.: Moje przygody z motocyklami :.

Skandynawia

Dzień 74 – 31.08.2005 r.

Tego dnia mogliśmy pospać dłużej, więc wstaliśmy dopiero o 8:00. Po ostatnich pobudkach o 6:20 była to miła odmiana… 🙂
Po śniadaniu przystąpiliśmy do wielkiego pakowania i sprzątania. Uskrzydleni myślą o powrocie do domu, uwinęliśmy się całkiem sprawnie i już o 10:00 byliśmy gotowi do drogi.

Pożegnalna fotka. Babcia, Długi i Krzychu :).

Dostaliśmy jeszcze od Szwedów ostatnią wypłatę (wczoraj pracowaliśmy do 21:00, więc odłożyli to na dziś), pożegnaliśmy się ładnie i… w drogę! Ale jeszcze nie do domu…
Podjechaliśmy do gospodarstwa Yesyesa pożegnać się. Gospodarza jednak nie zastaliśmy. Była tylko jego żona. Zamieniliśmy z nią więc ostatnie parę słów, kazaliśmy pozdrowić męża, pożegnaliśmy się i… pojechaliśmy.
Zatrzymaliśmy się jeszcze w Alvangen na ostatnie zakupy i smarowanie łańcuchów przed drogą powrotną.


Wreszcie o 11:30 opuściliśmy Alvangen i naszą Skepplandę… Pomknęliśmy do Goteborga, gdzie w kantorze rozmieniliśmy trochę kasy, po czym o 12:30 już bez przeszkód ruszyliśmy ku Karlskronie.
Trasa nasza biegła przez Boras i dalej ku Varnamo. W Trammen jednak zatrzymaliśmy się na ładnym parkingu z ławkami na ostatni, przydrożny posiłek :). Ja na tą okazję miałem polskie flaczki – przejeździły ze mną całą wyprawę i przetrwały nawet norweskie gleby :).
Polskie jedzonko… Znowu zawiało mi domem :).

Posileni – ruszyliśmy dalej. Po dotarciu do Varnamo, skierowaliśmy się na Vaxjo, a po dotarciu do niego – na Ranneby. Pogoda dopisała nam niesamowicie, świeciło słoneczko, było ciepło, więc naprawe super nam się jechało…
Z Ranneby do Karlskrony była już krótka piłka. Z prawdziwym rozrzewnieniem przyjąłem pierwszy kierunkowskaz, na którym zobaczyłem napis „Gdynia” z małym rysunkiem promu zaraz obok. To było coś naprawdę niesamowitego – wreszcie napis, który czytało się po ludzku :).
Około godziny 19:00 już byliśmy w porcie. Wykupiliśmy nasze bilety, które zarezerwowali nam Szwedzi ze szklarni, po czym zaczęliśmy zastanawiać się nad noclegiem.
W naszym położeniu – wiadomo – im bliżej portu byśmy znaleźli miejsce pod namiot, tym lepiej. No i znaleźliśmy – kilkaset metrów od wybrzeża ;). Na terenie jakiegoś zakładu, na dużym obrośniętym krzakami i młodymi drzewkami placu. Tuż obok była ogromna wieża, którą następnego dnia widzieliśmy z pokładu promu. Dopiero dzięki temu organoleptycznie przekonaliśmy się, jak blisko portu rozbiliśmy namiot :).

Wieczorkiem, po zadomowieniu się wśród kolczastych krzaków i w towarzystwie biegającego w pobliżu rudego lisa, wszamaliśmy ostatnią polową kolacyjkę i… ostatni też raz poszliśmy spać do namiotu.
Stan licznika: 53890km.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.