Wprowadzenie.

No i stało się!
Browar będzie ojcem :]. Z tego też powodu zmienił Big One’a na Fazera, który jest w miarę tanim, acz mocnym jednoosobowym sprzętem do krótkich przejażdżek i świetnie się również nadaje do codziennych dojazdów do pracy.
Bliskie ojcostwo Browara było też powodem, że postanowiliśmy na początku sezonu, przed rozwiązaniem ciąży Gosi, śmignąć gdzieś w męskim gronie na kilka dni. W końcu nie wiadomo, kiedy znowu będzie ku temu okazja ;).
Plany były dwa – ambitny i normalny. Tj. odpowiednio Rumunia na tydzień lub Bieszczady na 3 dni. No i niestety życie szybko zweryfikowało, że Rumunia była jednak zbyt ambitna jak na możliwości dyplomatyczne Ynciola, moje możliwości finansowe i granice wytrzymałości sumienia Browara ;). A mieliśmy jechać tylko we trójkę, bowiem inne osobniki wtajemniczone w nasze plany, szybko się wykruszyły, jak tylko poznały termin wyjazdu.

Drim Bieszczady skład :]

A z tym terminem to też była kołomyja! To co bowiem było „czasem marazmu” na początku sezonu, za cholerę nie chciało odpuścić… Powtórzył się nawet rok 1997 i Polskę nawiedziła powódź… Lało cały maj, a na tydzień przed pierwotnym planem naszego wyjazdu, dowaliło tak do pieca, że zalało pół Polski… I padało dalej…
Przesunęliśmy więc wyjazd na ostatni tydzień maja i w napięciu obserwowaliśmy prognozy…
No i fart niesamowity – w piątek 28 maja zaplanowany mieliśmy wyjazd, a w nocy z czwartku na piątek przestało wreszcie padać :].

Piątek 28.05.2010 r.

Umówieni byliśmy o 7:00 na BP za moim blokiem. Rano wciągnąłem nieco większe śniadanie niż zwykle, ubrałem moto zbroję, wziąłem zapakowany wcześniej kufer i sru – do garażu i na stację. Na starcie na szafie CBFy miałem 53674km.
Tankowanie, pompowanie kół – zeszło parę minut, więc w drogę ruszyliśmy o 7:20.

Uznaliśmy, że nie będziemy się bujać szlakami koziej dupy, tylko użyjemy autostrad, by jak najszybciej dostać się w interesujące nas rejony.
W Bełku wbiliśmy się więc na A1 i… zaczęły się wygłupy ;). A1 na razie jest praktycznie pusta, więc mieliśmy trzy pasy dla siebie :P. Jechaliśmy więc obok siebie po wszystkich trzech z rogalami na pyskach i prześcigaliśmy się wygłupach ;).
Po wjechaniu na A4 już się uspokoiliśmy i zapiąwszy 140km/h pognaliśmy na bramki. 8zł z portfela – ciach – i pierwszy znak za bramkami – ograniczenie do 70km/h i zwężenie :D. Nie ma to jak poczucie rozsądnie wydanych pieniędzy…
Na drugich bramkach mieliśmy z Browarem niezłą polewkę z Ynciola, bowiem ten ostatni myślał, że na drugich bramkach trzeba pokazać tylko paragon z pierwszych :D. Nie umiał uwierzyć, że musi wybulić drugie 8zł ;).
Za drugimi bramkami przodem pojechał Ynciol i… pognał na centrum Krakowa, zamiast obwodnicą autostradową na Tarnów :]. Na pierwszych więc światłach zrobiliśmy nawrotkę (gdzie nota bene pierwszy raz w historii CBFa mi sama z siebie zgasła) i wróciliśmy na A4.
Autostrada skończyła nam się w Szarowie, więc dalej pogoniliśmy już po krajowej czwórce. W Brzesku skręciliśmy na Nowy Sącz, skąd krajową drogą nr 28 pognaliśmy w stronę Krosna.
Pierwszy solidny postój zaliczyliśmy po 291km w Gorlicach. Trzeba było w końcu zatankować :].

No i gdy już miałem pełny bak i lżejszy portfel, zauważyłem, że przy motocyklu Ynciola stoi Policja. Pomyślałem, że doczepili mu się do lekko przesłoniętej stelażem kufrów rejestracji, ale gdy podszedłem okazało się, że… chcieli od Ynciola kupić motocykl :P.
Po krótkiej pogawędce poprosiliśmy Policjantów o namiar na jakąś fajną knajpę, bowiem mimo młodej godziny (przed 13:00 było) już kiszki nam marsza grały. Przedstawiciele władzy okazali się całkiem użyteczni – polecili nam dwa okoliczne bary, po czym pożegnali się i odjechali. A my udaliśmy się zgodnie ze wskazówkami coś wszamać :).
Polecony nam bar był dosyć przeciętny. Tak samo, jak zamówiony przeze mnie kawał mięcha, szumnie nazwany „stekiem wieprzowym”. Kolor to to miało PRL-owskiego papieru toaletowego, więc dosyć poważnie zastanawiałem się, czy przed obróbką cieplną faktycznie mój stek był świnią. Na szczęście jednak smakowało to coś dużo lepiej niż wyglądało. Być może jedynie za sprawą grubej warstwy smażonej cebuli na wierzchu, ale grunt że się najadłem :).

Posileni, wskoczyliśmy na nasze sprzęty i pognaliśmy dalej. Chcieliśmy zjechać na drogę 993, ale dowiedzieliśmy się, że jest w remoncie i nie warto. Pojechaliśmy więc ciut naokoło – po DK28 do Krosna, potem drogą nr 9 do Dukli i dopiero po 897 na Ustrzyki Górne.
No i w zasadzie już byliśmy w Bieszczadach! 🙂

I niestety. Polskie drogi. Było pusto, zero ruchu, może nawet nie dziurawo, ale masakrycznie wyboiście. Droga nie miała dziur, bo wszystkie były załatane, ale w gruncie rzeczy jechało się tylko po tych łatach :]. Nie dało się więc specjalnie poszaleć, a nieustanne wierzganie motocykla aż męczyło. Jedynym pocieszeniem w tym wszystkim była cisza i spokój dookoła. Asfalt poprawił się dopiero w okolicach miejscowości Cisna, jednak mimo wszystko jakoś do samych Ustrzyk Górnych nie znalazłem ani jednego zakrętu, który mógłby powodować nazywanie Bieszczad polskim rajem dla motocyklistów.
Po krótkiej naradzie na poboczu stwierdziliśmy, że godzina jest jeszcze na tyle niezła, że można spróbować pokusić się o próbę zdobycia „cycka Polski” – tj. zajechać najdalej jak się da w głąb Bieszczadzkiego Parku Narodowego, do skrajnego południowego wierzchołka Polski.

GPS wskazał nam skręt z miejscowości Stuposiany, skąd, po czasem wąskich, czasem dziurawych, czasem gruntowych i bardzo często zasyfionych drogach, jechaliśmy na południe wzdłuż wschodniej granicy Polski. Już nawet łapał nas miejscami zasięg ukraińskiej telefonii komórkowej ;).
Ominęliśmy Muczne, Tarnawę Niżną i… wymiękliśmy tuż przed Bukowcem. Droga już była fatalna (a raczej za bardzo już jej nie było :P), godzina robiła się poważna (16:30), a w gruncie rzeczy nie spodziewaliśmy się niczego szczególnego dalej zobaczyć. Zawróciliśmy więc, uznając, że cycek Polski udało nam się zdobyć, choć samego sutka już nie dosięgnęliśmy ;).

Wróciliśmy po swoich śladach do Stuposian, skąd ruszyliśmy w dalszą trasę, opracowaną jeszcze w domu na podstawie forumowych rad, dotyczących najlepszych dróg w Bieszczadach.
No i wreszcie zaczęły się niezłe asfalty! Choć nieco inne od moich oczekiwań, to jednak całkiem fajne :). Myślałem, że będzie w Bieszczadach bardziej kręto, więcej serpentyn – a tam, przynajmniej na tym odcinku, było po prostu szybko. Szybkie, w miarę łagodne łuki…
Z drogi 896 zjechaliśmy w Czarnej Górnej na 894 w stronę Jezioro Solińskiego, gdzie zamierzaliśmy znaleźć nocleg. Tutaj przeszkadzało nam już trochę nisko wiszące słońce – granice światło-cienia przy wjeżdżaniu i opuszczaniu leśnych odcinków były bardzo ostre. Słońce raziło, a w cień wjeżdżało się prawie na czuja ;).
Tam też zresztą przeżyłem mały stresik, gdy za jednym szybkim łukiem na środku drogi zobaczyłem psa o rozmiarach średniego konia. Na szczęście hamowanie, korekta toru jazdy i ewakuacja zwierza dały wspólny rezultat, tj. brak gleby i nawet brak kupy w majtach :].
Wreszcie dojechaliśmy do Soliny. Zatrzymaliśmy się przy wejściu na zaporę i rozpytaliśmy jak przedostać się na drugą stronę, gdzie były pola kempingowe i noclegi. Okazało się, że to co z buta po zaporze przeszlibyśmy w parę chwil, na motocyklach trzeba było objechać szerokim kołem po niezłych serpentynach w trochę więcej chwil. Nic to jednak nas nie zraziło, więc wkrótce znaleźliśmy się po tej lepszej stronie zapory.
Browara i Ynciola ciągnęło na kemping, gdzie imprezowali w latach licealnych, ale niestety okazał się zamknięty. Znaleźliśmy więc coś innego i zupełnie fajnego. Pokoje na piętrze, na dole knajpa z żarciem i piwem. Coś jak Bed & Breakfast, zaraz przy drodze, ze sporym parkingiem, z w miarę bezpiecznym miejscem dla motocykli. Nic więcej nam nie było trzeba :).

Wpakowaliśmy się we trójkę do jednego pokoju, gdzie było 5 miejsc do spania (w mniejszych pokojach byśmy się razem nie pomieścili). Szybko przebraliśmy się i poszliśmy na przeszpiegi.
Solina wydawała się niemal całkiem opustoszała. Nie znaleźliśmy żadnego przyzwoitego otwartego miejsca, gdzie można by napić się piwa, więc zaopatrzyliśmy się tylko w sklepie w Colę i wróciliśmy do siebie. Tam – wreszcie! – zamówiliśmy piwo i ciepłą kolację :).
No, to było to! Po całym dniu w siodle posiłek i browarek na powietrzu, z zajefajnym widokiem na Jezioro Solińskie, wprawiał nas w nastrój iście sielankowy :].

Po żarciu, w zapadającym zmierzchu, udaliśmy się na spacer na zaporę. Ludzi było jak na lekarstwo, więc można się było trochę powydurniać i porobić trochę głupich zdjęć ;).

Sama zapora zaś zrobiła na nas niezłe wrażenie – jest po prostu wielka! Aż trudno sobie wyobrazić jak potężną masę wody utrzymuje i w jaki sposób człowiek mógł coś takiego zbudować…

Do naszej noclegowni wróciliśmy już w całkowitych ciemnościach. I w pokoju ruszyły w obroty karty oraz 0,7l Jacka Danniels’a :D. A że mieliśmy tylko jeden kubek, więc piło się zawsze przy lekkim zniecierpliwieniu dwóch czekających, to udało nam się w całkiem krótkim czasie nawalić ;).

Zupełnie więc nie wiem, kiedy odpadłem. Zasnąłem w ubraniu i podobno nawet jeszcze się ruszałem, ale kontaktu ze mną już nie było :P.
Na szafie CBFy po zgaszeniu silnika tego dnia było 54284km. Pokonaliśmy więc 610km.

Sobota – 29.05.2010 r.

O dziwo – poranek ciężki nie był. Jednak co Whiskey, to whiskey – zero kaca ;).
Ale pobudka do najwcześniejszych nie należała. Zwlekliśmy się z łóżek chyba dopiero ok. 10:00, a na śniadanie poszliśmy ok. 11:00. Herbatka i jajecznica przyjęły się znakomicie, więc można było w okolicach południa pomyśleć o śmiganiu :).
Zostawiliśmy nasze graty w domku i wśród nisko wiszących chmur, wskoczyliśmy na sprzęty i pojechaliśmy przed siebie.
Początek naszej wycieczki był – co najmniej – mało ciekawy. Słabe asfalty, remonty dróg i – po paru kilometrach – sipiący lekko deszczyk… A jechaliśmy przez Ustrzyki Dolne drogą nr 84 do Krościenka, dalej dróżką 890 do miejscowości Kuźmina i potem w dół krajówką 28 w stronę Sanoka. To tam miały być między Tyrawą Wołoską a wsią Załuż zajebiste winkle…
Przy chwilowym postoju Browar wyraził swój zawód z powodu zawilgoconego asfaltu. Przejechaliśmy już po mokrym kilkadziesiąt kilometrów, do winkli było kilka, więc Browar wyśmiał moją optymistyczną uwagę, że może droga zdąży przeschnąć, nim tam dotrzemy ;). Ale cuda się jednak zdarzają!
Ledwie minęliśmy Tyrawę Wołoską, a naszym oczom ukazał się zupełnie suchutki, równy i ostry asfalt, położony na kilkunastu naprzemiennych zawrotach o 180 stopni :D. Normalnie, jak to tylko pierwszy raz z rozpędu przejechaliśmy, zaraz zawróciliśmy i śmignęliśmy odcinek z powrotem :). I tak jeszcze z 6 razy – do kupy śmigaliśmy tam i z powrotem chyba przez godzinę :D. Złożenia były naprawdę głębokie, że aż się zastanawiałem, który z nas w końcu się wyłoży ;). Na szczęście nikomu ta sztuczka się nie udała, mimo bardzo intensywnych starań ;). Zakręty były naprawdę rewelacyjne, dlatego byłem mocno niepocieszony, że nie udało mi się nawet liznąć podnóżków :(. Starłem sobie za to całkiem konkretnie buty ;).
Tak, zdecydowanie było to jedyne naprawdę zajebiste dla motocyklistów miejsce do winklowania w Bieszczadach. Drugiego takiego nie udało nam się znaleźć. I niestety nie zrobiliśmy ani jednego zdjęcia – byliśmy zbyt podjarani śmiganiem…
W końcu opuściliśmy winkle i zjechaliśmy na dół do Sanoka. Tam przepychając się przez korek wyskoczyliśmy na drogę do Leska i potem zapięliśmy drogę 893 w kierunku Cisnej.
Tutaj, widząc po lewej leniwie płynącą sobie rzekę San, gdy tylko dostrzegłem dogodne miejsce z ławką nad brzegiem, zatrzymałem się na postój. Chłopaki nie mieli nic przeciwko, więc już po chwili siedzieliśmy sobie na ławce na popołudniowej sjeście :).

I wszystko było ok, do póki Ynciol robił zdjęcia i się nie przysiadł ;). Trzeciego chłopa nasza ławka już nie zniosła :D.

Kiedy wylegiwanie się nam znudziło, pognaliśmy dalej drogą 893 w stronę Cisnej. Ale nie ujechaliśmy zbyt daleko, bowiem przelatując przez jedną mieścinę, zobaczyliśmy stojący na placu przy drodze na postumencie czołg T34 :]. Oczywiście nie mogliśmy przejechać koło czegoś takiego obojętnie – trzeba było skorzystać z okazji do powygłupiania się… 😉
Niestety na czołgu był wyraźny zakaz łażenia po nim, więc wygłupy nasze musiały się ograniczyć… Ale mimo to jakieś tam foty dwóch pancernych i Ynciola (bez psa) są :).

Po spacyfikowaniu czołgu ruszyliśmy dalej w stronę Cisnej i… I było zajebiście! 😀 Zdecydowanie jeden z lepszych odcinków do jazdy w Bieszczadach :D. Co prawda serpentyn za bardzo nie miał, ale był to istny tor wyścigowy! Zajebisty asfalt, droga biegnąca przez las, kupa winkli, wjazdów, zjazdów… Droga wiła się niesamowicie, powodując, że wielokrotnie nie wiedziało się co będzie za winklem, czy za górką – prosta, czy ostry nawrót. Bardzo wymagający odcinek i naprawdę rewelacyjny :).
I to chyba właśnie na tym odcinku zaczęły atakować mnie ptaki :]. Najpierw dostałem prawie zawału, jak jakieś dupne ptaszysko poderwało się do lotu z prawego rowu. Nie wiem co to było – orzeł, jastrząb, czy myszołów – w każdym razie było duże i poruszało się jakby w zwolnionym tempie :). I skubane jak się wzbiło w powietrze, to postanowiło lecieć mi przed ryjem w osi mojej jazdy :D. Dosyć solidnie przyhamowałem, nim bydlę skręciło w lewo i odfrunęło :).
A druga sytuacja związana była z jakimś małym wróblem. Kupa tego ptactwa fruwała nad samym asfaltem, przecinając drogi w poprzek. I jeden taki skubany ptaszek wyskoczył mi pod koła z prawej strony. Nim zdążyłem nacisnąć heble, naciągnąłem szyję, by zobaczyć, czy zwierza zmieli i… ptak wyskoczył spod opony, mijając się z motocyklem na centymetry :D.
No cóż. Dużo tego w tym roku pcha mi się pod koła! Sarna była, a teraz pies, myszołów i wróbel :]. Wystarczy!
„Odcinek rajdowy” skończył się w Cisnej, przez którą przejeżdżaliśmy dnia poprzedniego. A że na samej jego końcówce wypatrzyliśmy nieźle wyglądającą knajpę, to postanowiliśmy zatrzymać się na obiad. Godzina już była właściwa, choć nie pamiętam która ;).
Ponieważ był fajny chłodek, usiedliśmy przy stolikach na zewnątrz. Każdy zamówił sobie solidny kawał mięcha z frytkami i po niedługim czasie żarcie wjechało na stół. Było naprawdę smaczne, więc knajpę polecam :).
Aby dostać się na następny odcinek naszej wycieczki musieliśmy przejechać kawałek po swoich wczorajszych śladach, drogą 897. Ale po paru tylko kilometrach zjechaliśmy na wąziutką asfaltówkę, biegnącą przez wioski Buk i Terka wzdłuż jakiejś rzeczki. Ktoś w necie napisał, że droga ta jest fajna ;).
No i nie mylił się. Już na samym wlocie w tę drogę naszym oczom ukazał się zajefajny most, obok którego nie dało się przejechać obojętnie. Składał się z samych betonowych płyt i nie miał żadnych barier bocznych :D. Zajefajnie się prezentowały na nim motocykle – więc oczywiście aparat poszedł w ruch.

Zrobienie sobie jednak wspólnego zdjęcia samowyzwalaczem na tle tego mostu, wymagało od Ynciola osiągnięcia sprintem jakich 8 sek. na 60m i to w terenie z przeszkodami :]. Aparat miał tylko 10 sek. opóźnienia samowyzwalacza, a do mostu był jednak spory kawałek drogi… My z Browarem usiedliśmy sobie spokojnie na płytach mostu i jak loża szyderców gapiliśmy się na biegającego tam i z powrotem Ynciola, dopingując go do większego wysiłku :D. No i chłop dał radę – fotka jest ;).

Dalsza trasa była też całkiem ciekawa. Nasza asfaltówka wiła się w pobliżu rzeczki, przecinając ją raz po raz mostami. Przeskakiwaliśmy ładnych kilka razy z lewa na prawo, a jeden z mostów miał fajną wąską drewnianą nawierzchnię, z takimi podwyższonymi torami na koła samochodów.
Nasza wycieczka powoli dobiegała końca. Przed dobiciem do drogi 894, która prowadziła już z powrotem nad Jezioro Solińskie, machnęliśmy jeszcze jeden postój przy ładnym widoczku na sik w krzaki i z wolna poturlaliśmy się do naszej noclegowni.

Nasza pętla miała zaledwie 179km. Gdy sprzęty odstawiliśmy miałem na szafie 54463km. A zamiast do pokoju, jak staliśmy, wbiliśmy się do baru na piwo :D.

No i moment później już siedzieliśmy sobie grzecznie na powietrzu, sączyliśmy zimne piwko, odpoczywaliśmy po udanym dniu i gawędziliśmy wesoło. W pewnym jednak momencie zaobserwowałem jednoelementowy byt, kroczący dość niepewnie po bliżej nieokreślonej trajektorii, której wektor niepokojąco zdawał się być wycelowany w naszą trójkę. I niestety tak było w rzeczywistości… Po chwili było więc już nas czterech przy stoliku, a nasz nowy kolega zaczął do nas przemawiać nieco trudnym do zrozumienia dialektem. Zaprzyjaźnił się też momentalnie z moim kuflem piwa, zachęcając mnie do wspólnego picia, wskazując na kufel Ynciola :].
Nasz nowy przyjaciel okazał się nie być samotnikiem. Wkrótce przybył mu z odsieczą kolega, w nieco mniej zabalsamowanej formie i również się dosiadł. A że o dziwo udało im się po naszych strojach wywnioskować, że jesteśmy motocyklistami, temat „rozmowy” szybko zszedł na dwa kółka.
Ze strzępków historii wysapanych częściowo w naszą stronę, a częściowo do mojego kufla, można było poskładać pełną dramaturgii historię ich znajomego, który ujeżdżając motocykl Kawasaki R6 rozbił się o samochód. Postanowił po tym wypadku zmienić sprzęta na coś większego i kupił sobie motocykl marki Continental. Nie do końca wiem jakiej pojemności silnik miało te monstrum – licytacja zaczęła się od 1200ccm, a w momencie kulminacyjnym osiągnęła 1500ccm. Nie wiem, może go rozwiercał… Albo miał regulowaną pojemność…
Potem dyskusja przeniosła się na trudny temat współżycia na drodze kierowców samochodów i motocyklistów. Tutaj koledzy też mieli doskonały sposób na zaprowadzenie ładu i porządku:

„To niech mi tylko taki mignie, że chce wyprzedzać, to ja mu wtedy wrzucę lewy kierunek i zjadę.”

:]
Chwilę później zrezygnowałem z uczestnictwa w posiedzeniu i poszedłem do pokoju. Wykąpałem się, przebrałem w ciuchy cywilne i gdy wróciłem na dół, zabalsamowanych kolegów na szczęście już nie było. No i cóż – nie odważyłem się dokończyć swojego piwa – trzeba było zamówić nowe…
Wieczór tego dnia spędziliśmy w nowo-otwartym grill-barze obok naszej noclegowni. Zamówiliśmy sobie po kiełbasie z rusztu, do której dorzucili nam ogórki, no i of korz wysączyliśmy po piwku.
I tyle. Po prostu z baru poleźliśmy spać.

Niedziela – 30.05.2010 r.

No i zastraszająco szybko przyszedł dzień powrotu do domu. Co gorsza prognozy pogody były niezbyt optymistyczne – miało padać i to dosyć konkretnie…
Poderwaliśmy się ok. 9:00 rano, spakowaliśmy i zjedliśmy śniadanie w knajpie na dole. Niespecjalnie nam się spieszyło, więc na sprzęty wskoczyliśmy dopiero ok. 10:30.
Na odjezdnym postanowiliśmy zrobić sobie jeszcze wspólną fotkę na tle zapory. I potem już nikt nie pomyślał o wyjmowaniu aparatu ;).

Wystartowaliśmy przy jeszcze sprzyjającej pogodzie, jednak z każdym kilometrem robiło się coraz pochmurniej.
Pognaliśmy drogą nr 84 do Sanoka i tam zapięliśmy drogę nr 28, którą postanowiliśmy dojechać aż do nowej ekspresówki S7.
I decyzja nasza była (do czasu) błogosławieństwem ;). Jest ona drogą równoległą do starej czwórki i A4, którymi jechaliśmy dwa dni wcześniej, jednak droga 28 jest nieco bardziej na południu. I to wystarczyło, byśmy jechali niemal cały czas po suchym równolegle do gigantycznych, granatowych chmur, z których błyskały co rusz pioruny. W najgorszych układach wjeżdżaliśmy w miejsca, gdzie było bardzo mokro, ale już nie padało. Centralnie jechaliśmy na pograniczu dobrej i złej pogody. Jeśli jechalibyśmy starą czwórką i A4 – zlałoby nas do samych majtów.
Jak napisałem droga ta była błogosławieństwem tylko do czasu. W końcu bowiem, w Mszanie Dolnej musieliśmy zapiąć S7 i pogonić na północ w stronę Krakowa, spowitego w granatowo-czarnych chmurach…
Cała S7 – która nota bene jest fantastyczną drogą – jeszcze przebiegła po suchym, ale gdy zjeżdżaliśmy z niej na A4, nasze szczęście się skończyło. I to tak nagle, że nikt z nas się tego nie spodziewał! Jeszcze zdążyliśmy nawet w myślach ponaśmiewać się z motocyklistów, którzy stali pod jednym z mijanych przez nas wiaduktów – no bo było sucho, a oni schowani – ale już dwa metry za wiaduktem wiedzieliśmy o co chodzi. Jak zderzyliśmy się z pionową ścianą monsunowego deszczu, to zrozumieliśmy gorączkowe ubieranie przeciwdeszczówek, które chwilę wcześniej wyśmialiśmy :].
Tak ostre zderzenie z ulewą było dla nas dosyć mocnym zaskoczeniem, jednak szybko zrozumieliśmy, że to i tak była dopiero cisza przed burzą. I gdy tylko gra wstępna się skończyła – chlusnęło jak z kranu, obrzuciło nas gradem, powietrzem targnęły pioruny i… wszystko co tylko miało koła zaczęło zjeżdżać na pobocze. Naprawdę, samochody zaczęły zatrzymywać się, by przeczekać, a my zaś twardo jechaliśmy dalej ;). Momentami marszruta zwalniała do 40km/h, momentami (które trwały w zasadzie cały czas) świat widziałem jak przez denko butelki, momentami nie widziałem nic, jak wyprzedzałem TIRa jadącego w koleinie, ale co tam :D. To było takie oberwanie chmury, że nawet nie potrafiliśmy się denerwować, że dupska nam poprzemakały. To naprawdę było niesamowite przeżycie, którego – choć może mało rozsądne – nie chciałbym wymazać ze swojej pamięci ;). Co więcej – cały czas miałem rogala od ucha do ucha na gębie, mimo maksymalnego skupienia na tym, by utrzymać się w pionie :).
Na bramki A4 wjechaliśmy już nieźle przemoczeni. Żeby ułatwić sprawę zapłaciłem za całą naszą trójkę i po krótkiej naradzie stwierdziliśmy jednogłośnie, że jedziemy dalej, choćby się waliło i paliło :].
Palić się na pewno nie paliło – oj, taki deszcz to by i pożar szybu naftowego ugasił ;). Ale nie daliśmy się. Często jadąc na czuja, w dzikiej rzece płynącej po asfalcie, wypatrując w rozmazanym obrazie świata czerwonych mazów świateł STOP samochodów jadących przed nami, jakoś przebiliśmy się przez nawałnicę, która straciła na sile dopiero w okolicach drugich bramek…
Ok. 15:00 wylądowaliśmy w Katowicach i deszcz praktycznie przestał padać. Tutaj poprowadził już Browar, bo razem z Ynciolem umyślił sobie zjeść kubełek skrzydełek z kurczaka w KFC. Gadał o tym jak nakręcony już w sobotę, a w sumie mnie to zupełnie nie przeszkadzało :].
Także już ok. 15:30 siedzieliśmy w knajpie przy oknie z widokiem na motocykle, obżerając się panierowanymi kończynami kurczaków. Mniam :].
Jakoś ok. 16:00 wystartowaliśmy już w ostatnią prostą do domu. A4 do Gliwic i A1 do Bełku. Ostatecznie pożegnaliśmy się na stacji BP, a pod garażem wylądowałem o 16:50.
Tego dnia nakręciliśmy 422km. Na szafie CBFy po odstawieniu jej na spoczynek było 54885km.

Podsumowując?

Wycieczka jak najbardziej udana, choć jak dla mnie – pod względem walorów motocyklowych – Bieszczady są przereklamowane. Aż cieszę się, że pojechaliśmy tam na tak krótko, bo gdybym miał tam spędzić tydzień, to 4-5 dni nie miałbym co robić :P. Nam starczyło półtora dnia, by zjeździć wszystkie polecane bieszczadzkie odcinki asfaltowe i z nich tylko część mógłbym z czystym sumieniem polecić, jako bardzo dobre motocyklowe trasy. Reszta była zwykła, przeciętna, często remontowana lub z kiepskim asfaltem…
Generalnie wizytę w Bieszczadach polecam, ale jeśli ktoś szuka raju do winklowania to… lepiej pojechać w Alpy lub chociażby na czeską jedenastkę.

Ale przejechałbym się tym Continentalem 1500. To turystyk czy czopek? 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.