznie robiona, miała 100% mięsa i zero plazmy 😛 – Roksi skombinowała od sąsiada :).

No i co tu dużo pisać… Impreza! 🙂

Piwko, kiełbaski, rozmowy, wygłupy itd, itp :).

Jakoś w okolicach może północy zaczęło znowu padać, więc impreza przeniosła się „na świetlicę”. Nie wiem, czemu ktoś tak to nazwał i dwa dni próbowałem dojść, gdzie jest świetlica :P. A to był zadaszony ganek budynku wypożyczalni sprzętu do pływania, na którym stał jeden stolik i bryczka :). Oczywiście od razu zainstalowaliśmy się w bryczce, gdzie można było usiąść i impreza toczyła się dalej w najlepsze :).

Gdzieś po drodze trzeba było wybrać się na kolejną wycieczkę po piwo do domku, z której nie wróciliśmy już „na świetlicę”, tylko wylądowaliśmy znowu pod zadaszeniem z widokiem na jeziorko. Ja zapragnąłem przysiąść się do łódki i rowerka wodnego i mimo, że było ostra ulewa, plan zrealizowałem ;).
I tak nadeszła godzina 1:00 w nocy, kiedy to uznaliśmy, że na dziś wrażeń nam wystarczy i udaliśmy się do domku spać.

Sobota 12.05.2012 r.

Wstaliśmy już o 8:30. Z łóżek wygonił nas chłód, głód i pragnienie.
I to był problem, bowiem nikt z nas nie miał odpowiedniego przygotowania śniadaniowego. W związku z tym udałem się na obchód domków i wśród zlotowiczów razem z Raphim próbowaliśmy zorganizować chleb i herbatę.

Po długich poszukiwaniach misja zakończyła się sukcesem, więc wbiliśmy się do domku Raphiego i wszamaliśmy plony naszej eskapady.
W planach dnia była jakaś objazdówka po okolicy, ale zrodził nam się dwojaki problem. Po pierwsze – trzeba było „odparować” po nocy. A po drugie – na 13:00 Sadek zorganizował obiad dla wszystkich zlotowiczów, więc wyjazd np. po 11:00 praktycznie mijał się z celem. No, a ja miałem naturalnie swój problem z motocyklem, więc z objazdówki automatycznie wypadałem.
Ponieważ do obiadu Raphi też się nigdzie nie wybierał, postanowiliśmy trochę posprawdzać mój motocykl. Sadek załatwił nam miernik, więc można było już na 100% zdiagnozować usterkę. Zamieniliśmy się z Raphim akumulatorami i odpaliliśmy moją bestię. Zaskoczyła bardzo chętnie. No ale ładowanie było – tak jak przypuszczaliśmy – szczątkowe. W porywach sięgało 12,3V… Czyli miałem zgodnie z przewidywaniami upalony altek i tylko pozostawało modlić się, aby nie spalił się do reszty w drodze do domu.

Po tej operacji do obiadu w sumie nie wydarzyło się nic więcej ;). Wszyscy stali w mniejszych lub większych grupkach, gawędzili i… tyle. Co jakiś czas przyjeżdżały nowe osoby na zlot, ale generalnie wiało nudą.

Zmaltretowałem więc Roksi i Dianę, aby udać się na mały obchód ośrodka, gdyż nie każdy zakamarek był nam jeszcze znany. No i spacerek ten zaowocował znalezieniem po drugiej stronie „półwyspu” placu zabaw, na którym przez jakiś czas się wygłupialiśmy :).

Ok. 13:00 wróciliśmy do generalnego zbiegowiska zlotowiczów, aby wreszcie coś zjeść. Ale niestety Sadek miał jakąś obsuwę czasową, więc wściekle głodni czekaliśmy jeszcze 40 minut.

No, a gdy Sadek się pojawił – stado ruszyło do paśnika! 😉

Po obiedzie postanowiliśmy w naszym skromnym gronie zrealizować plan, który Sadek przedłożył nam dnia poprzedniego. Okazało się, że miał on patent żeglarski i dostęp do jachtu, na którym postanowił z nami trochę popływać :).
Wsiadłem z Sadkiem do jego świeżo nabytego Samuraja, a Browar i Raphi zabrali na plecy Roksi i Dianę. I w takim składzie pognaliśmy do Morąga…,

…gdzie w przystani na jeziorze Skiertąg stała „nasza” łódka :).
„Zaokrętowaliśmy się” na pokład, a Sadek z Raphim i Dianą usiłowali rozwinąć maszt, by wydostać jacht z przystani.

Potem i ja z Browarem włączyliśmy się do pracy, bowiem wiatr był tak silny, że wyjście na otwartą wodę z przystani okazało się bardzo trudne. Tak trudne, że nam się to ostatecznie nie udało :(. Winą za ten fakt – w sumie nie wiem dlaczego – został obarczony Raphi i z automatu zdegradowaliśmy go z Majtka Okrętowego na Stringa. Biedak musiał za karę razem z Sadkiem umyć pokład łódki ;).

Walka z łódką trwała od 16:00 do 17:00. Czas był jeszcze niezły i nikt nie miał ochoty jeszcze wracać do ośrodka, więc postanowiliśmy udać się do jakiejś sensownej knajpy w Moroągu i opić naszą porażę dobrą kawą. Oczywiście na miejscu już plan poszerzył się o jakieś desery i frytki, także zabawiliśmy tam dłuższą chwilę.
No i potem wróciliśmy już na zlotowisko do Kretowin, zahaczając po drodze o sklep, aby wyposażyć się na wieczorną balangę i poranne śniadanko. Sadek od tego sklepu dał mi poprowadzić swojego Samuraja :). Masakryczne autko! Kierownica zdawała się nie być przymocowana do kół, wszystko się w środku telepało, hamulce były symboliczne, ale… po terenie śmigało to to jak ta lala :).
Po powrocie do ośrodka z Roksi, Dianą i Browarem poszliśmy na sprężynowe huśtawki dla dzieci trochę się powydurniać. Oczywiście już z piwkiem w ręku ;). I bawiliśmy się tam tak dobrze, że aż Raphi zaczął nas ścigać telefonem, abyśmy zleźli do wszystkich, do ogniska.

Do ekipy przy ognisku dołączyliśmy dopiero po 21:00. Kiełbaski i piwo poszło w ruch i zabawa szła na cały regulator.

Sadek dostał od nas wszystkich flaszkę za organizację zlotu, bo chłop naprawdę się nadzwonił i nabiegał, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik. No a potem to już wiadomo. Impreza, piwo, kupa radochy, wygłupów itd, itp. Kto nigdy nie był, ten nie wie i nawet z najlepszego opisu się nie dowie ;).

Ponieważ następnego dnia czekał nas dosyć nerwowy powrót do domu, spać poszliśmy ok. 23:30.

Niedziela 13.05.2012 r.

Pobudka – wcześnie rano, jakoś koło 8:00. Noc była pieruńsko zimna, a poranek nie był wiele lepszy. Wróżyło nam to dosyć chłodny powrót do domu :).
O 8:30 pod nasz domek podjechał już gotowy do drogi powrotnej Browar.

Wciągnęliśmy jakieś śniadanie, dopakowaliśmy się i o 9:00 wystartowaliśmy w drogę.

Oczywiście mojego parcha trzeba było odpalić na pych, ale od naszego domku w stronę wyjazdu z ośrodka było z górki, więc wystarczyła mi sama grawitacja do uruchomienia silnika :).
Dopiero gdy ruszyliśmy wyszło na jaw, jak bardzo jest zimno :). Nie byliśmy przygotowani na temperatury rzędu 6 stopni, więc wszystkim tyłki ostro wymroziło. Ja dodatkowo nie mogłem odpalić grzanych manetek, a rękawice miałem takie trochę letnie :). No, w stosunku do 40-sto stopniowego upału sprzed dwóch dni, gdy jechaliśmy na zlot, te 6 stopni to naprawdę było przegięcie ;).
W Ostródzie złapał nas przejazd kolejowy – perfidnie zamknął nam się przed nosem. Musiałem zatem jeździć w kółko – obawiałem się, że jak się wentylator włączy, to może silnik zgasnąć ;). Więc bujałem się po bocznej dróżce tam i z powrotem 3 razy, nim wreszcie przejazd się udrożnił.
Po nieco ponad godzinie jazdy zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, aby dotankować sprzęty i jakoś dozbroić nasze odzienie :). Każdy założył na siebie, co tylko miał w bagażu, a ja dokupiłem na stacji zwykłe materiałowe rękawiczki robocze, które założyłem pod zwykłe motocyklowe. Oczywiście rozgrzaliśmy się jeszcze na stacji herbatką, nim ruszyliśmy w dalszą drogę.

Postanowiliśmy przebić się jak najszybciej do krajowej jedynki i nią lecieć spokojnie na południe. Kierunek ogólny był więc na Toruń, w okolicach którego zatrzymaliśmy się na kolejny postój około południa. Tam też pierwszy raz spotkaliśmy parę podróżników z Katowic jadących na VFR 800. Parka ta znała mnie z mojej strony internetowej, więc zamieniliśmy ze sobą kilka zdań, pożyczyliśmy sobie powodzenia w dalszej podróży i rozjechaliśmy się w swoich kierunkach. Tzn. kierunek był właściwie ten sam – przeplataliśmy się potem ze sobą przez cały dzień – raz oni wyprzedzali nas, innym razem my ich. Ostatni raz widziałem ich chyba pod Będzinem :).

Wesoło było, gdy przejeżdżaliśmy przez Włocławek. Jadę sobie z Roksi na plecach, przede mną jedzie Browar, a za mną Raphi. Pełna obstawa. Nie mam naturalnie świateł w moto, bo altek upalony. I na pierwszych światłach we Włocławku doganiamy radiowóz :).
No i wtedy rozpoczął się przekładaniec :P. Gdy były dwa pasy ruchu, a Policja jechała prawym, a my lewym, to Browar ustawiał się przy osi rozdzielającej pasy, ja z jego lewej i „chowałem się” za nim, aby mnie Stróże Prawa i Porządku nie zobaczyli bez świateł ;). Chwilę później droga zwęziła się do jednego pasa, więc nastąpiło przetasowanie i wylądowaliśmy za radiowozem… Schowałem się więc za kufry Browara, jadąc za jego motocyklem idealnie w osi, jakieś 15cm za jego tylnym kołem :P. Zabawa w ciuciubabkę była przednia i na szczęście się udała – na innym odcinku z dwoma pasami ruchu udało nam się wyprzedzić Policjantów i pojechaliśmy dalej bez zawierania z nimi bliższej znajomości :).
Ok. 14:00 wylądowaliśmy w Łodzi na stacji benzynowej, na której ujawniła się awaria w moim motocyklu.

Zatankowaliśmy maszyny i wbiliśmy się do oddalonej o 50m pizzerii na obiadek. Tam też kolejny raz, zupełnie przypadkowo, spotkaliśmy wspomnianą parę z VFRki ;). Jedli sobie obiadek w tej samej knajpie :).
No i tak jakoś jechaliśmy dalej. Zrobiło się ciut cieplej, moje moto szło do przodu bez żadnych dodatkowych objawów braku prądu i z wolna coraz silniej wierzyłem, że do domu dojedzie :).
O 17:00 wylądowaliśmy w Zawierciu. Tam zostaliśmy przez Roksi poczęstowani herbatą i chwilkę sobie odsapnęliśmy po przejechanych kilometrach.

W dalszą drogę do Krakowa Raphi pognał już sam, a my z Browarem obraliśmy kierunek na Rybnik. Oj, i nie była to grzeczna jazda… 😛 Baba z wozu, koniom lżej – jechaliśmy jak spuszczeni z łańcucha ;). Dość powiedzieć, że dystans z Zawiercia do Rybnika (ok. 110km) pokonaliśmy w godzinę, a upalony altek kręcony na wysokich obrotach dał radę podładować akumulator :P. Pod garażem wylądowałem przed 19:00…

Podsumowanie

Zlot jak najbardziej udany! Było bardzo fajnie, choć sama jazda dla mnie była dosyć nerwowa i denerwująca. Nie mogłem mieć pewności, czy moto nie umrze do reszty w jakimś wypierdowie. Nie wspominając, że jazda przez całą Polskę na motocyklu bez świateł nie należy do przyjemności ;). Ale udało się, a moto pokonało ze zjaranym alternatorem okrągły tysiąc kilometrów :). Licznik na koniec wyjazdu pokazał 87523km, a więc cały wyjazd zamknął się dystansem 1217km.

Całą trasa w obie strony.

Co do zlotu, to Sadek zorganizował wszystko na medal. Ośrodek był śliczny, ekipa przednia, zabawa pierwszorzędna :).
Pozostaje tylko czekać na jesienny zlot :).

Epilog

Kilka dni później odstawiłem moto do serwisu Hondy. Alternator faktycznie okazał się spalony na jednej fazie. I został w przeciągu trzech tygodni wymieniony w ramach akcji serwisowej bezpłatnie :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.