.: Moje przygody z motocyklami :.

Skandynawia

Dzień 50 – 7.08.2005 r.

Tego dnia wstaliśmy dopiero koło 9:00 rano. Jakoś dobrze nam się spało, mimo, że to był jeden z twardszych, dotychczasowych noclegow (pod namiotem same kamole).
Po zwinięciu obozowiska, ruszyliśmy na granicę, spacyfikować sklep z pamiątkami :). Krzychu podczas zakupów tak się zawziął, że aż zgubił gdzieś kask ;). Gdy się przy motocyklu zorientował, że czegoś mu brakuje, uczynna ekspedientka już była na zewnątrz ze zgubą w ręku :).
Lżejsi na kieszeniu przekroczyliśmy granicę i opuściliśmy definitywnie Norwegię. Ja zapamiętam ją jako kraj przepiękny, cudowny i nie raz zapierający dech w piersiach, aczkolwiek również dziki, surowy i… jak to ująć… atmosferycznie niegościnny ;).
Z przejścia granicznego pognaliśmy prosto w stronę Skepplandy. Pogoda dopisała, więc jechało się szybko i przyjemnie. Dzięki temu już przed 14:00 byliśmy na miejscu.
Podskoczyliśmy jeszcze na drobne zakupy żywnościowe do Alvangen, po czy – równo o 14:00 zawitaliśmy w szklarni.
Korzystając z miłego przyjęcia i w zasadzie całkiem wolnego od zajęć popołudnia, zabrałem się za reanimację Suzi po norweskich upadkach ;).
Pierwszy raz od dłuższego czasu przyjrzałem się dokładniej motocyklowi. I się trochę przeraziłem… 🙂
Uszczelniacze w lagach zaczęły puszczać olej. Tylne klocki hamulcowe się skończyły. To właśnie przez to czasem słyszałem niepokojące dźwięki przy hamowaniu – po prostu hamowałem już ramkami klocków ;). Najgorszy w tym był fakt, że bardzo mocno cierpiała tarcza hamulcowa traktowana w ten sposób, co również zauważyłem dopiero w szklarni :|.
Ponadto uszkodzona przy szlifie lampa, szyba, obudowa zegarów, kierunkowskaz, pękające pod ciężarem bagażu owiewki i wykończony tylny amorek… Narobiło się szkód w ogródku…
W szklarni udało mi się uporać z lampą, kierunkowskazem i szybą. Lampę wyprostowałem – poza obtarciem na ramce nic nie zostało po glebie. Klosz kierunku pokleiłem szwedzkim odpowiednikiem poxipolu. Wyglądał po założeniu jak nówka :). A szybę posklejałem czarną taśmą Scott :P. I w tej postaci motocykl zostawiłem, z myślą „Do Polski musi wystarczyć”.

Dowiedzieliśmy się, że „praca będzie”. No to bajka :). Co prawda znowu trochę tu, trochę u Yesyesa, co wiązało się z poniekąd uciążliwymi przeprowadzkami, ale ostatecznie nie można było narzekać.
Wprowadziliśmy się więc znowu do naszego kącika na zapleczu, a wieczorkiem posiedzieliśmy w naszej „świetlicy” – kuchni. Wreszcie było ciepło, sucho i przyjemnie :). Jak w przytulnym pampersie :).
Stan licznika: 53376km.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.