.: Moje przygody z motocyklami :.

Skandynawia

Dni od 51 do 73 – 8.08.2005 r. – 30.08.2005 r.

No i znowu zaczęły się dni świstaka…
Pobudki o 7:20, od 8:00 praca, obiadek o 14:00, od 15:00 praca, koniec o 21:00…
9 sierpnia skończyliśmy pracować wyjątkowo o 20:00, gdyż postanowiliśmy nauczyć się piec chleb. Pomagał nam przy tym nieoceniony Alex :).

Od pierwszego przyłożenia chleb wyszedł nam naprawdę przyzwoicie ;). Więc już byliśmy samowystarczalni i przy nastęnych okazjach – piekliśmy sami…

11 sierpnia przeprowadziliśmy się do Yesyesa.
No tym razem już nie czuliśmy się jak na wakacjach, bowiem dostawaliśmy cholernie monotonne roboty.
Przez co najmniej dwa pełne dni, po 12 godzin rąbaliśmy drewno opałowe. Co prawda nie siekierami, ale i tak można się było urobić…

A potem trzy pełne dni, również po 12 godzin, szorowaliśmy dachówki, które Yesyes chciał położyć na dachu dobudowywanej części domu. A że kupił dachówki używane (20 razy tańsze), to były calusieńkie z mchu i różnego rodzaju narośli, które my musieliśmy usunąć :|.
Nie ma to tamto – trzeba było pucować ;).

Po wyszorowaniu dachówki wnosiliśmy na dach…

U Yesyesa zaczęły się też robić cholernie zimne noce. Po kilka stopni w stodole… Spało się pod kocem, w śpiworze, pełnym ubiorze, z czapką na głowie i… było zimno :).

17 sierpnia praca u Yesyesa definitywnie się skończyła. No to jeszcze tego samego dnia przeprowadziliśmy się do szklarni i od ranka dnia następnego – znowu pracowaliśmy.
Ten 18 sierpnia był dosyć ciekawy :). Przydzielono nam z Krzychem różne zadania, więc każdy pracował sam. Ja woziłem kamienie na dno jednego z wykopanych przez nas zbiorników i tak jakoś nikt się nie pojawiał, żeby sprawdzić jak idzie… O 17:00, po bardzo oszczędnym trybie pracy, po prostu zabrakło mi roboty, więc zacząłem szukać jakiegoś szefa ;). Okazało się, że byłem jedynym człowiekiem na całym terenie szklarni. Nie było tam nikogo, żywej duszy. Chyba kwadrans łaziłem, nim zlokalizowałem Krzycha, malującego dom „babci”. Stwierdził, że babcia gdzieś pojechała :). Miodzio :).
Ponieważ bezrobotny być nie chciałem, to znalazłem sobie puszkę czarnej farby i zabrałem się za malowanie drzwi stodoły. Farba jednak szybko „wyszła”, więc wróciłem do szklarni i zacząłem malować jej konstrukcję na biało. I tak przetrwałem do 21:00.
Piszę to dlatego, gdyż takich dni było więcej. Zdarzało się, że nikt nas nie pilnował, a my sobie pracowaliśmy nie ponaglani przez nikogo, będąc całkiem sami na całym terenie szklarni… Bywało też, że musieliśmy szukać sobie sami zajęć, gdyż czasem materializował się któryś ze Szwedów i pytał, co robiliśmy do danej chwili. Trzeba się było zawsze czymś pochwalić… Dochodziło do tego, że aby mieć co robić musieliśmy „kraść” farby ;). Gdy nam zabrakło białej do malowania konstrukcji szklarni, to podprowadziliśmy z ganku babci puszkę i… malowaliśmy dalej ;). Potem nam babcia powiedziała, że to nie była farba do metalu, ale my się w sumie tym nie zmartwiliśmy. Szwedzi zaś zakumali, że nie mamy już czym mazać i dostarczyli nam nowych zasobów białej farby :).
Poza malowaniem mieliśmy za zadanie dokończyć drugi zbiornik na wodę. Pierwszy Szwedzi ukończyli bez nas, gdy byliśmy w Norwegii. Było więc znowu przycinanie siatki na zbrojenie ścian, zabawa w konstruowanie drewnianej formy i – w końcu – wożenie cementu w taczkach…

Efekt końcowy…

Od 22 sierpnia pracowaliśmy po 13 godzin. Chcieliśmy wydusić ile się tylko dało, bo data powrotu do Polski już była ustalona na 1 września. Szwedzi nie oponowali, więc… pracowaliśmy :).
Z codziennych przygód doszła mi do rozkładu jeszcze „przyjaźń” z gryzoniem – polną myszą. Dorwała mi się w nocy do zapasów w plecaku – wyżarła część ciastek, skosztowała szwedzkiej zupki chińskiej, a na deser wszamała i trochę czekolady. Ciągle było jej jednak mało, toteż przy kolejnej wizycie zasmakowała w słuchawkach od mojego mp3 playera. Gdy się rano obudziłem, to już mogłem słuchać muzyki tylko w trybie „mono” :|. Jedna słuchawka zniknęła…
W międzyczasie dostałem też od rodziców z Polski przesyłkę z klockami hamulcowymi. Tutaj – codziennie zapracowany – nie miałem po prostu jak i kiedy wyjechać na poszukiwania sklepu z częściami motocyklowymi… Wysłanie ich bezpośrednio do mnie bardzo ułatwiło mi życie…
No i też raz po pracy zabrałem się za naprawę. Zrzuciłem koło, wyjąłem resztki klocków i… kupa. Za cholerę nie mogłem wcisnąć tłoczków w zacisku. Pogrzebałem więc po narzędziowni, zaopatrzyłem się w ropę do czyszczenia i dobrą dźwignię ;). No i czyszczenie plus „siła razy gwałt” w końcu dały rezultaty… Tłoczki się schowały, klocki założyłem i już byłem w siódmym niebie :).

Dopiero dwa dni później zauważyłem, że jeden tłoczek się zatarł i nie pracował. Ale z tym to już nie mogłem sobie poradzić sam bez odpowiednich narzędzi, więc tak to zostawiłem. Do Polski musiało dociągnąć…
Ostatnie dni w szklarni, to już było odliczanie. Mieliśmy po prostu dość. Od 8 sierpnia pracowaliśmy non-stop, bez dnia przerwy, po 9-13 godzin dziennie. Czekaliśmy na dzień 31 sierpnia jak na zbawienie…
No i w końcu się doczekaliśmy :). 30 sierpnia pracowaliśmy jeszcze 13 godzin, ale już następnego dnia mieliśmy zaplanowany wyjazd do Karlskrony na prom :).
To było piękne uczucie. Koniec pracy, koniec udręki, koniec zmęczenia i niewyspania! Przed nami był już tylko powrót do domu, do Polski, do najbliższych… W pamięci zaś mieliśmy przecież naprawdę niesamowite wspomnienia, zawarliśmy nowe znajomości, bogatsi byliśmy o mnóstwo doświadczeń i nie tylko…
Tak, ten ostatni wieczór to była dla nas prawdziwą ulgą…
Podczas tych tygodni podkręciłem licznik do 53444km.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.