Rumunia 2015 (5) | |
Menu: Strona główna Nowości Motocykle Wyjazdy Warsztat Galeria Autor |
<= Poprzedni | 0 | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 |
Dzień 5 - 3 lipca 2015 r. No i nastał pierwszy dzień odwrotu do Polski. Zaliczyliśmy wszystkie trzy wyznaczone sobie cele wyprawy, był piątek, a niedzielę chcieliśmy mieć na odpoczynek w Rybniku. Rozbicie powrotu na dwa spokojne dni oznaczało, że trzeba było już tego dnia powoli kierować się ku Polsce. ![]() ![]() ![]() ![]() Ale dla kontrastu niestety też spory odcinek trasy przed Borsą miał fatalny asfalt i jechało się bardzo mozolnie. Dziura na dziurze, co zmuszało do jazdy z prędkościami 50-60km/h i częste hamowanie niemal do zera... Pojawiające się tablice z informacją o długości odcinka ze zniszczoną nawierzchnią (Drum in Lucru) powodowały tylko frustrację, gdyż po przejechaniu oznakowanego odcinka np. 8km dziur, zamiast zbawiennego gładkiego asfaltu, pojawiała się nowa tablica o dziurach na odcinku następnych 12km... Mieliśmy zatem sporo czasu na podziwianie widoczków - droga 1B wiedzie przez góry, więc przynajmniej okoliczności natury były przyjemne ;). Zrobiliśmy sobie zresztą tam postój przy ławeczce na kawę i krótki odpoczynek. ![]() Za Borsą, którą pewnie warto odwiedzić, bo otoczona jest górami i licznymi atrakcjami turystycznymi, zaczęliśmy zbliżać się do granicy z Ukrainą i nawet przez jakiś czas, jadąc krajową 19-tką, łapaliśmy zasięg ukraińskiej sieci komórkowej. Tam też zaczęliśmy rozglądać się za fajnym miejscem, aby zjeść ciepły posiłek i jak na złość nic ciekawego nie potrafiliśmy znaleźć. Ja chciałem naturalnie rozłożyć się nad jakąś rzeką, aby było miło, ale po dłuższej jeździe i bezskutecznych poszukiwaniach, zatrzymaliśmy się w końcu przy drodze, przy betonowych ławeczkach. Ileż można szukać, jak człowiek głodny? Oj, słońce dowaliło na tym postoju tak do pieca, że ciężko było wysiedzieć. Cienia zero i przy tej lampie, w motocyklowych ciuchach, gotowaliśmy obiad i siebie od środka. Spoceni byliśmy jak cholera... ![]() ![]() ![]() Przez nudne i ciągle upalne Węgry jechaliśmy więc najpierw drogami nr 49 i 41 w stronę miasta Nyiregyhaza, a potem nr 38 w stronę Miszkolca. Dosyć dla mnie niespodziewanie ok. 18:00 minęliśmy tablicę wjazdową do Tokaju. Jakoś nie zwróciłem wcześniej uwagi na mapie, że nasza trasa biegnie dokładnie przez to powszechnie znane miejsce. Pojawiało się co prawda na tablicach, ale myślałem, że je jakoś ominiemy. ![]() Wiedzieliśmy, że przyjedziemy późno w nocy. Pogoda nam jednak sprzyjała, nie czuliśmy się jeszcze bardzo zmęczeni, więc... Czemu nie? W swoim łóżku śpi się najlepiej... Pogrzaliśmy więc dalej - za Tokajem, droga nr 37 doprowadziła nas do Miszkolca, skąd wyjechaliśmy na trasę nr 26 w stronę przejścia granicznego w Kral. Gdy osiągnęliśmy granicę ze Słowacją, już zwolna zapadał zmierzch. ![]() ![]() Za Bańską Bystrzycą wjechaliśmy na drogę nr 14 w stronę Martin i... okazało się, że jest to przełęcz przez góry! Ruch znikomy, a my wspnaliśmy się szerokimi serpentynami pod górę, mając z lewej strony wysoką, miejscami pionową ścianę skalną. Oj, było to niesamowite i niespodziewane! Jazda w głębokich złożeniach, przerzucanie obładowanego bagażami motocykla z lewa na prawo w ciemnościach, które oświetlała jedynie lampa CBFy, na długo pozostanie w mojej pamięci. Coś niesamowitego! Zakrętasy doprowadziły nas do drogi tranzytowej nr 65, któr ą dojechaliśmy do Martin. Tam trochę pobłądziliśmy próbując wydostać się na Żylinę i Cieszyn, więc musieliśmy wspomagać się komórkowym GPSem. Za Żyliną już było łatwiej - zapieliśmy krajową jedenastkę, która jak po sznurku doprowadziła nas przez Cadcę do Cieszyna. Na tym odcinku trafił nam się na trasie szalony lider - półcieżarówka na polskich blachach. Kierowca poganiał, jakby go pszczoła w tyłek użarła. Wyprzedzał wszystko w iście motocyklowym stylu. Wcześniej, będąc nieco zmęczony i biorąc poprawkę na ciemności, lecieliśmy sobie 100-110km/h, ale gdy się pod niego podpieliśmy, to prędkości wzrosły do 120-130km/h :). Nasz postęp w powrocie do domu znacznie przyspieszył i w razie czego mieliśmy sponsora - jego pierwszego by misie z suszarką namierzyły. Jechaliśmy za nim dobre paredziesiąt kilometrów, nim zgubił nam się przed Cieszynem. Ale tutaj już nam nie był potrzebny - od Cieszyna po polskiej stronie mieliśmy ekspresową S1 do Skoczowa i potem dwupasmówkę do Żor. Noc była już głęboka, Monika wymarzła jak cholera, ale ostatecznie szczęśliwie dojechaliśmy do Rybnika około godziny 1:30. ![]() ![]() Pokonana trasa. Wyjazd jak najbardziej nam się udał. Motocykl, mimo naprawdę największego w swoim życiu obciążenia, dał radę - nic się nie popsuło. Nawet spalanie mnie nie zabiło - średnio CBFa zadowalała się w trasie nieco ponad 5l/100km. Podczas wyprawy mieliśmy przekrój niemal wszystkich możliwych warunków pogodowych - od upałów po ulewne deszcze. Pod tym względem mogło być zdecydowanie lepiej... Monika z wyjazdu przywiozła niedosyt i chęć odwiedzenia tego kraju raz jeszcze. Ja również żałowałem, że nie udał nam się nocleg w namiocie nad rzeczką, oraz że po raz drugi nie było mi dane pokonać Szosy Transfogaraskiej po suchym. Mamy więc po co kolejny raz do Rumunii wrócić :). Napięty grafik wyjazdu spowodował, że nie brakło napięć między mną a Moniką. W tak krótkim czasie trudno było pogodzić zachcianki każdego z nas z osobna ;). Do naszych błędów należy więc zaliczyć: - zbyt późne szukanie noclegów, co nie pozwoliło nam na odbycie większej ilości spacerów i penetrowania Rumunii spoza siodełka motocykla, - nie spróbowaliśmy żadnego lokalnego jedzenia, - brak przygotowania listy ciekawych do odwiedzenia miejsc. Ale, co się odwlecze... Może za rok, może za dwa. Z całą pewnością jest w Rumunii jescze co oglądać, a miejsca, które widzieliśmy, zawsze chętnie odwiedzę po raz kolejny :). O dziwo wyprawa okazała się bardzo niedroga. Zamknęliśmy się w budżecie ok. 1300zł, wliczając w to oczywiście paliwo do motocykla. Benzyna była zresztą lwią częścią kosztów. Kosz trzech płatnych noclegów nie przekroczył 250zł, paliwo to ok. 900zł. Reszta to drobne zakupy produktów spożywczych, jak piwo, pieczywo i konserwy zakupione przed wyjazdem. Myślę, że przy większym nastawieniu na dzikie noclegi, możnaby koszty jeszcze ograniczyć. Także, nic mi nie pozostaje, tylko polecić po raz kolejny wszystkim odwiedzenie Rumunii. Jest to istny, żywy skansen Europy. I niestety obawiam się, że szybko w tej formie przestanie istnieć. Postęp - bez dwóch zdań - wkroczy do Rumunii na przestrzeni najbliższych lat i zatrze to, co w tym kraju najpiękniejsze. <= Poprzedni | 0 | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | Góra strony |
Copyright (c) by zbyhu |