.: Moje przygody z motocyklami :.

Kameralne Bieszczady

Wprowadzenie

Ostatnimi laty forum Hoonda trochę oklapło. Najbardziej chyba w kwestii zlotów. Zawsze ta sama historia, ten sam powód – brak organizatora…
W tym roku na początku marca Raphi zapodał prowokacyjny wątek z pytaniem, czy zgodnie z tradycją zlotu wiosennego nie będzie. I faktycznie przez jakieś 3 tygodnie ludzie się przekomarzali, zrzucając jeden na drugiego ciężar organizacji imprezy i oczywiście nic z tego nie wynikło. W międzyczasie świat opanowała pandemia koronawirusa, więc wątek z przyczyn naturalnych sobie umarł – w tych okolicznościach zlot nie mógł się odbyć.
Przyszedł maj, wraz z nim zluzowanie reżimów pandemii i odblokowanie branży turystycznej. Było trochę późno na wiosenny zlot, ale postanowiłem spróbować na szybko temat ożywić. Mój zapał do wykonania spontanicznego wyjazdu „bylegdzie” spotkał się ze znikomym zainteresowaniem – zgłosiło się zaledwie kilka osób. Ale też dla kilku osób łatwiej o kwaterę, więc z Nazarejskim (który się zgłosił) kuliśmy żelazo – uznaliśmy, że najwyżej będzie kameralnie.
Termin ustaliliśmy na 5-7 czerwca. Lokalizacja – Bieszczady wygrały jednym głosem z Kotliną Kłodzką. Uczestników zgłosiło się 5 (słownie: pięciu). Nazarejski ogarnął domek na 5-6 osób w wiosce Hoczew, więc pozostało nam już tylko czekać na datę wyjazdu i modlić się o dobrą pogodę.
Nim nadszedł 5 czerwca z listy uczestników zlotu wypadł Raphi, Rupert i Buczekpan (tj. 60% załogi :D), ale w ich miejsce pojawił się Menel, Konjo i… moja żona :). Monika do ostatniego dnia nie była pewna, czy ze mną pojedzie i do ostatniej chwili, czy na plecach, czy własnym motocyklem. Ostatecznie odważyła się spróbować swoich sił.
Tak się śmiesznie złożyło, że w Bieszczadach byłem dokładnie dekadę wcześniej – pod koniec maja 2010 r. Czekało mnie zatem odświeżenie wspomnień sprzed dziesięciu lat :).

Piątek, 5 czerwca 2020 r.

Ten dzień był dla mnie i Moniki normalnym dniem w pracy. Udało mi się tylko załatwić wcześniejsze wyjście do domu – o 13:00.
Od rana lało. Do chaty wracałem w ulewie. Trasa w Bieszczady zapowiadała się więc mało przyjemnie.
Monika urwała się z roboty o 14:00 i ok. 14:15 przyjechała do Gotartowic. Szybkie pakowanie, przebranie w motocyklowe rzeczy, wrzucenie gratów na motocykle i ok. 15:00 mogliśmy ruszać. Na starcie na liczniku CBFy miałem 179858km.

Uzupełniliśmy paliwo w CB500 i we względnej pogodzie ruszyliśmy. Nisko zawieszone chmury pokrywały całe niebo, drogi były mokre, więc jechaliśmy w przeciwdeszczówkach. Ale na szczęście nie padało.
Autostradą A1 dojechaliśmy do A4 i tą mieliśmy zajechać aż pod Dębicę. Na wysokości wjazdu do Katowic zastał nas potężny korek, sięgający węzła Murckowska. Remont drogi i zwężka wszystkich pasów i zjazdów do jednej nitki to naprawdę rzeźnicka mieszanka z godziną 16:00 w piątek. Ale jakoś udało nam się przebić przez te utrudnienie – gdybyśmy pojechali jednym motocyklem z kuframi bocznymi, to pewnie byśmy jeszcze dziś stali w tym bałaganie.
Dojazd do punktu poboru opłat odbył się w gęstym ruchu. Na bramkach na szczęście obyło się bez korka. Za bramkami ruch umiarkowany, ale dosyć szybko zaczęło lać. I deszcz trzymał nas aż pod Kraków. Mimo przeciwdeszczówki Monice przemokły buty i rękawice. Ale jechała dzielnie dalej.
Na obwodnicy Krakowa ruch był bardzo gęsty – jechaliśmy 60-90km/h. Ale im dalej na wschód, tym robiło się luźniej. I dobrze, bo koniecznie chciałem zrobić sobie zdjęcie, gdy na licznik CBFy wejdzie 180kkm. Udało się to zrobić bezpiecznie na pasie awaryjnym w okolicy zjazdu na Wieliczkę.

Za Krakowem pogoda się poprawiła, więc przed Bochnią zatrzymaliśmy się o 17:00 na stacji, aby nieco rozprostować kości. Patrząc na chmury i prognozę zaryzykowałem i zdjąłem z siebie przeciwdeszczówkę. Było mi w niej za ciepło i niewygodnie. Monika nie zdecydowała się na ten krok.

Pognaliśmy dalej. Ruch się zmniejszył, więc pędziliśmy na ile Monikowa Cebula pozwalała – 140-150km/h. Jak na 26-cio letni sprzęt to już i tak niezła prędkość.
Z autostrady zjechaliśmy w okolicy Dębicy i dalszą trasę zawierzyliśmy mapom gugla. Te poprowadziły nas drogami wojewódzkimi nr 986, 988 i 886 pod Sanok. Po drodze jeszcze uzupełniliśmy paliwo w miejscowości Lutcza, mając ponad 300km w kołach. Była już prawie 19:00.

Cała trasa od autostrady biegła już mocno pagórkowatym terenem i była dosyć kręta. Monika miała co robić, ale jechało jej się dobrze. Pogoda sprzyjała – asfalt był na tym odcinku zupełnie suchy.
Do Hoczewa, do naszego ośrodka, dotarliśmy równo o 20:00, zahaczając jeszcze o Biedronkę, w której wyposażyliśmy się w piwko na wieczór. Przejechaliśmy 381km w 5h. Monika spisała się na medal.
W ośrodku już urzędowali Nazarejski i Menel. Także swoim przyjazdem zwiększyliśmy pogłowie zlotu o 100% ;). Podczas rozpakowywania się i lokowania w pokoju, przyjechał też Konjo – tym samym byliśmy w komplecie.

Na przydzielonym nam terenie wokół domku nie mieliśmy paleniska. Te było jedno na cały ośrodek i już zajęli je inni goście. Musieliśmy więc zadowolić się grillem. Ale dobre i to – grilla mieliśmy tylko dla siebie :).

No i cóż, kiełbaski zaskwierczały, zimne piwo się polało i tak gawędząc wesoło siedzieliśmy przy ławie pod gołym niebem.

Późnym wieczorem zaczęło lekko sobie padać, więc schroniliśmy się na zadaszonym „tarasie” domku i bawiliśmy się w najlepsze dalej. To już taka tradycja – niemal na każdym naszym zlocie musi coś popadać.

Było kameralnie, ale bardzo miło. Brakowało mi tego klimatu. W 2019 r. nie zaliczyłem ani jednego zlotu…
Ponieważ zaplanowaliśmy sobie dosyć ambitne jeżdżenie na następny dzień, jak na komendę wszyscy poszliśmy spać w okolicach północy.

Sobota, 6 czerwca 2020 r.

Obudziłem się po 6:00. Kulałem się jeszcze do ok. 7:20. Przez okno zaglądało nam do pokoju słoneczko i bezchmurne niebo (no, prawie :P).

Do 8:00 wszyscy już byliśmy na nogach. Do 9:00 zdążyliśmy odbyć toaletę poranną i skonsumować pokaźne śniadanie – mogliśmy więc zacząć myśleć o śmiganiu. Uzgodniliśmy, że przewodnikiem dzisiejszej wycieczki będzie Nazarejski, który od ponad 20 lat rok w rok odwiedza Bieszczady, więc zna je jak własną kieszeń. Planem ogólnym było trzymać się dobrych asfaltów i trzymać z daleka komercyjnych atrakcji ;).
Monika długo zastanawiała się, czy jechać ze mną na plecaku, czy swoim motocyklem. Miała wątpliwości, czy da radę i czy nie będzie dla pozostałych zbyt wolna. Ale gdy chłopaki zapewnili, że tempo jazdy nie będzie żadnym problemem dla nikogo, wsiadła na CB500 :).
Z ośrodka wyjechaliśmy o 9:30. Z Hoczewa pojechaliśmy do Leska, potem do Tarnawy Górnej i z niej puściliśmy się po krętej DW892 w stronę Komańczy.
Początkowo jechałem zaraz za Nazarejskim, za mną Monika, a za nią Konjo i Menel. Nazarejski jednak narzucił tak dynamiczne tempo, że aby nie zgubić Moniki, nie mogłem się za nim trzymać. Nazar szybko zaczął nam uciekać, toteż chłopaki z tyłu się zniecierpliwili i nas wyprzedzili. Zostaliśmy z Moniką z tyłu i jechaliśmy swoim tempem. A to tempo wcale nie było takie wolne – na prostych lecieliśmy nieco szybciej, niż sam w zgodzie ze sobą bym jechał, a zakręty brałem spokojnie, obserwując w lusterku jak radzi sobie Monika. A radziła sobie nadzwyczaj dobrze. To, że byliśmy z tyłu, wynikało z doborowej konkurencji, z którą przyszło Monice się mierzyć – chłopaki mają wieloletnie doświadczenie i dziesiątki tysięcy kilometrów w kołach…
W Komańczy skręciliśmy na DW897 i zatrzymaliśmy się na stacji paliw.

Tam Monika miała chwilę zwątpienia i rozważała przesiadkę na moje plecy – po jej sprzęta mogliśmy wrócić po zakończeniu rajzy. Ale ostatecznie chłopaki przekonali ją, aby jechała dalej sama. Ustaliliśmy, że ja z Monią będę jechał z tyłu, a Nazar przy każdej zmianie kierunku jazdy na nas poczeka, abyśmy się nie zgubili. I tak się to odbywało i wszystko szło klawo. Nasza trasa przebiegła przez Tylawę i Krempną, aż pod granicę ze Słowacją w Ożennej, gdzie dojechaliśmy po DW992. Było szybko, kręto i pięknie. Temperatura w zakresie 20-25 stopni bardzo sprzyjała jeździe. Jedynie wiatr trochę sobie używał i momentami przeszkadzał. Okoliczności flory i fauny jednak wszystko rekompensowały.
Pod Ożenną zrobiliśmy sobie dłuższy postój na odpoczynek i ustalenie dalszego przebiegu wycieczki.

Była dopiero 11:10, więc czasu mieliśmy w bród.

No i cóż. Uznaliśmy, że dotychczasowa trasa była na tyle dobra asfaltowo i widokowo, że zrobiliśmy ją po swoich śladach w odwrotnym kierunku – aż po stację paliw w Komańczy, z małym postojem dla aparatów w jednym miejscu z ładnym krajobrazem (jak się okazuje, ma to w guglach swoją nazwę – „panorama na rozdrożu”).

Z każdym kilometrem Monika jechała coraz pewniej i z czasem chłopaki przestali nam tak bardzo uciekać, a potem nawet wróciliśmy do układu, w którym Konjo i Menel jechali z tyłu.
Na stacji w Komańczy wylądowaliśmy o 13:00. Przetrąciliśmy jakieś śmieciowe jedzenie na podtrzymanie sił i ustaliliśmy dalszą trasę. Ambitnie – następny odcinek, zawierający fragment dużej pętli bieszczadzkiej, miał zamknąć się dystansem 180km. Monika znowu dosyć długo rozważała porzucenie Cebuli na stacji, gdyż obawiała się, że opadnie z sił. Ale kolejny raz udało się ją przekonać, że w każdej chwili możemy się oderwać i wrócić do ośrodka we własnym zakresie. Nazarejski potwierdził, że wykonywana pętla będzie dawała możliwość powrotu do ośrodka w dowolnym momencie i ten powrót nie powinien być dłuższy niż 50km.

Z Komańczy wystartowaliśmy w stronę Cisnej po DW897, a z Cisnej pognaliśmy dalej do Brzegów Górnych. Tam odbiliśmy na drogę niższej kategorii w stronę Dwernik, która zaprowadziła nas do DW896. No i trzeba było wreszcie zatankować – zrobiliśmy z Moniką już grubo ponad 300km na zbiornikach. Stację zaliczyliśmy ok. 14:45 w wiosce Smolnik, pod ukraińską granicą. Spalanie w mojej CBF wyszło na poziomie 4,8l/100km, a u Moniki 3,9l/100km. Hondy są jak wino ;).
Ale łyżka dziegciu – w CB500 wyrzygały się lagi. Ledwo co w zeszłym roku wymieniałem uszczelniacze i już puściły. Aby nie zalało tarczy hamulcowej zrzuciłem na szybko osłony przeciwkurzowe i powycierałem wszystko pod nimi do sucha.

Po tym odpoczynku i drobnym serwisie Monika chciała jechać dalej, więc zostaliśmy z ekipą i po DW896 zajechaliśmy do Ustrzyk Dolnych. Tam krótki odcinek po DK84 doprowadził nas do DW890, którą z kolei dojechaliśmy do Kuźminy. Na tym etapie byłem już zmęczony i jechałem dosyć mechanicznie, mało rozglądając się po okolicy. Ta zresztą nie zmieniała się znacząco. Ciągle wioski, górki, lasy, zieleń wokół. Monika też już zgłaszała zmęczenie (mieliśmy interkomy w kaskach), ale po ilości przejechanych kilometrów wnioskowaliśmy, że już do końca wycieczki damy radę.
W Kuźminie wjechaliśmy na DK28. To tam na odcinku od Tyrawy Wołoskiej do wioski Załuż są piękne serpentyny, niczym nie ustępujące serpentynom alpejskim. Mają nawet nazwę – jest to przełęcz Przysłup. Genialne, szerokie i z dobrą nawierzchnią agrafki.

I oponka z tyłu zamknięta :).
Ale wisienką na torcie wycieczki okazało się jednak to, co chłopaki nazywali przez cały dzień „szybowiskiem”. Z Bezmiechowej Górnej puściliśmy się wąskim asfaltem w stronę Akademickiego Ośrodka Szybowcowego. Już sam dojazd do niego był genialny, a na szczycie zastały nas przepiękne widoki i cudny relaks.

Po całym dniu w huczącym od pędu powietrza kasku, cisza na „szybowisku” ujmowała w dwójnasób. Wyłożenie się na trawie, czy bujanie na huśtawce z widokiem na zielony krajobraz wyciszało i wzmacniało poczucie dobrze spędzonego czasu. Naprawdę miłe chwile!

Szybowisko opuściliśmy ok. 16:40 i wróciliśmy do Hoczewa. Jeszcze małe zakupy w sklepie i mogliśmy udać się na zasłużony odpoczynek przy kiełbasie i piwie. Przejechaliśmy 390km. Monika uradziła – był to już w tamtej chwili najbardziej intensywny wyjazd motocyklowy w jej życiu (jako kierowca), a czekał na nią jeszcze powrót do domu.

I cóż tu dużo mówić. Wieczór upłynął nam na gawędach, dzieleniu się wrażeniami z dnia, sączeniu piwka i szamaniu kiełbasek z grilla. Zlot wyszedł nam kameralnie, ale genialnie!

Niedziela, 7 czerwca 2020 r.

Wstaliśmy o 7:00 rano. Monika chciała być w godzinach około-obiadowych w domu, więc trzeba było w miarę sprawnie się zebrać w drogę powrotną do Rybnika.

Toaleta poranna, śniadanko, pakowanie. Chłopaki chcieli jeszcze pokręcić się po okolicy i zajechać na kebab w Nowej Dębie, co należy do tradycji Nazarejskiego. Powiada, że wszystkie drogi prowadzą na kebab w Nowej Dębie ;).
Przyszło nam się zatem rozdzielić. Podziękowaliśmy chłopakom za mile spędzony czas, pożegnaliśmy się i o 8:45 opuściliśmy ośrodek.
Od piątku Monika mówiła, że chciałaby pojechać nad Solinę. Nie udało nam się to w sobotę, więc zdecydowaliśmy się spróbować zrobić to z rana. Dzieliło nas od zapory kilkanaście kilometrów.
Nad Jezioro Solińskie dojechaliśmy ok. 9:00. Tam oczywiście wszystkie parkingi były płatne. Nie chciało nam się wyskakiwać z waluty dla jednego zdjęcia, więc zajechaliśmy nieco wyżej i zaparkowaliśmy motocykle przy drodze. Przez las zeszliśmy nad taflę wody, ale niestety z miejsca, do którego doszliśmy, zapory widać nie było.

Wróciliśmy więc do motocykli i zjechaliśmy na dół, by poniżej zapory z pierwszego lepszego parkingu cyknąć fotkę pamiątkową – Monice do szczęścia nie był potrzebny spacer po samej zaporze.

Odhaczywszy ten punkt planu, wbiłem w guglach trasę do domu i pojechaliśmy tak, jak nam to zaplanowały. I w zasadzie trasa była taka sama, jak w piątek. Czyli „kozimi dupami” zajechaliśmy pod Dębicę, gdzie zapięliśmy autostradę A4 na Kraków. Chciałem wcześniej zatankować, ale niestety nie trafiła się żadna stacja. Uzupełnić paliwo udało nam się dopiero na wysokości Tarnowa – wcześniej na autostradzie nie było ani jednego MOP-a.
Przy okazji tankowania wykonaliśmy sobie kawę. Było południe i zrobiło się upalnie. Prognozy pogody zapowiadały mały Armageddon w rejonach Rybnika od godziny 15:00, co panująca duchota i temperatury dochodzące momentami do 30 stopni również zwiastowały.

Puściliśmy się więc w dalszą trasę bez ociągania i trzymaliśmy przelotową 140km/h. Ruch był znikomy – tym razem bez ekstrawagancji osiągnęliśmy Kraków. Opłaciliśmy przejazd i za Chrzanowem ok. 13:20 zrobiliśmy kolejny postój dla rozprostowania kości i uzupełnienia płynów ustrojowych.

W dalszej trasie im bliżej Katowic byliśmy, tym bardziej zbliżaliśmy się do rozbudowującego się frontu burzowego. Ale jakoś tak szczęśliwie zaczął przesuwać się on na lewo i aż pod Gliwice nam nie zagrażał. Dopiero wpadając na autostradę A1 skręciliśmy dokładnie w oko cyklonu… Nitka autostrady wiła się to w prawo, to w lewo, więc raz celowaliśmy prosto w burą, granatową chmurę, by za chwilę celować w nieco czystsze niebo. Jechaliśmy dokładnie na pograniczu nawałnicy i za Knurowem trochę nas ta krawędź postanowiła pomoczyć. Czułem już dom, więc nie chciałem się zatrzymywać, aby zakładać kombinezony przeciwdeszczowe. Monika czuła podobnie – bez protestów jechała za mną. Deszcz nas trochę pokąsał, ale nie jakoś znacząco. Na naszym zjeździe z autostrady już w zasadzie nie padało, a w Gotartowicach i asfalt był suchy. Pod dom dojechaliśmy szczęśliwie o 14:15. Powrót zamknął się dystansem 425km, a przez cały wyjazd nakręciliśmy 1196km.

Podsumowując?

Było mega przyjemnie. Okazuje się, że nie trzeba tłumów, aby dobrze się bawić na zlocie. I choć fajnie byłoby zobaczyć więcej znanych twarzy, które okazję mam oglądać tylko w ramach forumowych zlotów, to wyjazd uważam za bardzo udany. Może następnym razem, na jesień, frekwencja będzie większa. We wrześniu wypada okrągła rocznica – dziesięć lat od założenia forum CBF, które przekształciło się w forum Hoonda. Trzeba będzie odpowiednio ten jubileusz uczcić.
Co do Moniki? Bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Myślałem, że będzie jej trudniej wytrzymać kondycyjnie tak intensywne trzy dni. A tu taka miła niespodzianka. Nie tylko uradziła. Ba! Dotrzymywała kroku konkretnym wyjadaczom z wieloletnim doświadczeniem. Szkoda, że tak rzadko ma okazję pojeździć, bo ma do tego wrodzony talent…
No to cóż, do jesieni! 🙂