Wprowadzenie.

W poniedziałek wieczorem, dnia 28 listopada Roku Pańskiego 2011, podczas luźnej rozmowy przy stole w kuchni o pogodzie i zapowiadanym przez media krótkim ociepleniu pod koniec tygodnia, nieopatrznie rzuciłem żartem do szwagra: „jedziemy nad morze”.
Krzysiek, który przygodę z motocyklami rozpoczął na początku Roku Pańskiego jak wyżej, aż dostał wypieków na twarzy i mój żart uznał za doskonały pomysł. Od razu rozpoczął snuć plan wyjazdu, którego obowiązkowym punktem kulminacyjnym momentalnie stała się kąpiel w morzu :]. W zimie :P.
Entuzjazm szwagra, zdolny w tamtej chwili pobudzić do działania nawet katatonika, spowodował, że chwyciłem za laptopa, aby przyjrzeć się prognozom. No i były takie sobie – w nocy przymrozki, w dzień od 2 do 6 stopni na plusie. Szwagier uznał jednak, że pogoda jest wręcz doskonała, aby wyjazd zrealizować… :]
Następnego dnia w pracy przeżyłem strategiczne bombardowanie dywanowe mailami:

„Po analizie różnych stron pogodowych stwierdzam, iż znowu miałeś rację – prognoza na gazeta.pl jest najlepsza, wiarygodna i niepodważalna :>. To kiedy jedziemy? :>”

Oczywiście, chyba wspominać nie trzeba, że na tamten moment, prognoza na portalu gazeta.pl była najbardziej optymistyczna ;). I dalej…:

„Ej, wiedziałeś, że w wodzie poniżej 10-12 stopni całkowicie zanika „powierzchniowe” poczucie zimna na skórze, bo receptory się jakoś blokują?”

Wieczorem poprzedniego dnia już zostałem przez szwagra uświadomiony via SMS, że woda w Bałtyku ma 9 stopni ;).

„Mam pierwszą miejscówkę w Jastrzębiej Górze – pokój 2 os. Z OSOBNYMI ŁÓŻKAMI :D. 300 m od morza, 40 PLN, motocykle w garażu :]”

I tak dalej, i tak dalej. Przez następne dwa dni ;). Krzysiek palił się do wyjazdu, jak Rzym za czasów Nerona, a moje próby wylewania na niego kubłów zimnej wody, nie dawały rady ugasić tego pożaru. W końcu też poddałem się.
Najlepszą pogodę przewidywano na piątek i sobotę, toteż wzięliśmy urlopy na piątek, a w czwartek wieczorem ostatecznie zdecydowaliśmy, że spróbujemy nad ten Bałtyk zajechać.

Uczestnicy wyprawy:

Zbyhu jako Anaruk – chłopiec z Grenlandii
Krzyhu jako Pi – przybysz z Matplanety

Piątek, 2 grudnia 2011 r.

Wstałem o 6:00 rano, a o 6:03 już dostałem SMSa od szwagra, że jest ciepło. Na termometrze faktycznie był cały 1 stopień na plusie, więc przynajmniej o gołoledź martwić się nie trzeba było :].
Wciągnąłem śniadanie, nagotowałem herbaty do termosu i zabrałem się za strojenie do drogi. Bielizna termoaktywna na górę i dół, dwie pary skarpet (w tym jedne pod kolana, grube, motocyklowe), bluza z długim rękawem, sweter po szyję i na to zbroja motocyklowa z wpiętymi podpinkami. Buty wojskowe. W bagażu miałem w zapasie jeszcze kalesony, drugi sweter i kombinezon przeciwdeszczowy :).
W garażu wylądowałem kwadrans przed siódmą. Moto zagadało. Rzut oka na szafę – 80077km.

Zatyczki do uszu, kominiarka na łeb, rękawice, grzane manetki do oporu i jazda!
Podjechałem na stację benzynową, gdzie umówiłem się ze szwagrem. Krzysiek już tam był i tankował sprzęta. Ubrany był od razu w jaskrawy, pomarańczowy kombinezon przeciwdeszczowy, co w połączeniu z plecakiem sprawiało, że wyglądał jak Przybysz z Matplanety ;).
Wystartowaliśmy w drogę równiutko o 7:00 rano. Było sucho i trochę zimno ;).
Już w samym Rybniku mało nie naraziłem się patrolowi Policji – omijałem korek do świateł po wszystkim, co zakazane i ledwo wyhamowałem, gdy radiowóz zobaczyłem. Nie zaczepili mnie na szczęście i już bez specjalnych przygód dojechaliśmy do autostrady A1 w Bełku.
No i zaczęło się odmrażanie gnatów. Początkowo zapięliśmy 140km/h, ale po zjechaniu na A4 nieco zwolniliśmy, bo asfalt się trochę podejrzanie świecił, a sól, sypiąca się spod mojego tylnego koła, przeobraziła się w oczach szwagra w lód, co znacząco obniżyło jego morale.
Po opuszczeniu A4 i zapięciu Gierkówki zrobiło się już zupełnie sucho, więc bez zatrzymywania grzaliśmy przed siebie ile wlezie. No, może nie tak bez zatrzymywania, bo łapały nas niemal każde napotkane światła – jakaś cholerna czerwona fala. Potem zmieniliśmy ją na żółtą falę, dzięki czemu o 8:00 rano mięliśmy 93km/h średniej, a o 9:00 już 107km/h ;), tj. do tej godziny pokonaliśmy 214km i mieliśmy dawno Częstochowę za sobą.
To właśnie za Częstochową zrobiło się zupełnie przyjemnie. Słoneczko, sucho i pusto. Co nie znaczy, że było ciepło – temperatura oscylowała wokół 5 stopni. Grzaliśmy cały czas 150km/h :).
Pierwsze tankowanie (a więc pierwszy postój) wypadło po ok. 250km, na przedmieściach Łodzi. Sik w muszlę, łyk herbaty, parę fotek i rura dalej! 🙂

Mniej więcej pół godzinki zajęło nam przebicie się przez Łódź, po wyjechaniu z której zaczęła się zwykła krajowa jedynka. Póki było sucho, wyprzedzało się zupełnie przyjemnie, ale potem, przed Włocławkiem, zaczęło niestety padać… Założyłem wtedy szybko kombinezon przeciwdeszczowy i do samego Torunia czołgaliśmy się w deszczu 80-90km/h, z rzadka wyprzedzając maruderów na dłuuugich prostych.
Wybawiła nas z opresji świeżo oddana do użytku autostrada A1. Pozwoliła nam ominąć Toruń szerokim łukiem i podciągnąć nieco zszarganą średnią przelotową :).
Kolejny postój odbył się na MOPie, gdy mieliśmy już w kołach ok. 460km.

Postanowiliśmy tam zatankować i wrzucić coś lekkiego w żołądki, bo dochodziła 13:00 godzina, a od rana nic nie jedliśmy. Zapodaliśmy więc sobie na szybko po Hot-Dogu z herbatą i w drogę.
A dalej już nuda autostrady. Krzysiek stwierdził, że jego kobyła da radę w przelocie utrzymać 160km/h, więc tyle jechaliśmy. Od wjazdu na A1 przestało padać, więc gdy tylko autostrada przeschła, można było sobie na taką prędkość pozwolić.
W okolicach Pruszcza Gdańskiego autostrada się skończyła.

Zabuliliśmy za przejazd 17,5zł i pojechaliśmy po S6 dalej, omijając z prawej Trójmiasto. Potem i S6 się skończyła, więc pogoniliśmy krajową szóstką do Redy i dalej dróżką nr 216 nad Zatokę Gdańską w okolicach Pucka :).
No i udało się! Ok. 14:30 mogliśmy wykonać pierwsze fotki na tle morza :).

Ostatni odcinek do Jastrzębiej Góry pokonaliśmy po lokalnych drogach, po których poprowadził nas już GPS. Co prawda okazało się, że zepsuło mi się gniazdo zapalniczki i nie mogłem nawigacji ładować, ale na szczęście prądu w baterii wystarczyło na dojazd.
W Jastrzębiej Górze zawitaliśmy o 15:00. Właśnie zaczynało znowu lekko padać, a zmierzch zbliżał się wielkimi krokami.
I tu moje największe rozczarowanie. Nigdzie nie dało się zjechać motocyklem na plażę, aby zrobić jakąś sensowną fotkę, koronującą nasze zwycięstwo. Dupa. Jedyne miejsce, skąd dało się coś sfotografować, to końcówka deptaka, na który nielegalnie wjechaliśmy…

Potem próbowaliśmy jeszcze znaleźć jakiś zjazd na plażę – dojechaliśmy prawie do Władysławowa i nic :(.
W końcu zrobiło się ciemnio i dałem za wygraną.
Pojechaliśmy więc do naszej noclegowni. Trafiliśmy za GPSem bez pudła i już po chwili (ok. 15:45) motocykle znalazły się pod dachem, a my mogliśmy zrzucić z siebie motocyklowe zbroje w ciepłym pokoju. Pokonaliśmy 674km…
Po zrobieniu solidnego bałaganu w pokoju, wyszliśmy sobie „na miasto”, aby coś zjeść.

Jastrzębia Góra była całkiem wymarła. Zlokalizowaliśmy jeden czynny sklep, jedną czynną knajpę z alkoholem i – po dłuższych poszukiwaniach – jedną czynną pizzerię. Ale za to całkiem konkretną, z fajnym wiszącym kominkiem, w którym trzaskał sobie wesoło ogień. Zamówiliśmy sobie po pizzy i piwku.
Po napełnieniu żołądków poczuliśmy ogarniającą nas senność i odprężenie. Ciepełko z kominka i pochłoniętej pizzy rozeszło się nam ładnie po wyziębionych gnatach, a piwko wprawiło w błogi nastrój. Nie mogliśmy się jednak jeszcze rozklejać, bowiem tak naprawdę nie przywitaliśmy się jeszcze z morzem :). Z knajpy udaliśmy się więc prosto na plażę, na którą – o ironio – znaleźliśmy zjazd z płyt betonowych.
No i to było to! Morze! Bałtyk! Nasz cel :).

Na plaży wiało jak w kieleckim i Krzysiek, który do tej pory cały czas twierdził, że wejdzie do wody, trochę się zamknął w sobie. Ja cały czas z kolei twierdziłem, że nie ma bata, abym miał do morza wejść, a wizyta na plaży jeszcze mnie w tym przekonaniu utwierdziła. Naprawdę było nieprzyjemnie zimno, padał lekki deszczyk, a wiatr od morza był silny i porywisty.

Ale Krzysiek jednak postanowił być twardy. Zarządził odwrót do pokoju, przebranie w kąpielówki, wzięcie ręczników i powrót na plażę :). W tej kolejności też plan został zrealizowany i pół godziny później (ok. 18:00) staliśmy po raz kolejny przed dylematem: wejść, czy nie wejść? 😛
Pierwszym problemem okazała się ogólna organizacja „bazy wypadowej” do morza, tj. miejsca pozostawienia ręczników i ciuchów, bowiem zwykłe położenie ich na piachu kończyło się natychmiastowym ich migrowaniem po całej plaży przy każdym podmuchu wiatru.
Na szczęście udało nam się zlokalizować porzuconą na plaży drewnianą kłodę, wokół której znać było ślady, iż już kiedyś „nasi tu byli”. Porzuciliśmy więc nasze ręczniki za tym naturalnym wiatrochronem i poszliśmy się nieco rozgrzać, tj. pobiegać po plaży.
Tutaj muszę nadmienić, iż Krzysiek należy do osób o nienaturalnej w dzisiejszych czasach kondycji fizycznej. Biega codziennie rano po kilkanaście kilometrów i wykręca 3h na maratonach. Ja z kolei, mając zupełnie prawidłową w XXI wieku kondycję pierdzistołka, zasapałem się po pierwszych 200m, usiłując utrzymać się w biegu za Krzyśkiem :).
No i zrodził się problem. Szwagier poleciał dalej, a ja wróciłem do naszej kłody. Postałem chwilę i stwierdziłem, że chyba nie ma sensu tracić z takim wysiłkiem uzyskanego ciepła, czekając, aż Krzysiek się zmęczy. Postanowiłem więc, nie czekając na niego, spróbować wleźć do morza jako pierwszy… 🙂
Szybko zrzuciłem z siebie ciuchy i z okrzykiem bojowym na ustach puściłem się pędem w stronę wody. W tym momencie szwagier wracał właśnie truchtem z rozgrzewki, więc zdążył tylko wydać okrzyk zdziwienia :P. I ciach! Wpadłem w wodę, zrobiłem jeszcze ze cztery susy, poczułem, że dno coś wolno opada, a morze jest cosik zimne i… z kolejnym, tym razem niecenzuralnym okrzykiem bojowym, zatwierdziłem bezwarunkową kapitulację :P.
Z przerażeniem w oczach popędziłem z powrotem po ręcznik i gdy go dorwałem, Krzysiek właśnie pozbywał się ubrań. Po chwili i on pogonił do morza.
Oj kurde, co to był za ziąb! A walka z powiewającą jak flaga na Belwederze koszulką, podczas prób jej ubrania, też pozostanie na długo w mojej pamięci… W końcu udało mi się ją ubrać dopiero ustawiając się z wiatrem :P.
Krzyśka nie było dobrych 10 sekund. Ja zdążyłem pod jego nieobecność założyć portki i sweter. No i chwyciłem za aparat ;).

Okazało się, że Szwagier zamoczył się cały. Ja wlazłem tylko do jajec, bo po prostu za płytko było, a Krzysiek, mając już tę wiedzę ode mnie, rzucił się na szczupaka w fale, aby „się liczyło” :P.
No i kurde, moje wejście okazało się gorsze… 😀 Niewiele więc myśląc, raz jeszcze zrzuciłem z siebie ciuchy i popędziłem ku morzu :).
Tym razem zabiegłem troszkę dalej i też rzuciłem się na fale, aby zanurzyć wszystko, poza głową. Nie chciałem moczyć włosów, bo do pokoju był kawałek, a w takich warunkach chodzenie z mokrymi włosami, to średni pomysł.

No i tyle. Jak szybko wlazłem, tak szybko wróciłem i ponownie ubrałem się…
Udało się! 🙂 Wleźliśmy do morza w zimie! 😀
Po kąpieli szybko wróciliśmy do pokoju, aby rozgrzać się herbatką z prądem. Przywieźliśmy sobie z Rybnika 0,2l rumu, aby na wieczór poddać się kuracji rozgrzewającej :).

Potem już tylko prysznic, trochę TV i poszliśmy spać.

Sobota, 3 grudnia 2011 r.

Krzysiek wstał o 5:00 rano i poszedł biegać po plaży. Ja wstałem o 6:00, gdy ten ostatni wrócił.
Rano, nie czując specjalnego głodu, wciągnęliśmy tylko po jogurcie, nagotowaliśmy herbaty do termosu i zaczęliśmy procedurę ubierania się i pakowania.
Ok. 6:40 byliśmy gotowi. Właściciel otwarł nam garaż, wyciągnęliśmy motocykle, dozbroiliśmy się i… ruszyliśmy w drogę do domu.
No, nie tak do końca. Najpierw chciałem spróbować zjechać po znalezionej pochylni z płyt betonowych na plażę. Tu jednak napotkałem na silny opór ze strony szwagra, który stwierdził, że to głupi pomysł. Cóż, zjazd był stromy, płyty mokre i zapiaszczone… Zasiał mi niepewność w głowie i… odpuściłem.
Z Jastrzębiej Góry wystartowaliśmy o 7:15. Poranek był piękny. Chłodek silny, może z 2 stopnie na plusie, ale bez deszczu, a wschodzące słońce pięknie rozświetlało niebo.
Zatrzymaliśmy się więc dwa razy, aby to uwiecznić. Najpierw przy elektrowniach wiatrowych…,

… a potem przy zatoce Puckiej, gdzie wczoraj pierwszy raz witaliśmy się z morzem.

To tam też Krzysiek zapragnął nauczyć się zawracania motocyklem w miejscu „na nodze”. Parking miał luźną nawierzchnię, co sprawę mogło ułatwić, ale nie ułatwiło ;). No i po chwili bum – moto leży, a Krzysiek odwalił efektownego fikołka :P.
Szczęśliwie jedyną stratą z tej gleby (poza nadszarpniętym ego :P) była żarówka migacza. Klosz kierunkowskazu zwiało już wczoraj :P, więc żarówka wzięła cios na siebie… Do końca była jednak dzielna – po stłuczeniu jeszcze kilka razy dała radę zamigać, nim włókno się przepaliło :).
No i cóż. Pozostało nam jechać co fabryka dała do domu…
Przebiliśmy się przez krajową szóstkę, S6 i wpadliśmy na autostradę A1. Było niestety mokro, więc przez dłuższy odcinek nie dało się poganiać za szybko, ale gdy tylko asfalt trochę przesechł, odkręciliśmy na nasze standardowe 160km/h.
Po 80km zacząłem się dziwić, co mi tak szybko wskazówka paliwomierza ucieka na dół. Wczoraj lecieliśmy tak samo szybko i spalanie nie wyszło ponad 5,7l/100km…
Drugą rzeczą, jaką zauważyłem, był przeraźliwy ziąb. To co nas wczoraj spotkało, to było nic, w porównaniu z dniem dzisiejszym. Temperatura musiała wynosić maksymalnie 2 stopnie nad zerem. I mimo, że miałem od razu na sobie kombinezon przeciwdeszczowy i drugie rękawiczki pod motocyklowymi, było mi zimno.
Zanim przekroczyliśmy 200km od tankowania, Krzysiek nagle zniknął mi w lusterku… Zwolniłem, odczekałem, po chwili pojawił się. Zrównał się ze mną i pokazał na bak, że moto poprosiło o rezerwę. Czyli coś jest na rzeczy – u mnie też już wskazówka do czerwonego pola się zbliżała…
Zwolniliśmy do 120km/h i zaczęliśmy wypatrywać stacji. Po kilkunastu kilometrach autostrada skończyła się. Z przemarzniętym uśmiechem na twarzach oddaliśmy po 17,5zł za przejazd i dalej rozglądając się za paliwem, pogoniliśmy krajową jedynką na Włocławek.
Wreszcie znalazła się tanksztela. Uznaliśmy, że zrobimy sobie dłuższy postój i zjemy coś, bo jogurcik z rana przestał już działać.
Na stacji był bar, więc zamówiliśmy sobie coś ciepłego. Krzysiek placek po węgiersku, a ja zupę gulaszową. I tak posilając się obliczyliśmy, że moje moto zeżarło 6,5l/100km, a Krzyśka aż 7,5l :). Szwagier powiedział mi, że jak lecieliśmy te 160km/h po autostradzie, to próbował parę razy rozpędzić się bardziej i na manetce odkręconej do oporu wyciągał 165km/h :P. Moto nie chciało więcej. Przez ok. 130km jechał więc właściwie na maksa…
Winowajcą za taki stan rzeczy okazał się wiatr. Wiał on od wczoraj cały czas na północ. W drodze nad morze mieliśmy więc go w plecy, co odciążało nasze silniki i poprawiło spalanie. Dziś jednak tylko nam przeszkadzał – powodował silniejsze odczuwanie zimna i zwiększał opór powietrza, windując spalanie do astronomicznych poziomów.
I tu Krzysiek zastrzegł sobie, że mam bardzo dużo uwagi poświęcić owemu wiatrowi, aby honor jego XJty wyszedł obronną ręką. Ale mi się nie chce :P. Wklejam więc to, co szwagier napisał:
„Jak będziesz pisał o tym, że pod wiatr ledwo ciągnąłem 160km/h, to nie zapomnij podkreślić, że ten wiatr był naprawdę straszliwy – latające drzewa, zrywane połacie asfaltu itp. :]”
Kiedy już opuszczaliśmy naszą stację po spożyciu posiłku, okazało się, że mieliśmy kupę szczęścia. 50m przed stacją zamknięto obustronnie ruch, celem posadowienia dźwigiem jakiegoś ciężkiego elementu wznoszonego nad drogą wiaduktu. Korek w obu kierunkach był gigantyczny, więc ruch musieli zamknąć bezpośrednio po naszym wjechaniu na stację. Gdybyśmy przyjechali parę minut później, to stalibyśmy po drugiej stronie „barykady”, głodni i wkurzeni na marnowany czas… A tak wyjechaliśmy sobie ze stacji i jadąc wzdłuż korka aut stojących na lewym pasie pogoniliśmy na Włocławek. Nasz pas był też dzięki temu zupełnie pusty :).
Zrobiło się ciut cieplej i jechało się zupełnie przyjemnie. Ani się obejrzeliśmy, a już minęliśmy dziurawy Włocławek, potem Łódź, Częstochowę… Zatrzymywaliśmy się co ok. 200km po paliwo i grzaliśmy bez przerwy do domu.
Za Częstochową znowu zrobiło się piekielnie zimno i trzymało tak już do samego końca naszej trasy. A wróciliśmy po swoich śladach – z Częstochowy do Katowic na A4, z A4 na A1, z A1 w Bełku zjazd i dokładnie o 15:00 wylądowaliśmy w Rybniku pod BP za moim blokiem.
Byliśmy zmarznięci, ale uznaliśmy, że motocykle trzeba umyć. Usyfione były jak diabli, a spodziewaliśmy się, że może się już więcej w tym roku okazja do śmigania nie nadarzyć. Nie mogły więc motongi przez zimę w takim usyfionym stanie czekać na wiosnę ;).

I koniec epopei! Daliśmy radę :). Pokonaliśmy tego dnia 652km. W sumie z dniem wczorajszym przejechaliśmy 1326km. Na szafie moto po odstawieniu do garażu widniało 81403km.
Takie pożegnanie sezonu to ja rozumiem! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.