W początkach lipca 2004 na 4um motocyklistów pojawił się wątek dotyczący przejażdżki na Górę Żar. Osobiście wątpiłem, czy uda mi się zabrać, gdyż z kasą jak zwykle nie było za ciekawie, a poza tym od 9 lipca zacząłem pracę, przez co wolne miałem tylko niedziele…
Śledziłem jednak bacznie temat i okazało się, że ekipa ustaliła się właśnie na niedzielę 11 lipca. Co więcej, miałem pełny bak, więc dlaczego by nie pojechać?
Umówiłem się z kolegą Draco Fisherem, że razem sobie śmigniemy na umówione miejsce spotkania, tj. na stację benzynową w Tychach.
Jak zaplanowaliśmy, tak się stało. Bodaj o 10:00 rano wystartowaliśmy z Rybnika i nadzwyczaj szybko trasą przez Orzesze i Mikołów dotarliśmy na stację.
Na miejscu powoli zaczęła zbierać się reszta ekipy. Z ludzi, których już znałem, przybyli MarianKa, Zombas, Sarenka i W-Max. Ale w sumie to było kilkanaście motocykli i szczerze mówiąc byłem troszkę przerażony, ponieważ dominowały plastiki i golasy… Zostałem jedynym człekiem na dwusuwowym demoludzie… Masakra :D.

Na stacji w Tychach.

Gdy ekipa się zebrała pomknęliśmy już bezpośrednio na Górę Żar przez Oświęcim i Kęty. Na szczęście ludziki nie gnietli za bardzo, więc utrzymać się w peletonie nie miałem większych kłopotów.
Sam podjazd na Górę Żar też był czymś świetnym, dawał namiastkę górskiej jazdy po patelniach i ostrych winklach. Niestety ja troszkę ten smaczek miałem zepsuty, gdyż pod siedzeniem miałem zaledwie 21 kucyków, a podjazdy miejscami były dosyć strome… 😉
Mimo wszystko dosyć szybko dojechaliśmy na parking przy samym szczycie, gdzie już zostawiliśmy sprzęty. Dalej trzeba było iść z buta :D.

Gdzieś tam stoi moja MZta…

Na szczycie – po prostu piękne widoki! Coś niesamowitego :). Aż miło było rozwalić się na polance – co też wszyscy uczynili – i po prostu podziwiać okolicę…

Gdy tak sobie leżeliśmy i gaworzyliśmy na tej polance, niestety nagle zaczął padać deszcz. Wszyscy pochowaliśmy się pod zadaszenia i jakoś deszcz przeczekaliśmy, który na szczęście okazał się przelotny. Już po pół godzinie znowu ukazało się słońce i można było myśleć o dalszej jeździe na moto :D.
Ponieważ w ekipie dominował nastrój niedosytu wrażeń, postanowiliśmy gdzieś jeszcze się karnąć. Początkowo padło na Żywiec, by tam coś przekąsić…
Zjazd z Góry Żar był (podobnie do wjazdu) świetnym doświadczeniem. Ale w przeciwieństwie do wjazdu, przy jeździe na dół niedobory mocy rekompensowała grawitacja :). Naprawdę ciekawie jechało się po tych zakrętasach w tak licznej kolumnie :).
Do Żywca dotarliśmy szybko, bo to w końcu rzut beretem. Zatrzymaliśmy się w knajpce, gdzie każdy sobie coś zamówił do picia bądź na pokrzepienie buntującego się żołądka.
Podczas konsumpcji nagle padła myśl: jedziemy do PGRa!
Pomysł niegłupi, gdyż Węgierska Górka, w której mieszka, była o następny rzut beretem od Żywca :).
Niewiele myśląc wsiedliśmy na maszyny i pognaliśmy na miejsce. Znowu zatrzymaliśmy się koło restauracji, by tam dojeść, a wydelegowana ekipa (w skład której wchodziłem ja) miała podjechać pod dom PGRa.
Oczywiście ten ostatni spierniczył sprawę, gdyż sam wpadł na nas jadąc z naprzeciwka ;).
No to teraz nasz skład się powiększył o miejscowego autochtona, który dobrze znał okolice. Dało nam to ciekawą perspektywę dalszej przejażdżki :).
Kiedy skończyliśmy użerać się w restauracji z pizzami (hehe, ostatnie dwie nie dotarły mimo dwóch godzin oczekiwania) wsiedliśmy na maszyny i puściliśmy PGRa przodem. Ten tylko zapytał mnie ile wycisnę z Etki 😀 i pojechał…
Oj, tym razem utrzymać się w grupie nie było łatwo… Powiedziałem bowiem, że spokojnie stówką lecieć ekipa może, ale nie wziąłem pod uwagę, że będziemy jechać ostro pod górę! PGR poprowadził bowiem w górskie trasy w kierunku Istebnej…
Nie ma to tamto – trzeba było jechać :). Wycisnąłem z Etki wszystkie soki i nawet dała radę :).
Po drodze do Istebnej zatrzymaliśmy się na chwilę w pod Kocim Zamkiem. Wszyscy zaparkowali maszyny u podnóża fajowego wzniesienia, na które prowadziła wydeptana, dość stroma dróżka. Niewiele myśląc zapiąłem jedynkę i zacząłem się wspinać tam na moto :). A co będę butem łaził :P.
I zupełnie jak podczas Zlotu w Rzykach wydrapałem się na sam szczyt :). Jako jedyny :D.
Reszta załogi wdrapała się tam na nogach. Wśród ludków był też poprzedni właściciel mojej MZty (wspomniany wcześniej Zombas), który zrobił sobie z nią na szczycie fotkę :). Oto ona:

Na tym szczycie byliśmy tylko chwilkę. Każdy napatrzył się i nasycił pięknym krajobrazem, po czym wszyscy zeszli na dół a ja skulałem się bez uruchamiania silnika na motocyklu. Nie minęło pięć minut i już wszyscy znowu usadowili się w siodłach swych maszyn. I dalej w długą po górskich asfaltówkach!!
No, teraz już było szybko, bo cały czas praktycznie w dół. Z górki niedobór mocy nie był już tak odczuwalny. Teraz liczyły się umiejętności i możliwości składania maszyn w zakręty :). A tego MZcie nawet nie brakuje, więc utrzymywaliśmy się razem z Zombasem na 3 i 4 pozycji. Miejscowi autochtoni – PGR z bratem – oczywiście pognali przodem, znając okolicę najlepiej. Ale nie dawaliśmy z Zombasem za wygraną i goniliśmy ich ile fabryka dała :).
Przejechaliśmy przez Istebną i zjechaliśmy prosto do Wisły. Tam dokonaliśmy niemal zawrotu o 180 stopni i pognaliśmy dalej górską trasą ku Szczyrkowi.
Za Szczyrkiem niestety już się rozdzieliliśmy. PGR pojechał do swojej Dziurki :P, a my skierowaliśmy się na Bielsko, gdyż robiło się późno i chłodno.
W Bielsku zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę, by poczekać na Draco Fishera, który jadąc na Intruderze miał spore kłopoty na górskich winklach. Cóż, choppery jednak zbyt wysokiego zawieszenia nie mają i podnóżki szybko o tym informują w przechyłach…
Kiedy Draco dojechał skierowaliśmy się ku Pszczynie. Po drodze Zombas ze swoją ekipą gdzieś się nam zgubił – pognał na światłach na Kraków zamiast na Katowice. A ja z kolei w okolicach Pszczyny zamiast na Rybnik pojechałem z W-Maxem na Tychy ;). Szybko zawróciłem jednak i już we trójkę (Draco, Marian i ja) pomknęliśmy do Rybnika. Na miejscu i ta ostatnia mała grupka się rozpadła – Marian skierował się do Gliwic, a my z Draco do swoich domów.

Generalnie było fantastycznie. Motocykl spisał się świetnie. Przejechałem równo 300 km i mimo, że zmarzłem pod koniec, wspominam te chwile bardzo miło :). To było coś…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.