Wprowadzenie.

Tak się dziwnie poskładało, że stałem się współzałożycielem forum miłośników motocykli CBF.
Potem tak się już naturalnie poskładało, że poszerzająca się dosyć szybko na forum ekipa właścicieli CBFek postanowiła się poznać osobiście. I w ten sposób narodziła się idea zorganizowania zlotu, który po długich debatach i głosowaniach umieszczony został w czasoprzestrzeni o współrzędnych: długi weekend majowy, Polanica Zdrój.
No i tyle. Imprezę czas zacząć :).

Sobota 30.04.2011 r.

Ponieważ ekipa zjeżdżała się z całej Polski, ciężko było zmontować jedną wspólną kolumnę. Poumawialiśmy się więc tylko gdzieś na trasie na stacjach benzynowych w luźnych ramach czasowych, a resztę miało zweryfikować życie.
Ponieważ chęć wyjazdu na zlota zadeklarowała Roksana, a ludzie z forum przełknęli 😉 fakt, że jeździ na Suzi GS500, ugadałem się więc z nią, że pojedziemy na zlota wspólnie. Ponieważ jednak Roksana mieszka w Zawierciu, a ja w Rybolu, za punkt zborny obraliśmy stację BP w Gliwicach. A że Raphi (drugi współzałożyciel forum) miał ok. 12:30 przelatywać autostradą A4 koło Gliwic, więc z Roksaną uzgodniliśmy, że na BP spotkamy się o 12:15. Była szansa, że trafimy się z Raphim na trasie.
Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Z tym małym wyjątkiem, że gdy ja odpalałem silnik CBFy w Rybniku (na szafie było 66284km), to Roksi już do mnie dzwoniła, że jest na miejscu w Gliwicach ;). I to wcale nie jest tak, że ja się spóźniłem :P. To Roksi tak szybko jeździ ;).
Pojechałem zatem na Gliwice z nieco wyższą przelotową, niż planowałem i dotarłem na miejsce ok. 12:00. Na wszelki wypadek dmuchnąłem jeszcze w opony, bowiem ostatni raz robiłem to mniej więcej w czasach Insurekcji Kościuszkowskiej i po tym zabiegu można było jechać.
Tuż przed startem ze stacji zadzwonił do mnie Raphi z informacją, że ma obsuwę czasową na minimum kwadrans. A że z Roksi byliśmy już gotowi do jazdy i ugotowani na miękko od upału, zrezygnowaliśmy z czekania i postanowiliśmy jechać sami. Dowiedzieliśmy się natomiast, że większe spotkanie montowane jest na MOP-ie autostrady A4 na Górze św. Anny, toteż tam postanowiliśmy się zatrzymać i poczekać na połączenie sił.
No to ziiiuum! Zapięliśmy 120km/h, żeby nie maltretować GSa i spokojnie, w trybie ziewającym, poturlaliśmy się na Wrocław. I już o 12:45 byliśmy na ustalonym miejscu, gdzie zastaliśmy zaparkowaną pomarańczową CBFę. Kierownik sprzęta znalazł się po chwili i okazał się nim być kolega Trollsky z Gliwic. Tu chciałbym tylko nadmienić, że urzekł mnie bagaż zabrany przez w/w na zlota. Najłatwiej będzie przedstawić go w formie listy, aby zachować ład i kolejność zabranych przedmiotów:
Bagaż Trollskiego na trzydniowy zlot:

1. Polar.
2. Pajączek do przymocowania polara.

Uff :].
Trollsky zwierzył nam się, iż czekał na stacji już ponad godzinę. Wspominał też coś, że po wyjechaniu z Gliwic na autostradę zapomniał jak to się robi, by motocykl jechał wolniej niż 180km/h, więc zamiast dotrzeć na Górę św. Anny w pół godziny, jechał trzy i pół minuty :P.
W oczekiwaniu na innych, którzy mięli jeszcze dojechać, postanowiliśmy wszamać coś lekkiego. Zapodaliśmy więc sobie zapiekanki, które o dziwo nawet dobre były, a podczas szamania urozmaicaliśmy sobie czas gadką o różnych bzdurach. A gdy już pojedliśmy, akurat na parking wtoczyły się dwie kolejne CBFy – niebieska PeterSa i zgniło-zielona Raphiego ;).

No, to już jakoś wyglądało. Cztery litrowe CBFy, niby takie same, a każda jednak inna… I nie tylko o kolor mi chodzi. Każdy sprzęt miał bowiem inny i bardziej ekscytujący sposób ochrony od wiatru czy zabezpieczenia przed ew. glebą. O wydechach nie wspominając. Każdy miał też inne ślady „normalnej eksploatacji przez kobietę”, przez którą moto wylądowało w naszym pięknym kraju. No, może z wyjątkiem sprzęta Trollskiego, który od samego początku musiał męczyć się na polskich dziurach…
Kiedy już każdy z nas pomacał wszystkie sprzęty, postanowiliśmy pojechać dalej. Po konsultacjach z Roksi podnieśliśmy dozwoloną przelotową do 140km/h, a do prowadzenia kolumny zmolestowano mnie :].
No to heja i w drogę!
Po autostradzie jechaliśmy aż do zjazdu na Niemodlin, gdzie zapięliśmy DK46 i pomknęliśmy w stronę Nysy. Zatrzymaliśmy się jednak przy pierwszej stacji benzynowej, gdzie mieli dojechać kolejni zlotowicze.
Na stacji stała już jedna czarna litrowa CBFa, więc opadliśmy ją w koło i żywo „obgadaliśmy” wszystkie duperele, które miała do siebie przymocowane. A trochę tego było! 😉
Dopiero po paru minutach zmaterializował się kierownik CBFy z żoną – był to Gatorek spod Warszawy.
Jakiś kwadrans czekaliśmy jeszcze na potencjalnych innych zainteresowanych dotarciem na stację benzynową, ale że nie dojechali i nie odbierali telefonów, to postanowiliśmy jechać dalej.
I tu już prowadzenie grupy nie było takie proste ;). Trochę różnego złomu się po krajówce turlało, a nasza kolumienka składała się z sześciu maszyn. Trzeba było rozsądnie wyprzedzać i dobierać prędkość, żeby się ekipa nie rozlazła na kilku kilometrach oraz – z drugiej strony – żeby nikt mnie nie udusił za zbyt emerycką jazdę :].
I jakoś to szło. Nysa przeszła, potem Paczków i Złoty Stok. Dalej już trasa była dla mnie nowa, bo różniła się od tej standardowej, prowadzącej do Kletna, także w Kłodzku się zgubiłem i trzeba było się zatrzymać na konsultacje z mapą. Dodam tylko, że odcinek ze Złotego Stoku do Kłodzka był zajebiaszczy. Kręty i nowy asfalt :). Szkoda, że przeszkadzał nam tam przez połowę odcinka autobus dziarsko wspinający się na dwójce pod górkę… Ale podobno nie można mieć wszystkiego ;).
Podczas przymusowego postoju okazało się, że Gatorek ma zaprogramowanego na cel naszej podróży GPSa, toteż został zmolestowany, aby został prowadzącym na końcówkę wycieczki. Dzięki temu już bez błądzenia dotarliśmy bezpośrednio pod recepcję naszego zaklepanego ośrodka – był to MOSiR w Polanicy Zdrój. Była godzina 17:00, a na szafie wkręciło się 66511km. Czyli przejechałem tego dnia 227km.

Początek zlotu rozpoczął się od różnych negocjacji z właścicielem ośrodka. Gość był dosyć dziwny i trochę wystraszony. Dość powiedzieć, że na pytanie o możliwość zorganizowania ogniska, odparł, że „zaryzykuje” :). Podobnie zaryzykował zezwalając mnie i Roksanie na rozbicie namiotu między domkami, w których spali bardziej wygodni od nas zlotowicze. Nie chcieliśmy iść na pole namiotowe, bo było w zupełnie innej części ośrodka, a zależało nam, by być blisko naszej ekipy. Pan gospodarz bał się, że namiot rozbijemy między domkami, a potem w nocy nie będziemy uczciwe marzli, tylko poleziemy spać do któregoś domku… No, ale w końcu gość wykazał się odwagą kaskadera i wyraził niechętnie zgodę na naszą prośbę.

W międzyczasie do ośrodka pozjeżdżały się kolejne grupy z różnych stron Polski. Dojechał Mtr z ekipą, Pix na XX-sie z Bastim, Sarnaon, naczelny spamer naszego forum – Goramo ;), Kugi, Maniek, Iron, Motolukasz i pewnie inni, których już nie spamiętałem :). Widzieliśmy się wszyscy po raz pierwszy w życiu, koszulek z nickami żaden z nas nie miał, więc nie sposób było w dwa wieczory połączyć twarzy wszystkich zlotowiczów z imionami czy ksywkami…

Kiedy już mniej więcej byliśmy zorganizowani, powstał plan wyruszenia do centrum Polanicy Zdrój, na jakieś zakupy. Trzeba było kupić wyposażenie do ogniska i na rano… Potem jednak plan rozrósł się do wyjścia do knajpy na późny obiad i – co gorsza – ekipa chciała iść piechotą :P.
Trochę sobie pomarudziłem, ale poszliśmy. W centrum Polanicy wpakowaliśmy się do jednej restauracji pod parasole, ale gdy zobaczyliśmy takie trochę niemieckie ceny różnych posiłków, zgodnie zdezerterowaliśmy i 50m dalej znaleźliśmy fajną pizzerie z przyzwoitymi cenami :).
Ponieważ w planie zlotu było jeszcze ognisko, na które Roksi z domu przytargała kiełbasy, nie chcieliśmy się za bardzo obżerać. Zamówiliśmy więc jedną pizzę na pół, no i obowiązkowo do tego piwo :). Wreszcie piwo ;).

W knajpie czas płynął nam miło i przyjemnie, ale obowiązki zlotowe wzywały – nie byliśmy w końcu w komplecie, a pozostała grupa, która została w ośrodku, mogła czekać na ognicho.
Posileni więc żwawo udaliśmy się do sklepu na większe zakupy (trzeba było pomyśleć też o dniu następnym i zapasie piwa :P), po czym wróciliśmy do naszego ośrodka.

Za organizacje ogniska zabraliśmy się wspólnie z Raphim i MTR. W tym celu podeszliśmy do „odważnego inaczej” właściciela ośrodka, który dał nam siekierę i zaprowadził pod palenisko. Drewna wokół paleniska było do cholery, i to różnej maści. Od sporych polan, przez gałęzie po chrust. Ale wszystko było wilgotne, co nie zapowiadało łatwego procesu rozpalania… Udaliśmy się więc z Roksi na parking do jej GSa, z którego upuściliśmy troszkę krwi :). No i ognisko zadziałało :).

Początkowo amatorów z kiełbaskami była tylko garstka. A gdy zaczęło padać, wyludniło się jeszcze bardziej. Do tego stopnia, że zostało nas chyba tylko cztery osoby (jeśli dobrze pamiętam była to Roksi, Raphi, MTR i ja) i jeszcze parę osób trochę dalej pod drzewem stało :P.
Początkowo tylko sipiło, ale potem rozkidało się całkiem konkretnie. Włosy po chwili mi całkiem zmoczyło a ognisko zaczęło przygasać… Wyglądało na to, że będzie kiszka…
Ale los się zlitował i po chwili padać przestało. Dołożyliśmy drewna i benzyny 😛 do ognia, płomień buchnął wesoło, piwko w rękę, kiełbaska na kij i… czegóż chcieć więcej? 😉

Ludziska z wolna też zaczęli się znowu schodzić i impreza rozkręcała się coraz bardziej. Trollsky trollował na całego, a inni nie pozostawali mu dłużni, więc ogólnie było wesoło :).

Wraz z ilością wypitego piwa atmosfera robiła się coraz weselsza, ale też coraz więcej osób powoli znikało. Okazało się też, że po ciemku elementy świata przedstawionego coraz częściej stanowiły niebezpieczne pułapki podczas przemieszczania się, którego celem było np. upuszczenia ciśnienia z pęcherza :P. W związku z powyższym kilka razy wyrżnąłem orła :P. Raz pośliznąłem się na śliskiej, mokrej, drewnianej ławce, którą nie wiem kto mi pod nogi podłożył :P, a innym razem zbyt się rozpędziłem idąc po chrust i wpadłem w całą jego kupę ;).
Po godzinie 1:00 w nocy przy ognisku było już tylko kilka osób.

I wspólnie uznaliśmy, że jeśli mamy jutro coś pojeździć, to trzeba powoli się zbierać… Ugasiliśmy więc ognisko, rozgrzebaliśmy palenisko i udaliśmy się na spoczynek. Wszyscy do domków, a my z Roksaną uczciwie do namiotu.

Niedziela 1.05.2011 r.

O dziwo, po przebudzeniu o 6:00 rano nie czułem się jak rozjechany przez walec. Kaca w zasadzie nie miałem, za to ciśnienie na pęcherzu było wielkie. Nie chciało mi się jednak wstawać, bowiem na zewnątrz padał deszcz i generalnie panował dosyć silny chłód. W śpiworku było zdecydowanie cieplej ;).
Udało mi się wytrzymać do chyba 8:00, ale dłużej nie było opcji. Trzeba było wstać, ubrać się, założyć buty i wyjść z namiotu do któregoś z „naszych” domków.
Generalnie rano przeraził mnie stan moich butów i spodni. Buty były całe w popiele z ogniska (no tak, dziarsko przecież rozkopywałem palenisko!), a spodnie z przodu były zielone (no tak, gleba na trawie!), a na dupie całe bazowe (i dementuję pogłoski, jakoby to był… kał :P). Moja lewa ręka nie wyglądała lepiej – nocna szarża w chrust zakończyła się poharataniem całego wierzchu dłoni o jakieś kolczaste badziewie…
No cóż. Jest zabawa, są straty. Szkoda jednak, że na zlota zabrałem tylko jedne spodnie. Czekały mnie dwa dni łażenia wśród ludzi w stroju przypominającym to w czym zwykle oporządza się oborę :).
Rano, po porannej toalecie, udaliśmy się z Roksaną do jednego z naszych domków, aby spróbować zrobić sobie coś do jedzenia. Wyposażenie tych przybytków z dachem było jednak kiepskie. Wody na herbatę nie dało się nigdzie zagotować… To już nasz namiot był o tyle lepszy, że miał w środku benzynową kuchenkę Prymus :]. I to ona uratowała nas od śmierci z pragnienia… Śniadaniem zaś były kanapki z serkiem, a Roksi wciągnęła jakąś kaszkę Bebiko, czy coś w tym stylu :P.
Ponieważ ludzie mieli różne wizje zwiedzania okolicy, nie udało się nam zmontować jednej solidnej ekipy do wspólnej jazdy. Część ludzi też bardzo wcześnie rano ruszyła w objazdówkę. Dlatego też z rana, jakoś koło 9:00 zanim się zwinęli, ustawiliśmy wszystkie sprzęty w jedną linię i porobiliśmy parę fotek. Tylu CBF w jednym miejscu jeszcze nigdy nie widziałem :).

Chwilę po tej sesji zdjęciowej ekipa Pixów pojechała w trasę, a my zostaliśmy, aby ustalić, co robimy dalej.
W pierwszej kolejności ludzie chcieli iść na miasto na kawę, aby trochę jeszcze przewietrzyć się po nocnych harcach. Pomysł był zaiste bardzo dobry, toteż ok. godziny 11:00, w swych uświnionych portkach, wylądowałem z innymi na kawce pod parasolami. Tam też rozpoczęła się debata, gdzie dzisiaj pojedziemy.

Udało się nam zmontować ekipę 8 sprzętów – pięć lirów i trzy motorynki. W naszej grupie oczywiście była Roksi, która odmówiła ruszania swojego GSa, więc wskoczyła do mnie na plecy. Trollsky i PeterS chcieli jechać już do domów, więc się z objazdówki wykruszyli. A uradziliśmy, że podjedziemy sobie do Kletna coś wszamać, a potem wyskoczymy do Czech na dobre winkle :).
No i plan wszedł w życie. Wróciliśmy do ośrodka, ubraliśmy motozbroje, Gatorek wrzucił w GPSa kierunek Kletno i ok. 12:30 heja!
Do Kletna daleko nie było – zeszła nam jakaś godzinka na dojazd.

Na miejscu, gdy wszyscy podziwiali ośrodek, ja się wycwaniłem – podszedłem pod bar i od razu zamówiłem obiad. Pozostali zamówili dopiero, gdy usiedliśmy przy jednej dużej ławie, także żarełko dostali znacznie później. Potem mi było tylko głupio, że sam jem, a wszyscy patrzą :P.

Enyłej, po żarciu, jakoś przed 15:00, wreszcie ruszyliśmy, aby pomaltretować sprzęty na lokalnych asfaltach.
Postanowiłem pokazać ekipie „odcinek specjalny” w górach (droga 392 ze Siennej w stronę Bystrzycy Kłodzkiej), dojechać do krajówki 33 i stamtąd skierować się na przejście graniczne w Boboszowie.

Absolutnym hitem tego odcinka okazał się „zakręt śmierci” ;). Jest tam jeden taki ostry, skręcający niemal o 180 stopni, bardzo wąski winkiel. Dla nas był on w prawo i w dół. Przed nami jechała duża terenówka, a z dołu, z przeciwka pchała się cała kolumna kolesi na armaturach. I spotkaliśmy się dokładnie na tym winku :D.

Oj, było wąsko i stromo… Jakby trzeba było się zatrzymać i podeprzeć, to by nogi zabrakło, aby się utrzymać :). I byłby familijny klops, bo ludzie za mną pewnie też mieliby podobne kłopoty :P.
Potem pokonaliśmy odcinek specjalny i na szczycie, przy ładnym widoczku zatrzymałem się na jakieś foty. Ale ludzie popatrzyli na mnie jak na barana, po co się znowu zatrzymuję, więc tylko Roksi cyknęła coś nie zsiadając z motocykla i pognaliśmy dalej.

Po osiągnięciu DK33 dojechaliśmy do przejścia w Boboszowie i dalej pojechaliśmy tak, jak kiedyś gnaliśmy z Browarem na Czeską Jedenastkę – za Boboszowem w prawo zwrot na Zamberk i po osiągnięciu jedenastki, w lewo zwrot i rura!!
No i jazda bez trzymanki :). Każdy jechał jak potrafił, a postój zrobiliśmy dopiero przed Cerveną Vodą i zebraliśmy się do kupy. Jedenastki zachwalać kolejny raz nie muszę, bo już to wielokrotnie robiłem :).

Nadmienię tu tylko, że w ekipie trafił nam się niezły rajdowiec na CBF600. Był to Kugi, któremu włączył się tryb „pogoni za króliczkiem”. Nie ważne kto prowadził ekipę – ten zawsze siedział mu na tylnej oponie w odległości 4 milimetrów. W lusterko jego obuta w kask twarz była cały czas wielkości billboardu wyborczego, co ciągle zdawało się szeptać do ucha „ale się kurde wleczesz” :P. Masakra!
Na tym krótkim postoju pod Cerveną Vodą postanowiliśmy pogonić dalej jedenastką aż do Sumperku i za nim odbić na północ, na drogę nr 44, aby przebić się przez góry i wskoczyć na polską stronę w okolicach Paczkowa. Ale plan ten nam się niespecjalnie udał :).

Droga nr 44 okazała się fantastyczna. Szeroka, równa, z kilkunastoma fantastycznymi serpentynami oraz bardzo szybkimi łukami. Tam też Raphi nie wytrzymał i wystrzelił rycząc wydechami przed nas wszystkich. Po prostu odcinek ten jest epicko niesamowity i po prostu aż płakać się chciało, żeby odwinąć!
W pewnym jednak miejscu mieliśmy z drogi 44 odbić na trasę nr 60 i trzymać się jej aż do granicy z Polską. Pierwszy etap – wjazd na drogę nr 60 – odbył się jak najbardziej prawidłowo. Potem jednak Raphi, w dalszym ciągu rozpędzony jak dzika surykatka, nie zauważył, (ja zresztą też), że w jednym miejscu droga nr 60 skręcała w prawo, a na wprost przechodzi w trasę nr 369, która jest w zasadzie równoległą drogą do tej zajebistej czterdziestki czwórki, którą wcześniej jechaliśmy. A że na drodze 369 też był zajebiste winkle i pięknie się jechało, zorientowaliśmy się w pomyłce, że jedziemy znowu na południe dopiero po ładnych parunastu kilometrach i wracać nam się już nie chciało :).

Późno się robiło, więc trzeba było myśleć o powrocie do naszego ośrodka. Uzgodniliśmy, że z trasy 369 skręcimy na Kraliky i wrócimy w ten sposób na przejście w Boboszowie. To była najkrótsza w tamtym momencie droga „do domu”.

Ale i tym razem uradowany winklami Raphi przegapił właściwe znaki i… pojechaliśmy drogą nr 446 w stronę Sumperku :). A że znowu droga była zajebista i poganialiśmy jak psy gończe, Gatorek, ze swym GPSem, dał radę nas dogonić i zawrócić dopiero przed samym Sumperkiem ;).
Tym razem wysłaliśmy Raphiego „do kąta” – tj. gdzieś na tył peletonu, a za prowadzenie wziął się Gatorek. I prowadząc nas przy użyciu nawigacji, bez większych kłopotów trafiliśmy do Boboszowa…
Mimo braku granic, nie dałoby się nie zauważyć, że wróciliśmy do Polski. Dziury w drodze wielkości stołu do pink-ponga, często syf na asfalcie i miejscowy wafel w roztelepanym starym struclu, próbujący nam zawzięcie udowodnić, że ma większego penisa i nie uda się nam go wyprzedzić. Czysty, polski folklor…
Tak jeszcze muszę nadmienić, że pomimo jazdy z Roksaną na plecach, nie odstawaliśmy specjalnie od reszty ekipy, która w większości poruszała się solo. Roksana naprawdę bardzo neutralnie zachowywała się na tylnym siodełku. Do tego stopnia, że wręcz czasem zapominałem, że jedzie ze mną na pokładzie. Gdybym ja miał przeżyć to, co się działo na tych wszystkich winklach i przy tych niezliczonych wyprzedzaniach, nie mając wpływu na tor jazdy motocykla siedząc na tylnym siodełku, to już dawno bym osiwiał :P.
Do naszego ośrodka wróciliśmy dopiero po 20:00.

Nasza trasa.

Wykamani po pokonaniu 360km nawet nie podjęliśmy się organizacji ogniska. Uznaliśmy, że idziemy znowu do naszej pizzerii, aby coś wszamać i obulić piwo. I to musiało wystarczyć :).
No i w zasadzie to tyle. Po powrocie z pizzy Roksana zmolestowała mnie, abyśmy dziś nieuczciwie spali w ciepłym pokoju, w jednym z wynajętych przez ekipę domków. Parę osób pojechało już do domów, więc miejsca wolne były. No i w sumie czemu by nie… Zamelinowaliśmy się w jednym opuszczonym pokoju i poszliśmy spać.

Poniedziałek 2.05.2011 r.

Wstaliśmy jakoś przed 9:00. Już nawet nie wiem, co jedliśmy, ale chyba to samo co dzień wcześniej.

Ok. 10:00 rano pierwsza część ekipy, jadąca w stronę Warszawy i na pomorze, opuściła nas i pognała do domów. Byli to m. in. Kugi, Gatorek, MTR i Goramo.

Od rana było chłodniej, niż w poprzednich dniach. Sprawdzały sie prognozy. Już przed majówką zapowiadano stopniowe obniżanie temperatury, a nocami miło być nawet poniżej 5 stopni.
Ja do domu wystartowałem z Raphim i Roksaną, jakoś o 10:30. Po opuszczeniu Polanicy Zdrój pojechaliśmy przez Kłodzko w Stronę Złotego Stoku i dalej poganialiśmy standardową drogą, którą zwykle wracamy z rodzicami z Kletna. Zimno zrobiło się pieruńsko, ale zatrzymaliśmy się pierwszy raz dopiero po ok. 100km – dawno już mieliśmy Nysę i Prudnik za sobą. Było już po 12:00.

Na postoju sik w krzaki, docieplenie ubioru i dzida dalej. Na drogach było pusto, więc pięknie się jechało.
Kolejny postój zarządziłem w Kietrzu ok. 13:30. Głodni byliśmy już wszyscy, a znana mi w tej miejscowości pizzeria już wielokrotnie się sprawdziła. Po co więc szukać czegoś innego?
Zamówiliśmy sobie po małej pizzy i herbatę. A że zrobiło się względnie przyjemnie, to zjedliśmy sobie przy stolikach stojących na zewnątrz.

Pojedzeni, wskoczyliśmy na motóry, aby odwalić ostatni etap podróży. Przejechaliśmy Racibórz i o 15:00 wylądowaliśmy w Rybniku.
Tutaj Raphi i Roski zatankowali swoje sprzęty, po czym ja doprowadziłem ich do Autostrady A1. Raphi zobowiązał się odprowadzić Roksanę do zjazdu na Gierkówkę, więc już z nimi dalej nie jechałem.

No i tyle. Na A1 pomachałem im na pożegnanie, zawróciłem na najbliższym węźle i pokulałem się do garażu…
W sumie tego dnia przejechałem 233km.

Podsumowanie

Było niesamowicie! W najśmielszych oczekiwaniach nie spodziewałem się poznać tak fajnych ludzi. Naprawdę, bardzo miło spędziłem te trzy dni i aż doczekać się nie mogę następnego zlotu :).
Motór uradził bez zająknięcia. Gdzieś po drodze przeskoczył mi szatański przebieg – 66666km :). Po powrocie na szafie zaś było 67104km, czyli cały zlot zamknął się dystansem 820km.

Epilog 😛

Następnego dnia w Kotlinie Kłodzkiej spadł śnieg. Temperatura spadła do ujemnej, a w miejscu, w którym imprezowaliśmy w szczytowym momencie napadało 10cm śniegu!
Ładnie byśmy wyglądali, gdybyśmy postanowili zostać jeszcze jeden dzień na zlocie :).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.