.: Moje przygody z motocyklami :.

Kwasków

Wyjazd do Kwaskowa chciałem w zasadzie upamiętnić z dwóch powodów.
Pierwszym, mniej istotnym, jest to, iż podczas tej wycieczki na szafę CBFy wskoczyło mi 40 tyś.km :).

Drugim powodem są wspomnienia. Jest to miejsce, gdzie wychował się mój ojciec i gdzie ja wyjeżdżałem często z rodzicami jako dzieciak. Mam więc z tego miejsca mnóstwo wspomnień, a jego obecny stan – sprawiający wrażenie, że czas się tam zatrzymał – przywołuje je tym silniej.

Kwasków jest miejscem zamieszkania mojej dalszej rodziny. Konkretniej żyją tam potomkowie siostry mojego dziadka, która dla mojego ojca była ciotką. Tato bardzo często spędzał u cioci Izy w dzieciństwie wakacje.
Rodzinka posiadała w Kwaskowie praktycznie samowystarczalne gospodarstwo rolne. Zwierzęta hodowlane dostarczały mięsa, jajek, mleka i siły pociągowej, ze studni czerpano czystą wodę pitną, zaś uprawy rolne dostarczały owoców, warzyw, zbóż na handel i na mąkę, z której wypiekało się chleb i ciasta. Ja w tym temacie jestem laikiem, ale ojciec opowiadał mi, iż w czasach świetności gospodarstwo to było absolutnie niezależne od jakichkolwiek „sił” zewnętrznych. Na swoje skromne potrzeby gospodarstwo wyposażone było bowiem nawet w instalację produkującą energię elektryczną.
Kiedy ja pojawiłem się w Kwaskowie po raz pierwszy, był rok 1985. Miałem zaledwie roczek :). Ale gdy patrzę na zdjęcia z tamtego okresu i to, co znajduje się w Kwaskowie obecnie – wszystko wygląda „po staremu”.

Mieszkanie cioci Izabeli. Na ławce ciocia siedzi z moim dziadkiem Leszkiem. Do zdjęcia pozuje moja Mama z Bratem i Kuzynką. A ja walczę z grabiami :].
Ten sam dom i ławka prawie ćwierć wieku później,

Jedyną, aż nadto wyrazistą i smutną prawdą, wyzierającą z opustoszałych budynków jest fakt, iż gospodarstwo podupadło. Obecnie jest jedynie cieniem swojej dawnej świetności. Przemiany polityczne, ceny zbóż i płodów rolnych, wymogi unijne, certyfikaty i inne duperele zamordowały prywatne gospodarstwa rolne, takie jak to „nasze”, rodzinne.
Budynki gospodarcze zatem, kiedyś tętniące życiem, pełne zwierząt i sprzętu rolnego, obecnie stoją opustoszałe i z wolna niszczeją.

Odwiedzając rodzinę w Kwaskowie, wybraliśmy się jak zwykle na obchód gospodarstwa.

Zabudowania na dziedzińcu. Ojciec, kuzynka, brat i ja.
I ten sam dziedziniec po latach.

Ojciec oczywiście jak z rękawa sypał wspomnieniami, anegdotkami związanymi z poszczególnymi pomieszczeniami, ja zaś czułem w tym wszystkim klimat totalnie opuszczonych, opustoszałych miejsc. Sprzęty rodem sprzed II wojny światowej, drewniana młockarnia, piece kaflowe, kuchnie węglowe, porzucone, niszczejące sprzęty rolne w z wolna grożącej zawaleniem ogromnej stodole, a wszystko to przykryte potężnymi sieciami pajęczyn…

Niesamowicie przygnębiający widok…

W tle stodoła. Moja Mama, Brat i ja na rękach.
Ta sama stodoła ćwierć wieku później.
Wnętrze.

Rodzinka w Kwaskowie ugościła nas przepysznym obiadem i czas zleciał nam na rozmowach. Nie mogliśmy jednak siedzieć tam w nieskończoność, bowiem czekał nas jeszcze nie taki znowu krótki powrót do domu.
Z jazdy powrotnej zapamiętałem jedną rzecz. Droga z Kwaskowa przebiegała na jednym odcinku po dosyć wyboistej (acz nie dziurawej) asfaltówce. Aby więc nie męczyć zawieszeń stanąłem sobie na podnóżkach, pochyliłem się mocno do przodu i… już mi się siadać nie chciało :). Pozycja ta i sceneria ciekawie oszukiwała zmysły. Nic jechało nie z naprzeciwka, po obu stronach uciekały mi w pędzie rosnące przy drodze drzewa, a ja stojąc na podnóżkach pochylony do przodu, nie widziałem żadnego elementu motocykla. Zawieszenie dobrze wybierały nierówności, co niwelowało podskakiwanie maszyny. Można więc było ulec złudzeniu, że się leci w zielonym tunelu między drzewami :). Bardzo przyjemna iluzja! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.