Ryk silnika kręconego na wysokich obrotach wypełniał okolicę. Tłumiki przelotowe dodawały jego brzmieniu basów i decybeli. Obok dwa kolejne sprzęty, dosiadane przez swych nieco zabalsamowanych właścicieli, raz po raz rozjaśniały panujący półmrok zimnego jesiennego wieczoru wystrzałami z wydechów. XJ 600 wypluwała z siebie małe ogniki z obu tłumików, zaś Hornet oddawał potężne salwy z pojedynczego, zadartego komina. Echo wystrzałów potęgowane stropem balkonu, pod którym męczone motocykle stały, niosło się po wodach Zalewu Rybnickiego oraz po całym ośrodku żeglarskim Kotwica – słynnym w całym Rybniku i okolicach. Zgromadzona wokół garstka motocyklistów krzyczała z radości, dopełniając obrazu świetnej i bezkompromisowej zabawy, kończącej sezon motocyklowy roku pańskiego 2007… 😀

Wszystko to miało swój początek jeszcze latem. Zimmer, Browar i Ynciol zainteresowali się organizacją kolejnego zlotu z serii Rybnik Party. Już sama nazwa – 007 James Bond Edition „Licencja na zapijanie” – oddawała charakter, jaki impreza miała przybrać ;). Sam powrót do korzeni zlotu, tj. do ośrodka Kotwica oraz tradycje imprezy wyklarowane w poprzednich latach również bardzo wymownie świadczyły o tym co się będzie działo. No i stawiały przed organizatorami jak i uczestnikami wysoko postawioną poprzeczkę ;).
Termin zlotu ustalony został na weekend 13-14 października 2007 roku. Zaklepano dwa domki na Kotwicy, ustalono kwotę wpłat i na tym się organizacja zakończyła ;).

Jeśli o mnie chodzi, to do dnia zlotu nie zrobiłem nic. Jedynie sprawdziłem o której mam się zjawić pod Szpilą ;).

Przyszła sobota – dzień imprezy. Do 15:00 robiłem wszystko i nic, i dopiero po tej godzinie zacząłem kombinować nad wyjazdem na zlot :). Wpakowałem polar do tankbaga, ubrałem się ciepło (mroźną noc zapowiadano) i ok. 15:40 polazłem po moto. O 16:00 – punktualnie – byłem pod Szpilą :).
Pierwszym zdziwieniem było to, że praktycznie już cała ekipa tam czekała :D. Prawie – nie było żadnego organizatora ;). No to ładnie ;).

Drugim zdziwieniem była liczba uczestników. Było nas niesamowicie mało. No i wszyscy młodzi… Zabrakło w zasadzie całej starszej wiekiem i stażem rybnickich zlotów ekipy :(.
Przywitałem się ze wszystkimi i podczas tej czynności zjechało się jeszcze kilka maszyn. Dojechali m.in Browar i Ynciol z Basią :). No, to już lepiej :P.
Jedną z „atrakcji” już pod Szpilą okazał się motocykl Spuna, który stał z przebitą tylną oponą. Na jej powierzchni już wystawały sznurki, więc nic dziwnego, że coś z łatwością ją przebiło… Sam zainteresowany problemem, tj. właściciel moto, nie martwił się specjalnie. Stwierdził, że pójdzie na panie pod market i tam coś wymyśli :). Więc skoro tak, to w drogę!
Zaryczały silniki i kolumna wtargnęła na jezdnię. Jednak jako tako zwartej kolumny nie udało nam sie utworzyć. Panował spory ruch, który nas skutecznie zdefragmentował ;).
Kolejnym już z rzędu zdziwieniem moim było, że prowadzący nas Zimmer skręcił do Tesco… Skoro miał być to „powrót do korzeni”, myślałem, że zgodnie z tradycją spacyfikujemy Real… No, ale w zasadzie market to market ;].
Zaparkowaliśmy nasze złomy, kilka gum spłonęło, kilka tłumików strzeliło, po czym z wolna wszyscy się uspokoili i udali na zakupy ;). Przebiegły one dosyć spokojnie, więc nie ma co się nad tym rozwodzić :).

Browar po zakupach ;].

Koło 17:00 ekipa się zebrała i mogliśmy opuścić Tesco. Wyjazd był na maksa zakorkowany, więc nie obyło się bez przeciskania i blokowania skrzyżowania, ale daliśmy sobie z tym wszystkim szybko radę ;). Rozwalał mnie tylko Spun, który załatawszy swą fantastyczną oponę zwykłym blachowkrętem – stawiał moto na gumę przy opuszczaniu Tesco :P.
No i standardowa przejażdżka ulicami Rybnika! Klaksony, ryk silników, blokowanie rond :). Oj działo się, działo, choć z uwagi na małą liczbę motocykli, przejazd kolumny nie był tak spektakularny 😉 jak przy ostatnich edycjach :).

W końcu napadliśmy ośrodek. Wjechaliśmy rycząc klaksonami, orząc szutrowe drogi i trawniki, strzelając z wydechów i generalnie robiąc tyle hałasu, ile się dało ;).
Po zaparkowaniu gratów, Zimmer, Browar i Ynciol udali się do właściciela domków i zaczął się bal… Nadmienić muszę, że wynajęte domki należały do innego człowieka niż w poprzednich latach… Toteż już na wstępie zaczął się rzucać o rycie trawy i hałasy, oraz zapowiedział, że kaucji za domki nie odda, jeśli trawnik będzie skopany. Potem okazało się, że drewno jest za dodatkową opłatą i że mamy za mało kasy :). Cud, miód malina.
Na szybko urządziliśmy zrzutkę po 5zł, żeby nadgonić braki funduszy, po czym wróciliśmy do właściciela. Wkręciłem się do kanciapy, gdzie siedział cieć i włączyłem do rozmowy. Trochę zjechałem kolesia o to drewno i suma summarum udało nam się je dostać za połowę żądanej kwoty. Browar zaś w tym czasie pojechał do bankomatu po kasę. Na kaucję nie mieliśmy ani grosza ;).
Ludzie w tym czasie marzli na zewnątrz przed domkami, ale na szczęście okazali się wyrozumiali i nikt się nie buntował. Byli odpowiednio przygotowani na hardcore ;).

Wreszcie Browar wrócił, zapłaciliśmy wszystko, dostaliśmy drewno i klucze do domków. Mogliśmy zacząć imprezę :).
Część ekipy zabrała się za wprowadzanie do domków (a w zasadzie tylko do jednego) oraz parkowanie motorków pod wcześniej wspomnianym balkonem, zaś kilku pozostałych twardzieli, którzy chyba nie planowali noclegu, zajęło się ogniskiem. Także, gdy już byłem zabunkrowany w domku, mając (jak sądziłem :P) całe łóżko dla siebie, mogłem spokojnie z kiełbaskami udać się pod rożen, gdzie już ładnie trzaskały płomienie.
W międzyczasie pojawił się na zlocie mój brat na XJR 1300 mojego ojca. Brat przyjechał do Rybnika samochodem, więc swoją TDM miał w Wawie.

Z wolna zaczęło się robić wesoło i gwarno wokół ogniska. Kiełbasek na ruszcie przybywało, ludzie rozmawiali w podgrupach i generalnie – kulturka jak rzadko ;).
Wszamałem jedną z trzech swoich kiełbas, drugą dałem bratu, a trzecia zaginęła lub spłonęła ;). Jakoś się tym nie martwiłem, bo mi jedna starczyła :P.

Szybko zauważyliśmy, że ludność przy ognisku się przerzedza. Jedni wracali do domów, inni chowali się do ciepłego domku, by tam imprezować… Więc i ja tam się w końcu udałem, jako że przy ogniu nic ciekawego się nie działo ;).
Okazało się, że w domku ostro w obroty idą butelki z Tequilla :). Ławy zostały połączone w jedną długą, towarzycho się rozsiadło i… piło ;).

No to cóż. Dosiadłem się do ławy i włączyłem w zabawę. Co prawda z piwkiem póki co, ale godzina była jeszcze młoda ;).
Obok mnie siedziała Roksana – koleżanka Jasiola, z którym przyjechała. Oblewała nie zdany egzamin na moto… Więc jej w tym towarzyszyłem ;). Okazało się też przy rozmowie, że „moje” łóżko nie jest moje, a jest jej :P. Potencjalnie, na wypadek, gdyby została, bo planowała wracać do Gliwic jeszcze tego dnia.

Podobne plany niestety miał Draco i Browar. Z naszej paczki zostać mieliśmy tylko my z Ynciolem. Cóż, taki lajf…
Długo w domku nie usiedziałem, jako że niewiele się tam działo poza piciem, więc wróciłem pod ognisko. I nie pożałowałem, bowiem po chwili pojawił się Marian na swojej „babci” (XT250 ’83). Zapowiadał, że na chwile wpadnie i słowa dotrzymał :).
Oczywiście zaraz wszyscy obskoczyli jego motorek, a brat nawet trochę się na nim przejechał :).
Jakoś niedługo potem zauważyliśmy kolegę Baala, który przy pomocy paru zlotowiczów usiłował odpalić swój motocykl na pych. Miał jakieś kłopoty z rozrusznikiem :). No, to skoro coś z motocyklami zaczynało się dziać, to trzeba było to zobaczyć ;).

Jakoż po chwili XJota zaskoczyła i zaczęła dzikie harce po trawniku. Wokół kręciło nas się sporo i po chwili ekipa wpadła na pomysł pobijania rekordu ilości osób na jednym moto ;). Biedna XJ! Obskoczona z każdej strony aż trzeszczała plastikami, podczas gdy my mieliśmy wyśmienity ubaw :).
Kiedy z moto zeszliśmy, Ball podjechał pod domek i wtedy właśnie wykroił się nowy pomysł – nieco brzemienny w skutki… Tak, tak – wjechać motocyklem do domku… :]
Problem był taki, że schody do domku były strome i miały ze dwa metry wysokości.

Ale co to dla nas! Motocykl opadło kilka osób i zaraz XJ znalazła się na balkonie przed wejściem do domku, zupełnie jakby ważyła 20 zamiast 200kg…
No i… zaczęło się palenie gumy na kafelkach balkonu :]. Nie trzeba chyba nadmieniać, że kierowca był zabalsamowany na amen, a wokół motocykla utworzył się szczelny krąg obserwatorów… I właśnie wtedy koło przednie złapało uślizg na śliskich kafelkach, kierownicę w moto skręciło ostro w lewo i moto wystrzeliło do przodu mocno skręcając w stronę domku. A tam kupa luda, która wyległa na zewnątrz odrywając się od Tequili… Ja stałem przy balustradzie naprzeciwko wejścia do domku, więc doskonale widziałem jak wszyscy rzucili się na boki i jak moto przydzwoniło w ścianę, uderzając jednocześnie siłą rozpędu Bahamę. Moto się przewróciło i zgasło, atmosfera stężała. Szybko kilka osób podeszło podnieść sprzęta i jeźdźca, a inni oblegli Bahamę. Znieśliśmy motocykl na dół i po jego zaparkowaniu skupiliśmy się na poszkodowanym.
Generalnie Bahama czuł się – jak można przypuszczać – do dupy. Dostał owiewką po żebrach i na jakiś czas go mocno zatkało, a potem cały czas doskwierał mu silny ból. Ponieważ jednak nie krwawił, nie umierał i twierdził, że do żadnego lekarza jechać nie chce, nie mogliśmy mu w żaden sposób za bardzo pomóc.
W domku pękła szyba, ale to w zasadzie szczegół. Mogło stać się dużo więcej i chyba tylko duża doza szczęścia nas od tego uchroniła.

Na jakiś czas wszyscy stonowali z zabawą, ale nie na długo. Po chwili roztrząsania tego co zaszło, znowu większość ludzi zaczęła imprezować jak wcześniej…
Jakoś niedługo później, przed 23:00 spora ekipa zebrała się do odjazdu. Wśród nich był Bahama z dziewczyną, Browar, Marian, Draco i Roksana. Oddała mi łóżko ;).
Została nas naprawdę garstka. Ale nie znaczy to, że bawiliśmy się źle. O, co to to nie! 🙂 Imprezka zaczęła się dopiero rozkręcać :P.
Najpierw obaliłem kilka kielichów w domku z pijącymi na poprawę fantazji, po czym zacząłem łazikować po ośrodku…
Na molo spotkałem Jasiola, który dorwał tam trzy dziewczyny. No i sesja zdjęciowa się zaczęła ;). No, trzeba przyznać, że miło było :D.

Potem już wspólnie ze Stellą terroryzowaliśmy okolicę. Najpierw znaleźliśmy zagłówkę o pociągającej nazwie „Stanik”. Oczywiście musieliśmy wbić się na pokład, co też uczyniliśmy.

A po kilku fotkach postanowiliśmy pozwiedzać drugi domek, który stał praktycznie opustoszały. Tam znaleźliśmy urwane drzwi (to nie my! :P), na których w pierwszej chwili chcieliśmy iść posurfować. Nawet już je wyniosłem z domku, ale z pomysłu jakoś zrezygnowaliśmy :). Potem zainteresowaliśmy się stojącą w domku lodówką i suma summarum postanowiłem spróbować się do niej zmieścić :P. Półki wyleciały na ziemię, a ja poskładałem się jak scyzoryk i wlazłem do środka ;). Ale niestety – drzwi nie chciały się zamknąć… Za to Stella zmieściła się tam cała :).
Niedługo później przybiegł do nas Hornet twierdząc, że ma zajefajną atrakcję dla nas pod domkiem. Poszliśmy więc tam i już wchodząc na balkon wiedzieliśmy o co biega. Jeden ze zlotowiczów właśnie w tym momencie oddawał skok z balustrady balkonu na stojące obok drzewko. Amortyzowany przez gałęzie miękko stoczył się na ziemię.
Oczywiście bardzo nam się ta zabawa spodobała, więc zaraz ubrałem kask, zapiąłem kurtkę i sam dałem susa w krzaki ;].

W tak pełnym rynsztunku było bezboleśnie ;). Inni, którzy skakali mniej odziani, dnia następnego odkrywali na swoich ciałach całkiem głębokie i długie zadrapania :P.
Kiedy już zmęczyliśmy biedne drzewko bez reszty, Jasiol, Hornet i jeszcze jeden zawodnik (kurka, nie wiem kto to był!) zabrali się za męczenie swoich sprzętów. Odpalili silniki i dawaj strzelać z wydechów! Ale o tym już było we wstępie… 🙂
Tę zabawę przerwała nam interwencja lekko podpitego ciecia, który nie przebierając w słowach określił swoje stanowisko wobec naszego głośnego zachowania. Doskoczył do niego Jaki i zaczęła się dłuuuga, acz bezpłodna kłótnia o to, czy można się zachowywać głośno czy nie. Czy wolno pić w pracy czy nie ;). I skończyło się na tym, że o mało cieć nie wylądował z nami w domku przy flaszce. Jednak nie dał się przekonać :).
Ponieważ szybko ta gadanina mnie zmierziła, dorwałem się znowu ze Stellą w tandem i wspólnie znaleźliśmy sobie nowe „zadanie”. Od kilku godzin w jednym miejscu wśród domków tliły i paliły się zgrabione w kupkę liście. Zdecydowaliśmy się, że koniecznie musimy to ugasić i szarżą przebiegliśmy przez kopczyk. Zaczął palić się nieco bardziej, więc przez następne kilka minut przeprowadzaliśmy kolejne ataki na nieugięte liście i w końcu skutecznie je zgasiliśmy ;).
Było już grubo po północy i impreza wróciła do domku. Dwóch imprezowiczów już tam spało z przybitymi głowami do blatu stołu ;].

A my w najlepsze zabraliśmy się za ostatnią butelkę Tequili. Ja już wtedy zluzowałem – na szczęście wiem kiedy przestać pić ;).
Z wolna senność mnie ogarniała, a walka z nią okazała się nierówna. I pomimo, że impreza toczyła się zaraz koło mojego łóżka, chyba koło 1 czy 2 w nocy zległem spać…
Opowiadano mi rano, że ekipa usiłowała mnie napastować jak spałem, ale ja nic kompletnie o tym nie wiem :P.

Wstałem rano ok. 8:00. U mych stóp leżały zwłoki jednego kolegi, który musiał zasnąć usiadłszy na moim łóżku, gdy już spałem. Wypiłem sobie jogurcik na poprawę samopoczucia i udałem się na przeszpiegi. Jasiol już nie spał, więc łaziliśmy razem.
Przy ognisku ślady nocnej pomysłowości – grill zapchany zielonymi krzakami :).

Zabraliśmy się więc za porządkowanie poimprezowego syfu, co przyszło nam w sumie dosyć łatwo. Nie było tak tragicznie jak w poprzednich latach z uwagi na małą liczbę uczestników, oraz z uwagi na to, iż trzon imprezy odbył się w domku przy ławie. I tam to już zdecydowanie było co sprzątać.
Powoli załoga wstawała i zabierała się za sprzątanie domku. No i co tu się rozwodzić – przygotowaliśmy się do opuszczenia Kotwicy…
Chyba koło 10:00 zjawił się właściciel domku. Skasował od autora zbitej szyby 50zł za jej wymianę i na tym się skończyło :).
Ale jeszcze nie dane nam było opuścić ośrodka :). Najpierw były problemy z odpaleniem feralnej XJoty, która zaliczyła w nocy Bahamę i glebę, a potem nie chciał zaskoczyć Hornet Horneta ;). Ten ostatni już był przerażony, że poszedł w ślady Cotleta z kilku Rybników wstecz i zakatował strzelaniem silnik. Ale po oględzinach motocykla, zauważyłem, że z króćców ssących sączy się benzyna. Doszliśmy do wniosku, że motocykl się po prostu z jakiegoś powodu zalał.
Akus w Hornecie już prawie umarł, a odpalanie na pych nie dawało nic. Zadeklarowałem się więc, że przyjadę tu Poldolotem i spróbujemy sprzęta odpalić z kabli. Pojechałem więc po samochód, a ekipa w tym czasie miała oczyścić w moto świeczki.
Gdy wróciłem Poldonem, Hornet już prawie był poskładany. Jednak właściciel zdecydował, że pierwsza próba odpalenia po czyszczeniu świeczek odbędzie się na pych.
No i moto zaskoczyło :). Kamień spadł nam z serca, a najbardziej chyba Hornetowi :).
Można więc było już pożegnać naszą Kotwicę. XJ już dużo wcześniej odpaliła…
Tak więc niechlubnie opuściłem teren zlotu, jako jedyny prowadząc samochód… 🙂

No, to do zobaczyska na wiosnę! Rybnik Party – Ósmy Pasażer Nstromu już w planach :D.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.