Rozpoczęcie sezonu na Jasnej Górze… O mało mnie nie ominęło! 🙂 A to z racji wesela mojej kuzynki, które odbywało się dzień wcześniej. A w zasadzie też przez noc poprzedzającą wyjazd… Wróciłem z niego po 1:00 w nocy, a wstać musiałem o 6:30, żeby do Częstochowy pojechać…
Na Jasną Górę wspólnie wybierali się Browar z Gośką, Ynciol z Basią, Dżola i trzech nieznanych mi motocyklistów na szlifierkach. Draco mówił, że może się pojawi już w samej Częstochowie, ale nie miał jechać z naszą grupą.
O 7:20 zajechałem na stację BP, gdzie mieliśmy punkt zborny. Wszystkich zaskoczyła moja obecność, bowiem profilaktycznie powiedziałem, że mnie nie będzie. To na wypadek, gdybym nie dał rady wrócić z wesela :).

Ponieważ przybyłem jako ostatni, planowo o 7:30 ruszyliśmy w drogę :). Postanowiliśmy pojechać do Gliwic i myknąć autostradą do Katowic, skąd już krajowa jedynka zaprowadzić nas miała bezpośrednio do Częstochowy :).
Ponieważ Ynciol pierwszy raz kulał się z Basią na plecach, a w pamięci miał ciągle niedawnego szlifa i na przedniej feldze ciągle nie najlepszego kapcia, uzgodniliśmy, że nie szarżujemy :P. Jechaliśmy wyjątkowo spokojnie – rzec można – dostojnie :). Cały czas prędkości z zakresu 80-90km/h. Irytowało to poniekąd naszych ścigantów, którzy co rusz wystrzeliwali do przodu z ryczącymi na pełnych obrotach silnikami :).
Gdy dotarliśmy do autostrady, nasza przelotowa wzrosła tylko nieznacznie. Jechaliśmy tak między 90 a 120km/h. To jeszcze bardziej irytowało towarzyszy na plastikach, toteż po chwili odkręcili manetki do oporu i – tyle ich widzieliśmy. Dopiero przed Katowicami zobaczyliśmy ich stojących na poboczu, dotleniających się nikotyną :).
Za Katowicami zjechaliśmy na krajową jedynkę, która prowadziła już bezpośrednio do Częstochowy.
Widać było już powoli, że coś dużego się święci. Im bliżej Częstochowy byliśmy, tym częściej mijaliśmy lub byliśmy wyprzedzani przez większe lub mniejsze grupki motocyklistów. Niektóre mijane stacje benzynowe były całkowicie wypchane po brzegi sprzętami. Było ich tyle, że stosunkowo szybko zrezygnowałem z pozdrawiania, gdyż praktycznie lewą rękę musiałbym mieć non stop w powietrzu ;).
Jakoś może 30km od Częstochowy, nagle zobaczyłem, że jeden z „naszych” ścigantów – Adolf – turla się po poboczu, po czym staje. Zaintrygowany, zatrzymałem się koło niego, a Browar, Ynciol i Dżola pomknęli dalej. Okazało się, że przez głupi błąd (kranik na RES) Adolfowi zabrakło paliwa :). Chwila konsternacji – co robić. Gonić resztę i powiedzieć co się dzieje, czy we dwóch coś uradzić…? Zdecydowałem się na to drugie :).
Szybkie oględziny TDMki jasno dały nam do zrozumienia, że nie spuścimy z niej benzyny. Jedynym wyjściem była więc jazda na najbliższą stację i przywiezienie paliwa w butelce…
Pojechałem. Na szczęście stacja była zaledwie kilometr dalej. Kupiłem tam półlitrowy napój, wlałem go w siebie, butelkę napełniłem benzyną i szybko wróciłem do Adolfa. Po wlaniu wachy do jego baku, poczekałem jeszcze żeby się upewnić, że sprzęt mu odpali, po czym poleciałem sam w stronę Częstochowy, a Adolf zjechał na tę pobliską stację.
Gnałem ile tylko źle wyważona felga pozwalała. 140km/h :). Patrzyłem też podejrzliwie po wszystkich stacjach i poboczach, pewny, że moja ekipa gdzieś na mnie czeka. Ale niestety – dojechałem do Częstochowy i nic… 😐
Ponieważ nie bardzo wiedziałem co i jak, podczepiłem się pod dwa motocykle na tyskich rejestracjach i wspólnie zajechaliśmy do podnóży Przeprośnej Górki, na której znajduje się Sanktuarium Ojca Pio. Tam właśnie miało odbyć się o 10:00 spotkanie wszystkich motocyklistów, po którym mieliśmy kolumną pojechać już na Jasną Górę.
Gdy zacząłem się pchać w stronę sanktuarium do góry, szybko… utknąłem w korku! I to nie byle jakim – ciągnął się do samego sanktuarium, od którego oddzielał mnie minimum kilometr. Jakoś jeszcze poboczem się przepchałem paręnaście metrów do góry, by w końcu utknąć za dwiema trajkami na dobre. I tam pierwsze nieoczekiwane spotkanie tego dnia – z Rosiem, który był z nami na Węgrzech :). Utknęliśmy akurat centralnie obok siebie. Rosiu – pozdro!
Szybko przyczyna korka wyszła na jaw. Otóż z dołu ciągle napierała do Sanktuarium jeszcze niemała rzeka motocykli, a w miejscu, w którym utknąłem, akurat usiłowano formować początek kolumny jadącej już na dół – w stronę Jasnej Góry. Mieliśmy więc dwie armie motocykli napierające na siebie ;). A ja na samym froncie :). Masakra!!
Wreszcie sytuacja się z wolna rozładowała. Policja porozsuwała nas po poboczu i parada ruszyła… Jakimś cudem udało mi się w tym chaosie zawrócić, „wycelować” moto w stronę zjazdu i zaparkować.

Zdzwoniliśmy się z Browarem. Okazało się, że jest z ekipą gdzieś w głębi tego bajzlu i że będzie mnie mijał jak się doczłapie w kolumnie z głębi Przeprośnej Góry. No to w gotowości bojowej czekałem, aż się ukaże w tej mijającej mnie rzece motocykli.

Po parunastu minutach – pojawił się! 🙂 Odpaliłem więc czym prędzej sprzęta i włączyłem się w paradę :).
No i zaczęła się gehenna… Kolumna przesuwała się bardzo niemrawo. Na drugi bieg praktycznie nie było szansy, a co gorsza, nawet wolne obroty na jedynce rozpędzały motocykl do zbyt dużej prędkości ;). Jazda więc odbywała się non stop na półsprzęgle i polegała na nieustannym ruszaniu i zatrzymywaniu się. Jechaliśmy szeroką kolumną, po kilka motocykli obok siebie. No i zarówno patrząc do przodu jak i do tyłu – końca kolumny nie było widać… :D.

Zrobiło się masakrycznie gorąco. Żar z nieba, promieniowanie od setek wrzących silników, gorące spaliny… A my wszyscy w kaskach, kurtkach, skórach… Istna rzeź! 🙂

Grunt, to zachować humor ;).

Po drodze widziałem jeszcze paru znajomych. M. in. Browarny – był na tyle mądry, że stał na poboczu i nie pchał się ze wszystkimi w tym szaleństwie. Podobnie wypatrzyłem na poboczu Vetzeque’a (kurde, masakryczny nick!).

Browar i Gośka.

Parada trwała bez mała godzinę. Kilka sprzętów po drodze nie podołało – co chwila mijaliśmy stojące motocykle, które ich właściciele usiłowali gorączkowo odpalić. Dymiące z przegrzania olejaki, wygotowane i wyrzygane płyny chłodnicze – te obrazki też się przewinęły :).

Dżola i Ynciol z Basią.

Wreszcie z daleka ukazała nam się Jasna Góra. W pierwszym momencie chcieliśmy jakoś urwać się z tego tłoku, bo baliśmy się, że już całkiem utkniemy tam na górze, ale w końcu nie zrobiliśmy nic i ze wszystkimi motocyklami wjechaliśmy na polanę Jasnej Góry.

Siła nas!

Parkowanie to również była niezła sztuka. Organizatorzy pokierowali nas na prawą flankę, gdzie też z dala od głównego natłoku zaparkowaliśmy nasze graty, by dać im wreszcie odetchnąć. Ale dopchanie się na to miejsce wymagało niezłych zdolności ekwilibrystycznych ;).

Kiedy już wyskoczyliśmy z kasków i kurtek, a sprzęty stały bezpiecznie, poszliśmy poszukać znajomych. Przyjechała tu bowiem cała Wawka i większość ekipy jadącej na Montenegro :).
Poszukiwania łatwe nie były. Ale że telefony komórkowe to jednak przydatne wynalazki, to już po chwili się obściskiwaliśmy z Gerardem, Renią, Protem, Oleśką, Wojtasikiem, Rafałem, Astarte, Miklasem i innymi forumowiczami, których niestety znam już słabiej i nie spamiętałem…
Padł pomysł, żeby udać się do jakiegoś sklepu po zimne napoje, gdyż słońce bezlitośnie włączyło tryb „Sahara” i w pyskach nam pozasychało. Zeszliśmy w tym celu z Jasnej Góry i w pierwszym spotkanym sklepie wykupiliśmy roczny zapas wody mineralnej. Ja wziąłem jeszcze jakieś dwa zdechłe pączki, ogałacając tym samym sklep dokumentnie. Na półkach został już tylko ryż i ocet ;].
Wracając na górę usłyszeliśmy, że impreza już przechodziła z wolna w tę konkretną fazę, tj. w mszę. Odwiedziłem więc szybko kibelek i nabożnie udałem się w miejsce stacjonowania Wawki :P.
Msza się zaczęła. Stanie jednak w skupieniu i w słońcu na baczność było trudne, więc szybko zeszliśmy do parteru i siedliśmy na trawie. Tylko na te co ważniejsze elementy mszy przyjmowaliśmy pion :).

W pewnym momencie uznaliśmy z Browarem, że warto udać się pod nasze motocykle, aby być przy nich, gdy nastąpi święcenie. Nie wiedzieliśmy za bardzo kiedy to będzie, więc woleliśmy mieć machiny na oku :). Chwilę więc później, już podczas kazania, siedzieliśmy na trawce, mając za sobą nasze wierne rumaki :). W duchowym uniesieniu zjedliśmy też sobie kanapki :P.

Kazanie… 😉
„Artystyczna” fotka made by me ;). Dla jasności – to jest owiewka TDMki :).

Msza miała się ku końcowi. W pewnym momencie, gdy orkiestra zagrała coś na cześć Jana Pawła II, zrobił się nagle totalny burdel, gdyż w ramach konkurencji dla orkiestry rozległ się ryk kilku tysięcy klaksonów motocyklowych i paru syren strażackich ;). Masakra, ogłuchnąć można było!
Na koniec, już praktycznie po mszy, jeden ksiądz wsiadł do kosza jakiegoś ruska i zaczął jeździć po całym terenie święcąc hurtowo motocykle :). I naszych sprzętów nie ominął, choć naczekaliśmy się konkretnie by do nas dotarł :).

Ja niestety humor miałem spieprzony, gdyż mając dużo czasu na oględziny motocykla podczas mszy (:P) zauważyłem, że przednia felga w moto jest z ’96 roku, a tylna z ’99. Dało mi to fatalny pogląd na przeszłość motocykla, która jakimś niewyjaśnionym sposobem wcześniej mi umknęła. Ponadto zauważyłem, że uszkodziła mi się oliwiarka, którą ledwo co zbudowałem… No i szlag mnie trafiał… 😐
Nalegałem więc by już zrywać się do domu. Poszliśmy tylko pożegnać się z ekipą warszawską i zaczęliśmy zbierać się w drogę powrotną.
Wtedy zmaterializował się koło nas Draco :). Szkoda, że na koniec, ale lepiej późno niż wcale ;). Fajnie było się w tym tłumie odnaleźć. Spotkałem się w przeciągu całej imprezy jeszcze z paroma osobami, takimi jak np. Adu, Zbyhoo, czy Miro_N. I z tego miejsca wszystkich Was serdecznie pozdrawiam! 🙂
Ponieważ nie zgadzaliśmy się z poglądami na temat drogi powrotnej do domu, Draco pojechał do Rybnika z Dżolą, a my – Browar z Gosią, Ynciol z Basią i ja – polecieliśmy inną traską. A w zasadzie tą samą, którą przyjechaliśmy :). Koledzy na plastikach gdzie nam się zupełnie stracili…
Wyjazd z Częstochowy, to była niemal powtórka z rozrywki – z parady. Korki jak jasna cholera, motocykli do cholery, a samochodów nie mniej. Pchaliśmy się w tak ciasne luki między samochodami, że włos się jeżył na głowie! A czasami i pokonywaliśmy pobocza i krawężniki, byle tylko jakoś wydostać się z tego ula… I jakoś też w końcu nam się to udało – wypadliśmy na jedynkę biegnącą ku Katowicom.
Ponieważ jednak nie mieliśmy mapy, udało nam się trochę pobłądzić. Nie wiem do końca gdzie popełniliśmy błąd, w każdym razie pojechaliśmy jakoś przez Mysłowice, gdzie dopiero wjechaliśmy na autostradę. I tu o mało Browar nie pokierował nas na Kraków ;), ale udało nam się błąd naprawić, zawracając przez wiadukt. Żadnej mapy oczywiście nikt z nas nie miał :).

Na trasie. Czekamy na Ynciola, który gdzieś nam się zgubił :).

Po autostradzie jechaliśmy bardzo grzecznie. 110km/h i nic więcej. Także nudy jak cholera ;). Dopiero przed samym zjazdem na Rybnik zrobiło się ciekawiej. Startujący z lotniska gliwickiego samolot holujący szybowiec, zrównał zaraz po starcie lot z kierunkiem biegu autostrady, tak, że leciał dokładnie nad naszymi głowami :). Fantastyczny widok! 🙂
Reszta trasy, to już dla mnie rutyna. Odcinek Gliwice-Rybnik pokonuję częściej niż myje zęby :P. Także paręnaście minut później już staliśmy przed Carefourem w Rybniku, gdzie też się pożegnaliśmy i rozjechaliśmy do domów.

Podsumowując…
Wyjazd udany jak najbardziej. Pokonałem 302km, moto spaliło 4,4l/100km, widziałem chyba więcej motocykli tego dnia, niż wcześniej przez całe życie… 🙂 Ale z drugiej strony nie wiem, czy za rok na Jasnej Górze się pojawię. Za duży hardcore! Jeśli jednak coś mnie podkusi, by tam pojechać raz jeszcze, to już na pewno nie wezmę udziału w paradzie. To najlepszy sposób, by zarżnąć w moto sprzęgło lub przegrzać silnik. I siebie. Szkoda sprzęta i zdrowia ;).
Z trzeciej zaś strony na pewno nie chciałbym wykreślić tego doświadczenia ze swojego motocyklowego życia i z całą pewnością wyjazdu nie żałuję!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.