.: Moje przygody z motocyklami :.

Skandynawia

Dni od 15 do 23 – 3.07.2005 r. – 11.07.2005 r.

No i zaczęły się dni świstaka.
Schemat dni w tej pracy zawsze był taki sam, więc wrzucam to w jeden worek. Trudno na 9 stornach pisać ciągle to samo :P.
Wstawaliśmy codziennie o 7:20. Na śniadanie jadaliśmy chleb z różnymi zapasami z Polski lub produktami już kupionymi w Szwecji. O godzinie 8:00 stawialiśmy się w pracy.
Po 6 godzinach roboty, o 14:00 mieliśmy godzinną przerwę na obiad. Na zmianę – raz Krzychu raz ja – gotowaliśmy spagetti, ryż lub kaszę gryczaną, dokładając do tego sos i jarzyny z puszek.
W tej godzinnej przerwie człowiek czasem zasuwał szybciej niż w robocie :). Szczególnie, gdy trzeba było zrobić zakupy :). Wówczas godzinka na zrobienie obiadu, jego zjedzenie, wypoczęcie i wyjazd po zakupy – była ciut pracowita… Oczywiście na zakupy jechał zawsze ten z nas, który akurat nie gotował, więc ostatecznie nie było tak tragicznie :).
Po obiedzie, o 15:00 wracaliśmy do pracy i kończyliśmy ją dopiero o 21:00. 12h pracy. Bez wyjątków, przez wszystkie 9 dni :).
Po robocie każdy z osobna szedł się umyć. Na kolacje robiliśmy sobie zazwyczaj ciepłe dania (fasola w zalewie pomidorowej lub zupka chińska – obowiązkowo z czosnkiem :P). Po kolacji jeszcze zwykle pisaliśmy SMSy, ja spisywałem wydarzenia dnia w notesie, słuchałem muzyki… No trochę relaksu trzeba było zaznać… Spać chodziliśmy ok. 23:00.
Tak jak pisałem – taki schemat dnia, ustalony na początku, przetrwał bez wyjątków do końca pracy w stadninie koni.
Sama praca była dosyć ciekawa i urozmaicona. Generalnie musieliśmy zbudować w ogromnym, krytym wybiegu dla koni (ujeżdżalnia o wymiarach 42m x 24m) ściany z drewna. Gdy pierwszy raz weszliśmy do tej hali (wyglądającej jak hangar lotniczy :P), to wszystkie cztery ściany były gołe. Jedynie po lewej od wejścia było już coś napoczęte.

Przez kolejne dni budowaliśmy więc najpierw drewniane stelaże na całej długości ścian, a potem okrywaliśmy to deskami wykończeniowymi. Mnóstwo wiercenia w drewnie, metalu i betonie, wkręcania śrub (przy samym pokryciu padło 5 tyś. wkrętów :P), cięcia drewna, noszenia go itd.

Na sam koniec, gdy już wszystkie ściany były gotowe, musieliśmy jeszcze je zaimpregnować jakimś specjalnym, śmierdzącym jak siedem nieszczęść olejem wymieszanym z terpentyną. Ale to już była bułka z masłem…
Pozytywnym aspektem pracy w tamtym miejscu było to, że mieliśmy dach nad głowami, więc czy padało czy nie – nas to waliło :). Ponadto bywało, że przez wiele godzin siedzieliśmy w hali zupełnie sami. Nikt nas nie pilnował :). Co prawda obijać się nie obijaliśmy, bo z nudów byśmy poumierali, ale człowiek czuł się jakoś tak swobodnie i praca lepiej nam dzięki temu szła :).
Dużym atutem było też to, że już pierwszego dnia Krzychu załatwił, że mogliśmy w tej samej hali trzymać motocykle :).

Spaliśmy dzięki temu dużo spokojniej, bo nawet w Szwecji nie brakuje amatorów cudzej własności, a motocykle nie mokły w czasie deszczów.
Nasz szef – trzeba przyznać – to był równy gość. Pierwszą ścianę spapraliśmy jak się tylko dało, ale w ogóle się o to nie czepiał, tylko kombinował jak to poprawić. Raz postawił nam nawet piwo. 🙂 I to nie szwedzkiego sikacza, a normalne, duńskie, mocne piwko :).
Jedynym dużym minusem pracy w tej stadninie koni był brak dostępu do jakiegoś prysznica. Ale nie ma to jak fantazja i doświadczenie Krzycha z poprzednich lat :).
Otóż w sąsiadującej z naszą halą wybiegową stodole był prysznic – dla koni :). Po prosty szlauch z końcówką przypominającą pistolet ;). Jak dla nas – wypas :). No więc co parę dni czekało się, aż wszyscy właściciele koni pojadą do domów (czasem nawet do północy) i chodziło się wykąpać do stodoły :).
Oczywiście robiliśmy to w pełnej konspiracji. Światła się nie zapalało, w środku było ciemno, konie rżały i mlaskały, jedząc swoją kolację. Obrazu dopełniało stukanie kopyt i sapanie… Niezły klimat! 🙂 Nerwy człowiek miał napięte do granic możliwości. Nigdy nie mogliśmy mieć pewności, czy ktoś nie wlezie i nie zobaczy cię w stroju Adama na środku stodoły ze szlauchem w ręku (znaczy prysznicem :P). Na szczęście ani razu się to nie zdarzyło…


Innym urozmaiceniem w tych dniach była jazda na zakupy :).
Gdy wybijała godzina 14:00 następował sprint do łazienki – szybkie mycie nad umywalką, żeby w sklepie wyglądać jak człowiek. Potem bieg do przyczepy, zmiana ubrania i sprint po motocykl do hali. Odpalenie, wyjazd i już stówka na blacie :). Albo i więcej :). Potem w samym sklepie też szybkie zakupy, wkurzanie się na opieszałe babcie w kolejce do kasy, a po skasowaniu zakupów – taki sam szybki powrót do stadniny…
Raz, jak wracałem, rozbujałem się do 150km/h. I w tym momencie minęła mnie z przeciwka Policja… 😐 Miałem serce w gardle i patrzyłem ze strachem w lusterka czy przypadkiem nie zawrócą i nie puszczą się za mną w pogoń. Słyszałem o bardzo surowych szwedzkich mandatach… Potem się dowiedziałem, że za taką jazdę to już nawet nie byłby mandat :). Za przyjemność przekraczania prędkości zaledwie o 10km/h się jeszcze płaci – jakieś 400-500zł. Gdy przekroczysz prędkość o 20km/h, to już możesz od razu Policjantowi oddać prawo jazdy, a gdy się zagalopujesz o 30km/h – pozostaje wystawić ręce na kajdanki ;). Dosłownie – idziesz za to do paki!
Jja bym dostał dożywocie ;).
Na szczęście Policja nie zawróciła, a ja już przykładnie i przepisowo wróciłem do przyczepy.

Zazwyczaj taki maraton po zakupy trwał około pół godziny i wracało się prosto na świeżo podany obiadek…

Ostatniego dnia w pracy już po obiedzie za bardzo nie było czego budować. Wynosiliśmy więc z hali snopy siana, które spełniały dotąd rolę zbudowanych przez nas ścian.

Potem jeszcze jakieś porządki i dociągnęliśmy do tej 21:00.
Zaraz też dostaliśmy wypłatę :). Gospodarze dali nam też po piwku, a potem po drinku… Z godzinkę sobie porozmawialiśmy, po czym w świetnych humorach poszliśmy do przyczepy na kolację i spoczynek.
Na motorku w tych dniach nawinąłem zaledwie paręnaście kilometrów. Licznik zatrzymał się na liczbie 51017km.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.