.: Moje przygody z motocyklami :.

Skandynawia

Dzień 8 – 26.06.2005 r.

Rano obudził nas potworny upał. Aż trudno było nam uwierzyć, że to Skandynawia! Słońce, będąc jeszcze bardzo nisko, świeciło nam prosto w „drzwi” namiotu…
Podnieśliśmy się coś po godzinie 8:00, a przed 10:00 już opuszczaliśmy nasze pole.
Dzisiaj najpierw pojechaliśmy na pobliski punkt widokowy. Postanowiliśmy połączyć trochę przyjemne z poszukiwaniem pracy :).

Kiedy już się napatrzyliśmy, zrobiliśmy mały serwis motocyklom. Krzychowi poszła żarówka w tylnej lampie, więc wymienił, a potem oboje nasmarowaliśmy sobie łańcuchy. Musieliśmy jeszcze skoczyć na stację benzynową po paliwo, wodę i… żeby się umyć :). No i właśnie wtedy, szukając odpowiedniej stacji z obsługą (dużo tam było automatów pochłaniających banknoty lub karty płatnicze) przeżyłem naprawdę mrówki strachu o motocykl…
Początkowo objawy były typowe dla rezerwy paliwa. Silnik zaczął się krztusić, nie wkręcał się na obroty, a w końcu zdechł. Jedyne co mi nie pasowało, to to, że coś wcześnie się Suzi o tą rezerwę upomniała. Ale kranik przekręciłem, silniczek chwycił – więc pewno rezerwa. W drogę!
Ujechałem może 200 metrów. Silnik znowu zakrztusił się, zdał obroty i padł… No teraz to już miałem pełne gacie.
Nie pozostało mi nic innego, jak zsiąść z maszyny i zepchnąć ją z drogi. Na szczęście dosyć blisko był parking i tam też motocykl zapchałem. Krzychu gdzieś uciekł, ale zorientował się, że nie ma mnie w lusterku, więc się wrócił.
Pierwszą myślą było, że coś się stało z zasilaniem w paliwo – objawy typowe. I tu przydała się moja wiedza nabyta przy awarii kranika ;). Zgłębiłem wówczas jego budowę i pierwsze co sprawdziłem, to był przewód wytwarzający podciśnienie w kraniku.
I trafiłem! 🙂
Okazało się, że przewód po prostu zsunął się z końcówki na kraniku. Zabrakło podciśnienia i membrana odcięła paliwo :).
Ale co się najadłem strachu to moje… Gdy odkryłem, że to tak banalny problem, to aż miałem miękkie nogi z radochy, że to nic poważniejszego…
Przewód of korz nasunąłem na kranik i motorek, po zalaniu gaźników, znowu wesoło zagadał :).

Naprawiam… 😛

Po wizycie na stacji benzynowej, kiedy już mieliśmy wszystko, czego nam było trzeba, opuściliśmy wyspę Tjorn, wjeżdżając na sąsiednią, nieco większą – Orust.
No i powtórka z wczorajszej rozrywki. Jeździliśmy od drzwi do drzwi i pytaliśmy o pracę. Ale dalej bez powodzenia…

Po paru godzinach poszukiwań, zatrzymaliśmy się przy sporym sklepie i zrobiliśmy pierwsze zakupy żywnościowe od wyjazdu z Polski (nie licząc kupowania chleba i piwa :P). Pod sklepem, gdy czekałem na Krzyśka, porozmawiałem sobie chwilę z jednym starszym Szwedem, który był w Polsce podczas II wojny światowej… Ciekawa sprawa :).

Po zakupach podjechaliśmy na wybrzeże w poszukiwaniu miejsca na obiadek. Długo szukać nie musieliśmy. Wdrapaliśmy się na skały tuż nad wodą, zostawiając na dole motocykle i odpaliliśmy kuchenkę. Po chwili gorące Ravioli z polską fasolą gotowało się w rondelku :).

Po posiłku i małym deserze w postaci budyniu, tak jakoś po prostu zaczęliśmy się byczyć. Miny mieliśmy nietęgie z powodu niepowodzenia w poszukiwaniu roboty i jakoś nie mieliśmy ochoty już na nic. Walnęliśmy się na kamieniach i po prostu wygrzewaliśmy dupska na słońcu :). W sumie i tak dziwnie było nam pytać o pracę, wiedząc, że jest niedziela.
Po 16:00 postanowiliśmy kupić sobie po piwku, wbić się gdzieś w las z dala od ludzi, rozbić namiot i pobyczyć się do poniedziałku ;).
Plan zrealizowaliśmy prawie w stu procentach :). Już o 18:30 namiot stał w lesie niedaleko od jeziora. Otwarliśmy kupione szwedzkie piwo, które chyba tylko z dobroduszności tak nazywam, choć to profanacja (2,8% w piwie? w sumie i tak dużo w porównaniu z winem – 1,2%) i przyjęliśmy w namiocie pozycję horyzontalną.
Szybko jednak okazało się, że miejsce pod namiot wybraliśmy ciut niefortunnie, i że do późnego wieczora nie będzie nam dane zaznać spokoju… A to z tej przyczyny, że zaledwie może godzinę po naszym przyjeździe, koło naszego namiotu zrobiła się istna zajezdnia motorowerów, skuterów, kładów i samochodów.

Nasz zajazd… 😐

Okoliczna młodzież właśnie kurna w tym miejscu imprezowała wieczorami i do późnej nocy hałasowała tymi odkurzaczami, ścigając się po lesie. Rozrywkę mieliśmy zagwarantowaną do prawie pierwszej w nocy… Raz nawet jedna grupka rozbawionych chłoptasiów próbowała się nam dobierać do namiotu, ale bojowy okrzyk Krzyśka („k**wa!!” :P) plus moje gwałtowne otwarcie zamka „drzwi” namiotu dosyć skutecznie ich przepłoszyły…
No cóż. Takie życie. Od tej 1:00 w nocy mieliśmy już na szczęście spokój i mogliśmy wreszcie spróbować zasnąć.
Stan licznika na dziś – 50620km.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.