Jakoś w piątek dowiedziałem się przypadkiem od kogoś, że następnego dnia w sobotę 20 maja miał odbyć się Zlot Motocykli Suzuki w Ustroniu. Na pytanie, czy jadę oczywiście odparłem, że nie – mało paliwa w baku jak zwykle :).
Jednak w sobotę Ojciec i Mama, którzy swoimi kanałami również się o zlocie dowiedzieli, postanowili, że jadą. Brat jechać też chciał, a mnie (wlewając mi parę litrów do baku) również do tego przekonali :D.
Wyruszyliśmy trzema motocyklami jakoś grubo po południu w stronę Ustronia. Mama pojechała z Tatą na plecach, więc miała dobre pole do robienia fotek podczas jazdy :).

…czego? 😉
Śmigamy…

Oczywiście podczas jazdy Wiślanką troszkę się pobawiliśmy i powygłupialiśmy z bratem. Wyścigi spod świateł do 100-120km/h, szarże z prędkościami niezbyt mieszczącymi się w kodeksie drogowym, strzelanie z tłumików… 😉 Chyba nie powinniśmy jednak razem jeździć, bo głupawki dostajemy :P.
Po dojechaniu do Ustronia zdaliśmy sobie sprawę, że kompletnie nie mamy pojęcia, gdzie zlot ma być :). Na szczęście wiedzieliśmy, że na imprezę wybierał się Mariusz ze Szpili, więc brat do niego zadzwonił…
Po krótkich wyjaśnieniach, gdzie mamy jechać, okazało się, iż już jesteśmy za daleko :). Zawróciliśmy więc i zaczęliśmy rozglądać się za rozwieszoną taśmą z napisami „Suzuki”, która miała być nam drogowskazem.
Najpierw jednak natknęliśmy się na dwóch motocyklistów. Zaraz brat do nich podjechał z pytaniem, czy nie wiedzą, gdzie jest zlot… Wiedzieli, a jeden z nich zaoferował się nas poprowadzić :).
I już po chwili wąziutką asfaltówką, którą ciężko byłoby nam znaleźć, jechaliśmy na zlotowisko :).
Na miejscu – echo. Praktycznie żywej duszy :). Stały przy bramie zaledwie cztery motocykle, w tym Harry Mariusza. Od nich dowiedzieliśmy się, że ekipa pojechała akurat na paradę. Ciekawe, że ich nie spotkaliśmy…
Po zaparkowaniu motocykli, usiedliśmy zatem pod parasolami i zamówiliśmy sobie kawę. Obejrzeliśmy oczywiście też sprzęta Mariusza, a po chwili na teren ośrodka (spora działka jakiegoś hotelu to była) wkulała się cała kawalkada motocykli :).
Dopiliśmy więc kawkę i udaliśmy się na oględziny maszyn. Chcieliśmy tacie pokazać Yamahę XJR1300, ale niestety to nie ten zlot :P. Był tylko podobny Suzuki GSX1400…

Parking po powrocie kolumny z parady :).

W gruncie rzeczy nie byliśmy typowymi zlotowiczami. Okazało się bowiem, że na zlota były jakieś zrzutki na żarełko itd, więc my tam byliśmy tylko na podczepkę, jako widzowie :). Poza tym, tylko Brat miał motóra z literką „S” na początku nazwy :).
Kiedy już napatrzyliśmy się na sprzęty, wróciliśmy pod parasolki, a brat miał przestawić motocykle (swój i ojca) z głównego parkingu pod bramę, gdzie stał mój.
No i siedzimy z ojcem pod tymi parasolami, a brata z mamą nie ma… Już myślałem, że zabłądzili, ale nie – zajęło im to tyle czasu, gdyż prowadziła… mama :). Brat posadził mamę na miejscu kierowcy, sam siadł z tyłu i – dawaj – nauka jazdy :).

Przyszly Ghostrider… 😉

Biedny VX po tej próbie na pewno miał zakwasy w rozruszniku, ale poza tym nie ucierpiał :P.
Ponieważ jednak w VXie sprzęgło działa dosyć topornie i nawet doświadczony motocyklista musi się nauczyć jego dosyć specyficznej obsługi, postanowiliśmy posadzić Mamę na moją Sevenkę, w której sprzęgło działa zdecydowanie bardziej przewidywalnie :).
Siadłem z tyłu, mama z przodu i z sercem w gardle, a duszą na ramieniu – ruszyliśmy.
Mama dała sobie radę nawet nieźle, aczkolwiek trochę się bałem, że odstawimy jakąś nieplanowaną figurę, w stylu guma czy cuś :).

Jedziemy…

Jazdy na mojej bryce z kolei jednak szybko powstrzymała rosnąca temperatura silnika – ciągłe piłowanie na jedynce, czy dwójce to jednak nie jest to, co powietrzaki lubią najbardziej… 🙂
Po tej akcji postanowiliśmy już zabrać się do domu. Mama chciała szybciej dostać się do Rybnika, gdyż zaproszono ją telefonicznie na jakąś imprezę, toteż posadziła się z bratem na VXa i wspólnie poszarżowali, zostawiając nas z Tatą w tyle.
A my sobie spokojnie, bez wielkiego gonienia, śmigaliśmy ku domkowi…
Już na odcinku między Żorami a Rybnikiem odniosłem wrażenie, że samochód jadący z przeciwka mignął mi światłami. Oho, czyżby policja? Zwolniłem zdecydowanie, ale Ojciec poszarżował przodem. Zacząłem migać mu długimi, zostawać coraz bardziej z tyłu – myślałem, że zauważy, zainteresuje się… Ale gdzie tam! :). Po chwili, jak poczułem dzwoniącą komórkę w kieszeni, już byłem pewien – dzwoni Brat lub Mama ostrzec nas przed smerfami.
No i faktycznie byli. Tata akurat przy nich zaczął wyprzedzać i jechał chyba jednak ciut szybciej, niż można (jak potem mówił, w ogóle ich nie zauważył), ale szczęśliwie Policja akurat zajmowała się jakimś niesfornym kierowcą i nas lizakiem nie potraktowała…
Do garażu dokulaliśmy się w rozpoczynającym się deszczu. A co, pogoda też musi swoją przyjemność posiadać…
Podsumowując – całkiem przyjemny wypad. Teraz już tylko czekać, aż Mama zrobi prawko, kupi cobie motóra i będziemy latać we czwórkę! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.