.: Moje przygody z motocyklami :.

Pustynia Błędowska

Wszystkie prognozy pogody krzyczały od dłuższego czasu, że niedziela 24 lutego będzie dniem wyjątkowo pogodnym i ciepłym. Poprzednie wyjazdy odbywały się w temperaturach rzędu 5-8 max 10 stopni. A tu nagle prorokowali nam 15 :). Nie można było tego zmarnować…
Przez cały tydzień poprzedzający wyjazd, Słony nakręcał mnie, by karnąć się „na jurę” – jak to określił. Nie wiedziałem co to jura, ale brzmiało lepiej niż Racibórz ;). A gdy Słony wyjaśnił mi tę kwestię, podając miejscowości Rabsztyn i Ogrodzieniec jako punkty docelowe, już byłem prawie pewien, że jadę :).
W międzyczasie zadzwonił do mnie Marian – również planujący niedzielne śmiganie – więc po małych ustaleniach już było nas trzech.
Postanowiłem na wyjazd nakręcić Browara. Tzn. jego nakręcać nie trzeba było, ale jego motocykl już tak :P. Zazimowany FZX lubi sobie na wiosnę strzelać fochy, więc w dzień poprzedzający wyjazd o 19:30 podjechałem do Browara pomóc mu przywrócić motóra do życia :).
Paździerz na kable nie chciał zaskoczyć, więc przemieściliśmy go ręcznie na skraj pobliskiej górki, gdzie już nie miał skubany nic do gadania… Tzn. zagadał :P, wypluwając z siebie chmurę dymu niczym Rudy 102 :).
Browar nie był zachwycony pracą silnika, ale stwierdził, że spróbuje jutro pojechać. Czyli było już nas czterech na tę jurę…

Niedziela – 24 lutego. Wstałem koło 9:00, wciągnąłem śniadanie, przebrałem się w moto-zbroję i pobiegłem do garażu. Z Browarem ugadaliśmy się na parkingu Tesco o 10:00.
Gdy tam podjechałem, Browar już był :).

Wyjechał dużo wcześniej, aby rozruszać maszynę po zimowym śnie. I stwierdził, że od wczoraj zdołał ją „odetkać”, dając jej solidnie w palnik na jednej prostej :]. Narzekał tylko na przednie zawieszenie – luz na łożysku główki ramy i brak powietrza w amorkach nie poprawiały prowadzenia motonga… Z tej też przyczyny nieopatrznie zaproponowałem Browarowi, żeby prowadził do Gliwic i dyktował tempo. Nieopatrznie, bo Browar jak to Browar, podyktował z grubego kalibru :D. Tak szybko do Gliwic to ja nigdy nie jeżdżę ;). Aż z trudem w jednym miejscu go dogoniłem, by ostrzec przed punktem częstego urzędowania panów w białych czapkach. I dobrze, że dałem radę, bo smerfy oczywiście z suszarką stały :P.
Dojazd do Gliwic zajął nam jakieś 20 minut, więc u Mariana stawiliśmy się pół godziny za wcześnie :]. Ale Marian jeszcze nie odpalał TDMki po zimie, więc różnie mogło być :].
Marian wpuścił nas do domu, zapodał coś do picia i zaczął krzątać się wokół wyjazdu. Po kilku minutach był gotów i zszedł do garażu. A tam – ciągle podłączona pod prostownik, z jesiennymi muchami na owiewkach – stała dumnie TDM900 :). Wyciągnęliśmy ją spod ściany i zabraliśmy za odpalanie. No i w sumie nie szło to zbyt ciekawie… Rozrusznik kręcił a silnik ani bąka puścić nie chciał. Przy każdej próbie pompka wtrysku ostro pracowała i w końcu chyba swoje zadanie wypełniła, bo silnik wreszcie niechętnie zaskoczył :).

Okazało się, że Marian umówił się jeszcze z jedną osobą na ten wyjazd – z Ewą, która ledwo co zakupiła Hondę NTV650. Umówił się z nią na najbliższej stacji.
Podjechaliśmy w umówione miejsce i po jakichś 10 minutach Ewa się zjawiła. A że robiło się późno, a Słony w Sosnowcu od 11:30 już miał na nas czekać, ponaglałem do szybszego ruszenia w drogę…
I wreszcie ruszyliśmy :). Marian przeprowadził nas przez Gliwice na zjazd na A4, gdzie ja z Browarem wystartowaliśmy z kopyta do przodu. Rozkręciliśmy się do ok. 180km/h, po czym zwolniliśmy do setki, by poczekać na Mariana i Ewę. Ale gdy oni nas doszli, znowu wystrzeliłem do przodu i w miarę rozpędzania, widząc puściutką prostą, postanowiłem sprawdzić, ile to to pojedzie :D. No i licznik pokazał 230km/h :). Rozpędzanie do 200km/h to formalność, 210 osiąga łatwo, 220 już wolniej, a na te 230km/h już trzeba trochę poczekać :].
Zwolniłem znowu do setki i dałem się wyprzedzić. Dalej już śmigaliśmy spokojnie i po małych konsultacjach telefonicznych ze Słonym (zjechaliśmy na stację), dotarliśmy do niego chwilę przed 12:00…
Słony zaproponował, aby najpierw zajrzeć na popularną wśród motocyklistów „kompostownię”, gdzie często można spotkać ekipę uczącą się stuntu na motocyklach. Prosty odcinek drogi przy wysypisku, zupełnie pusty i w zasadzie pozbawiony ruchu ulicznego… Miejscówka idealna :).
Gdy tam jednak zajechaliśmy, okazało się, że mamy pecha. Nikogo akurat nie było… A że żaden z nas nie ma aspiracji do latania na gumie (no, może poza Słonym, który co rusz gumował lekko spod świateł), zawróciliśmy więc by ruszyć w zaplanowaną wcześniej traskę.
Pierwszym punktem docelowym miało być jakieś jeziorko w okolicach Jaworzna. Uczepiliśmy się ogona Słonego i karnie jechaliśmy za nim. Stąd też standardowo nie wiem, którędy jechaliśmy, bo mi to zwisało ;).
W pewnym momencie drogę naszą przeciął zamknięty przejazd kolejowy. Zatrzymaliśmy się więc, pogasiliśmy silniki i… czekaliśmy na przejazd winnego tego przestoju wytworu PKP. Za nami podjechały jeszcze jakieś dwa czopki i samochód. I tak czekając pogadaliśmy chwilę, ja się napiłem, a po chwili, gdy pociąg nadjechał, zaczęliśmy przygotowywać się do dalszej rajzy. Tuż przed podniesieniem szlabanów obejrzałem się jeszcze za siebie na ekipę i oczom moim ukazał się taki widok: zaparkowany obok naszych motocykli na poboczu radiowóz i jeden przedstawiciel prawa wyciągający Browarowi kluczyki ze stacyjki!
Zaskoczenie totalne, bo nie wiem, ale chyba Policjanci musieli się skradać, gdyż umknął mi moment, gdy nadjechali… No i co to ma znaczyć, że Policjant zabiera komuś kluczyki? I z jakiej paki, skoro grzecznie stoimy przed przejazdem?
Marian jak to zobaczył, naskoczył na gliniarza jak lew z pytaniem, na podstawie jakich przepisów zabiera komuś kluczyki? Policmajster trochę się stropił i po paru argumentach Browara („Panie, kierownica mi się zablokuje!” :D) kluczyki mu oddał, zapraszając jednocześnie na rozmowę do radiowozu.
Ponieważ zapory już się podniosły, trzeba było odblokować przejazd. Przejechaliśmy na drugą stronę torowiska i tam na poboczu zaparkowaliśmy sprzęty. Browar z motocyklem został przy radiowozie, gdzie i ja wróciłem po chwili z plecakiem Browara, w którym były jego dokumenty (woziłem plecak w kufrze).
No i rozpoczął się wykład. Browar siedział w radiowozie i dyskutował z przedstawicielami „władzy”, a my czekaliśmy jak sępy na rozstrzygnięcie sytuacji.

No długo to trwało, ale wreszcie Browara wypuścili. Potem Policjanci zawrócili na podwójnej linii ciągłej i odjechali. Brawo kurw*!
Okazało się, że dowalili się do rejestracji w motocyklu Browara. W FZXie była ona zamontowana pod dosyć ostrym kątem, co chcieli podciągnąć pod przepis braku czytelności. 50zł i 2pkt karne. Ale Browar się nie dał :). Nie przyjął mandatu. Pan władza oświadczył, że w takim układzie sprawa znajdzie się w sądzie, na co Browar odparł, że no problem. Miał czterech świadków, którzy mogli potwierdzić, że Policjant przekroczył swoje uprawnienia wyciągając kluczyki z jego motocykla oraz powiedział, że w przepisach ruchu drogowego nie ma zapisu określającego kąt, pod jakim ma być zainstalowana tablica rejestracyjna. Pan władza znowu się stropił i w radiowozie zaległa cisza. Próby znalezienia odpowiedniego paragrafu w kodeksie zakończyły się niepowodzeniem (choć taki paragraf istnieje :P), toteż nie zostało Policjantowi nic innego, jak zakończyć sprawę na pouczeniu…
Dalej, nie zatrzymywani przez nikogo, dojechaliśmy wreszcie do tego jeziorka. Tam chwilowy postój, wymiana poglądów dotyczących zaistniałej sytuacji, parę fotek i… nuda! – jedziemy dalej! 😉

Tym razem pojechaliśmy pod zamek w Rabsztynie. I muszę przyznać, że droga do tego zamku niesamowicie mi się podobała. Wąska asfaltówka bez żadnych oznaczeń, pasów etc; dosyć nierówna, ale bez dziur, biegnąca jakby tunelem między drzewami iglastymi. Odnosiłem tam wrażenie, jakbym śmigał w zupełnie innym kraju, po drodze znajdującej się w bezpośrednim sąsiedztwie morza. Pewnie to od tego piaszczystego podłoża, na którym drzewa rosły… Naprawdę, bardzo ciekawa droga :).
Po jakimś czasie wyskoczyliśmy na trasę wyższej kategorii i zahaczając o Olkusz zjechaliśmy do knajpy u podnóży zamku Rabsztyn. I tam zainstalowaliśmy się, aby coś wreszcie zjeść :).

Zamówiliśmy sobie siakieś mięcho w panierce nadziewane serem i było po prostu genialne :]. Nażarłem się jak świnia – aż ciężko było poderwać zadek do dalszej jazdy :P.
Na zewnątrz machnęliśmy sobie jeszcze fotkę na tle zamku, bo oczywiście nie planowaliśmy się pchać do środka, po czym zebraliśmy się w dalszą drogę.

Tym razem Słony zaprowadził nas na punkt widokowy (wzgórze Czubatka), z którego rozciągał się rewelacyjny widok na tytułową Pustynię Błędowską. Szczerze mówiąc to nie wiedziałem, że ją zobaczę tego dnia, że właśnie tam jedziemy. Ale właśnie to miejsce stało się dla mnie gwoździem programu całej wycieczki. O Pustyni Błędowskiej dużo słyszałem, ale nigdy nie wiedziałem gdzie ona leży :). Każdorazowo, jak widziałem fotki z tego miejsca, to sobie myślałem – trzeba to zobaczyć. Nigdy jednak nie wplotłem tego w swoje plany, więc nie orientowałem się co do lokalizacji pustyni. Bardzo więc byłem mile zaskoczony, gdy wjechaliśmy na ten punkt widokowy…
Pustynia Błędowska. Polska Sahara. Największy obszar występowania piasków śródlądowych w Europie, poligon wojskowy z czasów II Wojny Światowej, na którym ćwiczyły hitlerowskie oddziały Afrika Korps pod dowództwem gen. Rommla, czy wreszcie miejsce ekranizacji „Faraona” Bolesława Prusa, reżyserii Jerzego Kawalerowicza… Szczególne miejsce!

Ale co tu dużo pisać. Pustynia Błędowska obecnie bardziej przypomina puszczę, bowiem cała zarośnięta jest krzewami i różnorodną roślinnością. Szkoda… Ale mimo to widok pustyni jest iście pierwszorzędny. Ogromna pusta przestrzeń, ciągnąca się po horyzont… To naprawdę trzeba zobaczyć :).

Ale to nie był jeszcze koniec wrażeń. Słony powiedział, że podjedziemy też pod niezarośniętą część pustyni, gdzie często można spotkać szalejące quady i crossówki :). Muzyka dla uszu ;).
Nie było to daleko, toteż po chwili już patrzyliśmy na piaszczyste pustkowie, zaorane motocyklowymi oponami. Znajdowały się tam również pozostałości historycznego znaczenia pustyni – resztki niemieckiego schronu z czasów II wojny…

Niestety w tym momencie nikt po pustyni nie jeździł, choć kręciło się wokół dwóch KTMów paru kolesi w cross-zbrojach. Przespacerowaliśmy się więc kawałek po piasku na skraj zbocza, by mieć lepszy widok na pustynię i tam machnęliśmy sobie małą sesję zdjęciową. Niestety mieliśmy pod światło, więc i możliwość robienia zdjęć była ograniczona. Ale jakąś tam pamiątkę mamy…

Po paru minutach kontemplacji uroku tego miejsca, dosłyszeliśmy rozmowę właścicieli KTMów, którzy zdecydowali się na ostatnią rundę po pustyni. Odczekaliśmy zatem jeszcze chwilę, by zobaczyć jak wystartują.
Silniki KTMów po chwili zagrzmiały ciężkim basem i po paru minutach rozgrzewki off-road’owcy ruszyli w długą… Ja pierdziu, ależ hałas! 😉 Pełny gaz, ryk silników, fontanny piasku z tylnych kostkowych opon i niemal frunąc nad nierównościami oba KTMy śmignęły koło nas… Zadziwiające jak szybko zaczęły znikać w oddali. Jedynie echo ryczących silników dochodziło do nas z niemal niezmienną intensywnością.
No, teraz już mieliśmy dosyć wrażeń, a pora też skłaniała do drogi powrotnej do domu. Dosiedliśmy więc naszych maszynek i opuściliśmy to niezwykłe miejsce.
Wydostawszy się z okolic Pustyni Błędowskiej ruszyliśmy drogą numer 4 w stronę Dąbrowy Górniczej, gdzie Słony oderwał się od nas na światłach i ruszył na Sosnowiec. My pokierowaliśmy się z Marianem na czele przez Czeladź, Bytom i Zabrze do Gliwic, gdzie odłączyli się od nas Marian i Ewa. Po drodze zobaczyliśmy tylko rodzinne strony Mariana, który zjechał z głównej drogi, by pokazać nam miejsce, gdzie się urodził :).
Zostaliśmy tylko my z Browarem, a przed nosem mieliśmy doskonale nam znaną drogę z Gliwic do Rybnika. Czyli jak łatwo się domyślić – przelotowa bardzo nam wzrosła ;). Wyprzedzaliśmy wszystko jak leci, bacząc jedynie na miejsca, gdzie – jak to się mówi – misie suszą :P.
W Rybolu, na parkingu hipermarketu jeszcze chwile deliberowaliśmy, czy gdzieś by jeszcze nie podzidować sobie, ale w końcu z pomysłu zrezygnowaliśmy. Była już prawie 17:00, co dawało nam 7h w siodle. Ja już miałem dosyć wrażeń :).
Rozjechaliśmy się więc już do domów i bezpiecznie odstawiliśmy sprzęty do garaży.
Sezon rozpoczął się na dobre :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.