.: Moje przygody z motocyklami :.

Skandynawia

Dni od 25 do 43 – 13.07.2005 r. – 31.07.2005 r.

Od 13 lipca zaczął się cholernie pracowity okres. Praktycznie bez dnia przerwy (ba, nawet kilku godzin!) pracowaliśmy dla Szwedów aż do 31 lipca po 9-12 godzin dziennie… Blisko trzy tygodnie :).
Generalnie wojowaliśmy na zmianę – to u Yesyesa, to u jego szwagra w szklarni. Niemalże wyszarpywali nas sobie z rąk :).
Pierwsze trzy dni wojowaliśmy u Yesyesa. Znowu było dużo malowania (ściany budynków, ich drzwi i okna), przycinanie desek, rąbanie drewna opałowego i takie tam… Raz też woziliśmy drewno opałowe z pola starym, dwudziestoletnim Saabem :).

Początkowo jeździł nim Yesyes, ale gdy go zapytaliśmy, czy możemy jeździć furą sami, odpowiedział oczywiście „Yes, yes!” :P. To była niezła zabawa, ale drewno niestety szybko się skończyło :).

16 lipca po południu przeprowadziliśmy się do Szklarni. Przeprowadzka zajęła nam tylko dwie godziny :). Jak o 11:30 odkładaliśmy narzędzia do stodoły u Yesyesa, tak o 13:30 już mieliśmy w ręce młot i sekator w szklarni ;).
Po co młot i sekator? Ano. Dostaliśmy do rozbiórki stare betonowe stoły, na których hodowali tam różne zielsko. Młotem zbijaliśmy nogi stołów, a sekatorem przecinaliśmy gumowe przewody, które biegły wewnątrz betonowych blatów. Potem układaliśmy gruz w zgrabne kupki na paletach i wywoziliśmy to na zewnątrz.

Rzeźnia. Oczy nam wyłaziły z orbit, ale co zrobić.
Już na drugi dzień pracy w szklarni okazało się, że nie będzie tam takich wakacji jak u Yesyesa i że stoły były tylko przygrywką. Po obiedzie Długi (tak nazwaliśmy z racji wzrostu (ze 2m!) szwagra Yesyesa) dał nam dwie łopaty, dwie taczki i kazał wykopać wewnątrz szklarni ogromny rów. Szeroki na ok. 1,5m, długi na ok .10m i głęboki na przeszło metr… Miał tam się znaleźć zbiornik na wodę w przyszłości.

Rzeźnia do kwadratu. No ale kopaliśmy…
Życie i praca w szklarni miały też swoje plusy. Warunki bytu mieliśmy chyba tam najlepsze ze wszystkich dotychczasowych. Dostaliśmy dla siebie mały kącik na zapleczu sklepu znajdującego się wewnątrz jednej hali szklarnianej.

Nikt tam nam nie łaził i nie przeszkadzał. Dali nam dwa materace do spania i poduszki. Za kołdry mieliśmy śpiwory.
W nocy zawsze było cieplutko, a do kibelka mieliśmy blisko. Mieliśmy też do swojej dyspozycji zamkniętą kuchnię z wyposażeniem, gdzie mogliśmy gotować obiady i spędzać wieczory.

Nasza typowa pasza.

Ale co najważniejsze – mieliśmy do dyspozycji prysznic! 😀 No po prostu bajka! I też niemal codziennie korzystałem z rozkoszy cielesnej zwanej kąpielą :P.
No i co ważne – praca była pod dachem. Czy wiatr, czy deszcz – nas to waliło. Jedynie uciążliwe były słoneczne dni. Termometry pokazywały wówczas temperatury rzędu 50 stopni Celsjusza.

Naszego rowa kopaliśmy do 20 lipca. Oczywiście w międzyczasie Szwedzi nam urozmaicali życie, bo byśmy pozdychali z monotonii roboty. Także wkradło się też trochę malowania zabudowań gospodarczych, znajdujących się obok szklarni, trochę porządkowania, wynoszenia śmieci i gruzu oraz ładowanie drewna opałowego do skrzyń.
Z tym ładowaniem to też była niezła zabawa. Długi podstawił nam ogromną ładowarką kilka skrzynek na drewno pod kontener, w którym było przechowywane, po czym wysiadł i zapytał mnie po prostu:
– Can you drive it? 😀
Odparłem, że uprawnień na traktory nie mam, ale Długiego to nie zmartwiło. Stwierdził, że jest to jak samochód i że dam sobie radę ;). Posadził mnie do środka, pokazał kilka dźwigni i… poszedł ;). Nawet nie sprawdził, czy faktycznie ogarnę tę machinę.
Z Krzychem więc ładowaliśmy skrzynki, a potem wywoziłem je w pobliże zabudowań gospodarczych…

Niezły hardcore! I świetna zabawa. Uwielbiam prowadzić wszystko co ma silnik :).

20 lipca skończyliśmy kopać rowa. Ucieszyliśmy się, że wreszcie nadszedł koniec mazania się w glinie. Ale nasza radość była przedwczesna. Długi wskazał nam kilka metrów dalej stół, który mieliśmy rozebrać i… w jego miejscu wykopać drugi, taki sam dół :|. Miodzio.

W międzyczasie było trochę jeżdżenia na zakupy i pocztę. Sklep mieliśmy zaledwie 3km od szklarni, więc silniki motocykli nawet porządnie nie mogły się rozgrzać podczas tych wypadów.

Sjesta poobiednia.

Szwecja nie przestawała nas zaskakiwać. Otóż gdy przyszło nam wysłać listy do domu, okazało się, że na poczcie nie ma… kopert :D. No jak w mordę strzelił – nie ma! Dopiero w kwiaciarni tuż obok udało nam się je kupić…

22 lipca wróciliśmy do Yesyesa. Znowu mieliśmy „wakacje u wujka” – jak zgodnie określiliśmy nasze odczucia z pobytu w jego gospodarstwie. Potrzebował naszej pomocy i wyrwał nas z rąk Długiego :).
Najpierw było trochę malowania i skrobania dachu z mchu, ale już na drugi dzień przyszła odmiana. W ręce nasze trafił… traktorek :). Martin Brown, rocznik ’66 :). I tymże traktorem szaleliśmy po całym Yesyesowym polu zbierając siano. Zabawy mieliśmy co niemiara, bo traktorek był cholernie narowisty i potrafił odstawić niemałego kangura. A siano wtedy lądowało z tylnych, unoszonych wideł z powrotem na glebie :).

Traktorkiem bawiliśmy się też 24 lipca, ale 25 lipca już wróciliśmy do malowania zabudowań.
Tego dnia okazało się, że Yesyes przygotował dla nas pożegnalny obiad. Pożegnalny, bowiem oświadczyliśmy kilka dni wcześniej, że 1 sierpnia nie bacząc na nic, wyjeżdżamy do Norwegii. Mieliśmy nadzieję załapać się tam na lepiej płatną pracę i obejrzeć przy okazji fiordy w okolicach Bergen. A że 26 lipca mieliśmy wrócić do szklarni i pracować już do wyjazdu – Yesyes wiedział, że więcej do niego nie wrócimy i postanowił nas jakoś wynagrodzić na koniec współpracy :).
Obiadek to była istna uczta. Już trzeci tydzień wpierniczaliśmy ryż z sosem, toteż podane nam ziemniaki były dla nas po prostu rarytasem :).

Suza się okociła 😉

Po powrocie do szklarni wachlarz naszych profesji się poszerzył. Poza kopaniem drugiego rowa musieliśmy przygotować pierwszy pod wylewkę ścian i podłogi. W tym celu trzeba było wybudować drewnianą formę – szalunek.

Ponadto trzeba było powykopywać fundamenty rozebranych na samym początku stołów oraz zaczęliśmy malować na biało metalowe belki konstrukcyjne jednej hali szklarnianej.

Już pod sam koniec lipca zaczęliśmy kombinować nad wyjazdem do Norwegii. Wykupiliśmy w sklepach mnóstwo konserw i do znudzenia wypytywaliśmy Szwedów o prognozy pogody. Ponadto doszła sprawa chleba…
W Szwecji chleb, jak już pisałem, był bardzo drogi albo bardzo napompowany. Ten napompowany był tani, ale trzeba było zeżreć pół bochenka, żeby poczuć coś w żołądku… No i jak tu zrobić zapasy do Norwegii, żeby starczyły na trochę i nie zajmowały za dużo miejsca?
Z pomocą niespodziewanie przyszedł nam Alex – ukraiński chłopak, który pracował w szklarni już od kilku miesięcy i z którym się zaprzyjaźniliśmy.

Okazało się, że Alex wypiekał sobie chleb sam – w naszej kuchni, w piekarniku ;). Ten chleb nie był może super smaczny, ale za to było co ugryźć!
Poprosiliśmy Alexa o upieczenie nam na drogę trzech bochenków, a on się bez oporów zgodził :). No i w przeddzień wyjazdu mieliśmy już trzy pachnące, cieplutkie bochenki na drogę :).
Dzięki Alex!

No i wreszcie nadszedł tak długo oczekiwany przez nas dzień – 31 lipca. Cały praktycznie dzień bawiliśmy się w malowanie konstrukcji szklarni na biało. Wieczorem otrzymaliśmy wypłatę w bardzo ładnej formie – z lodami, owocami i kwiatkami ;).

Przez cały dzień była ładna pogoda, a prognozy przewidywały jej utrzymanie przez kolejne dwa dni :). Wszystko układało się genialnie…
Po kolacji i wstępnym pakowaniu wreszcie poszliśmy spać – jak sądziliśmy po raz ostatni w szklarni.
Przez te trzy tygodnie nie nakręciliśmy nawet 100km. Stan licznika: 51231km.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.