Cały ten wyjazd od dłuższego czasu nie potrafił dojść do skutku. W Dusznikach Zdroju Marian posiada działkę, toteż chciał zobaczyć jak się ona miewa po zimie i namawiał mnie, żeby się tam z nim przejechać. Ale zawsze coś było nie tak – najpierw motocykl miałem w naprawie i okazja przepadła, potem wybór kierunku wycieczki padł na Rożnów, a w ostatnią niedzielę 8 maja – cały dzień lało…
Ale nadeszła niedziela 15 maja i choć prognozy nie były zbyt optymistyczne – postanowiliśmy jechać :).
Rano zjadłem szybko śniadanko, spakowałem trochę narzędzi (nawyk po WSK :P) i ciuchów do tankbaga i poszedłem po motocykl.
Suza jak zwykle nie protestowała i odpaliła bardzo chętnie, więc o 8:35 już byłem w drodze do Gliwic. Wczoraj zatankowałem po korek, więc nie musiałem się martwić o paliwo, zaś dwa dni wcześniej wreszcie wymieniłem dysze w gaźnikach i poddałem je regulacji. Dzięki temu Suza odzyskała siły i dynamikę :).
W Gliwicach byłem przed 9:00. Marian szybko się zebrał i mogliśmy ruszać w drogę :).
Z Gliwic pojechaliśmy w kierunku Pławniowic, w okolicach których wbiliśmy się na autostradę A4 :).
Teraz było już szybko… Ja z nowymi dyszami chciałem oczywiście sprawdzić ile to to poleci :). No i dmuchnąłem Suzi na pełny gwizdek…
Do 160km/h szła całkiem fajnie, ale potem trzeba już było uzbroić się w cierpliwość… Wskazówka najdalej wychyliła mi się na 170km/h, ale leciałem równo z Marianem, a jemu licznik wskazywał prawie 180km/h… Można więc przyjąć, że 175km/h było ;).
Przy tych prędkościach już są całkiem solidne przeciągi :). Rękawy wiatr mi zaczął podciągać na łokcie, a zamek w kurtce sam się otwierał ;). Szum w kasku też niesamowity, a jak się potem okazało – w baku wirek :P.
Te 170km/h leciałem tylko chwilę. Generalnie raczej trzymaliśmy się prędkości 140-160km/h. I tak wystarczy, choć autostrada aż prosiła się o więcej…
W pewnym momencie Marian zaczął szybko zwalniać. Gdy jego ręka zniknęła pod bakiem już się domyśliłem, że to rezerwa wzywa :). No, ale mimo przełączenia kranika moto nie chciało zaskoczyć, więc się zatrzymaliśmy.
Po przestawieniu kranika na pozycję „PRI” paliwo dopłynęło do gaźników i silnik odżył. Na liczniku dziennym zaledwie 160km – spalanie rzędu 6,5/100km :).
Od tego momentu jechaliśmy już spokojnie, żeby ograniczyć apetyt motocykli i aby dojechać do najbliższej stacji :).
Zjechaliśmy w końcu z autostrady. Jak zwykle – nie wiem gdzie :P. Na wiadukcie strzeliliśmy sobie pamiątkowe fotki, po czym wbiliśmy się na stację paliw.

Dwie Suzy, yo & autostrada :).

Gdy już płyny ustrojowe motorków były uzupełnione – ruszyliśmy dalej. Teraz trasa była już kompletnie zakręcona i jak patrze na mapę, to za cholerę nie wiem, którędy jechaliśmy :). Wydaje mi się, że pomykaliśmy przez Budziszowice – taka tablica mi się kojarzy, co by znaczyło, że lecieliśmy po DW406, a wcześniej DW405… Mam jednak dosyć starą mapę, na której autostrada jeszcze nie istnieje, więc tym trudniej mi się połapać, którędy śmigaliśmy…
Enyłej trasa leciała cały czas na Nysę, a gdy już do niej dojeżdżaliśmy, odbiliśmy na Kłodzko drogą nr 408.
Jechało się nadzwyczaj przyjemnie. Po drodze minęliśmy piękny Otmuchowski zbiornik wodny, po czym minąwszy Paczków, przybliżyliśmy się do czeskiej granicy.
Gdy dotarliśmy do Złotego Stoku zatrzymaliśmy się na chwilę, by coś zjeść, ale znajoma Marianowi knajpka okazała się zamknięta…
Od Złotego stoku do Kłodzka już był rzut beretem, ale my postanowiliśmy sobie trochę utrudnić życie i zjechaliśmy w lewo na drogę 291, by dołożyć parę kilosów…
Coś fantastycznego!
Jeśli będę mógł to jadę tam jeszcze raz w tym roku! Droga była świetna – wiła się stromo w górę w samym sercu lasu. Jechaliśmy dosłownie przez ubarwiony świeżą wiosenną zielenią tunel… Coś pięknego! Uroku wszystkiemu dodawały piękne zakrętasy, patelnie, ostre winkle… Cud miód i orzeszki :).
Z czasem droga przeszła do poziomu, by już po chwili wić się stromo w dół :). Uczta, po prostu uczta dla każdego motocyklisty! 🙂
Ale nie tylko dla samych zakrętów jechaliśmy tą trasą. Gdzieś po drodze zatrzymaliśmy się przy słynnym zakręcie Bublewicza – wybitnego kierowcy rajdowego, który zginął w tragicznym wypadku w tamtym miejscu. Przy drodze znajdował się krzyż i pomnik upamiętniający to przykre zdarzenie…

Pomnik.
Piękne miejsce. W takim właśnie zielonym tunelu jechaliśmy…

Posiedzieliśmy tam chwilę, zrobiliśmy kilka zdjęć i ruszyliśmy w dalszą drogę.
Zjechaliśmy z powrotem na trasę biegnącą do Kłodzka, jednak zatrzymaliśmy się znowu na chwilę – by napić się czegoś ciepłego…
Od dłuższego czasu goniły nas bardzo brzydko wyglądające chmury – granatowe, ciemne, ciężkie, burzowe… Z tej też przyczyny nie siedzieliśmy w knajpce zbyt długo i po szybkiej herbacie – wskoczyliśmy znowu na siodła.
Nie minęła jednak chwila – już padało… Na szczęście jak to przysłowie mówi – z dużej chmury mały deszcz :). Nie był taki tragiczny – z drogi nas w każdym razie nie przepłoszył :).
Dojechaliśmy wreszcie do Dusznik Zdroju. Marian poprowadził na swoją działkę i już po chwili po niej dreptaliśmy. Heh, nie byliśmy tam jednak dłużej niż 5 minut, bo trochę silniej sypnęło deszczem, a na tym kawałku ziemi nie było kompletnie się gdzie schować :). Spłoszeni wsiedliśmy na motocykle i… pojechaliśmy po prostu, już w kierunku domu ;).
Ale i tym razem postanowiliśmy sobie utrudnić – lub patrząc z innej strony – ułatwić życie. A to w ten sposób, że nie skręciliśmy z powrotem na Kłodzko, lecz w lewo na… Nachod w Czechach :). A czemu by nie wracać stroną czeską do domu? Może i dalej, ale asfalt nieporównywalnie lepszy…
Do granicy było bliziutko, więc już po chwili chwaliliśmy się celnikowi swoimi gębami uwiecznionymi na dowodach osobistych, dzięki czemu bez oporów mogliśmy wyemigrować do Czech :P.
Zaraz za granicą skręciliśmy w lewo na drogę nr 14, która zaprowadziła nas na popularną „jedenastkę”… Gdzieś po drodze się jeszcze zatrzymaliśmy na obiadek.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wszamałem sobie zajefajną pizzę, ogrzałem się herbatką i aż chciało się znowu jechać – mimo, że w tyłku już było przeszło 300km :).
„Jedenastka” okazała się fantastyczną trasą – wręcz stworzoną dla motocyklistów! No i było ich tam też do cholery i ciut ciut :). Co chwila musiałem machać klienteli jadącej z przeciwka :).
Droga wiła się po wzniesieniach i zjazdach, asfalt po prostu idealny, a zakrętasy wieńczyły całokształt… Jak Boga kocham – jeśli tylko będę miał okazję pojadę tam jeszcze raz :). Tak ciasnych winkli nie zaznałem jeszcze nigdy :). A każdy jeden był wyzwaniem, by pokonać go jeszcze ciaśniej i szybciej od poprzedniego :). Aż „składam się” teraz na krześle w zakręty wspominając tę drogę ;).
Enyłej – jak zwykle to co dobre szybko się kończy. Kilometry nawet nie wiem kiedy nawijały się na koła i z zatrważającą prędkością zbliżaliśmy się do Opavy, od której do Polski już był – standardowo – rzut beretem.
Aby więc trochę sobie jeszcze wydłużyć przyjemność z jazdy – zatrzymaliśmy się na chwilę na kawę na jednej stacji…
Pokrzepieni odrobiną kofeiny pokulaliśmy się dalej, już ku polskiej granicy. Przekroczyliśmy ją gdzieś w okolicach Raciborza, do centrum którego też po chwili dojechaliśmy.
Z Raciborza to już była krótka piłka do Rybnika. Na tym odcinku wreszcie poprowadziłem ja :P. Ten odcinek mogę więc opisać z dokładnością do jednego metra :P.
W Rybniku odprowadziłem Mariana na drogę do Gliwic, gdzie się też pożegnaliśmy. Marian ruszył do domu, a ja odstawiłem Suzi do garażu.
Dzielnie się spisała moja czarna bestia. Na ostatnim odcinku spaliła dużo poniżej 4l/100km :). Zaś na liczniku pokazało się 565km. Jak na jeden dzień – całkiem przyzwoicie… Mój nowy rekord… 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.