.: Moje przygody z motocyklami :.

Skandynawia

Dni od 11 do 13 – 29.06.2005 r. – 1.07.2005 r.

No i wreszcie byliśmy w pracy. Cel nasz został osiągnięty :).
Yesyes przez te trzy dni dawał nam różne zajęcia, które w gruncie rzeczy mógłby zrobić sam, gdyby był nieco mniej leniwy :). Nam to jednak zwisało – co dawał, to braliśmy i robiliśmy :). Było trochę łażenia po drabinach, wyciągania gwoździ, malowania, drapania, skrobania, noszenia… Standard :).
Stawialiśmy się w pracy o 8:00 rano po szybkim śniadaniu. Około 11:00 Yesyes częstował nas kawą z małą przekąską. Taki płatny, piętnastominutowy odpoczynek :). Przerwy obiadowe z założenia robiliśmy sobie około 14:00 i musieliśmy zadowolić się tylko godziną. Pracę kończyliśmy około 18:00 z uwagi na pojawiające się mniej więcej o tej godzinie chmury komarów… 🙁

Pierwszego dnia było jednak na tyle ciepło, że po pracy zdążyliśmy się jeszcze wykąpać w jeziorku :). To była sielanka… Drzewka, cisza, ptaki i kąpiel w jeziorze. Wreszcie kąpiel!

Drugiego dnia trochę gorzej było z pogodą. Około 17:00 rozpadało się dosyć mocno. Natura nawet przemówiła do nas basowym pomrukiem grzmotu, ale oberwanie chmury było krótkie. Pracę skończyliśmy o 18:00, po czym musieliśmy pojechać do Alingsas na zakupy. Już brakowało nam chleba.
No i tu klocki – rozpadało się na nowo i na tych parunastu kilometrach przemokły nam ciuchy :(.
Po powrocie z zakupów do naszego gospodarstwa, poprosiliśmy Yesyesa językiem angielsko-migowym o wysuszenie rzeczy w stodole. Oczywiście powiedział co umiał, więc po chwili kurtki i spodnie suszyły się na sznurkach. A my zabarykadowaliśmy się w namiocie, kryjąc się przed komarami. Wredne bestie!

Ostatniego dnia pogoda znowu była piękna i można było bez kłopotów popracować :). O 18:00 ostatni raz przed wyjazdem do zaklepanej pracy w Goteborgu złożyliśmy narzędzia w stodole i… dostaliśmy wypłatę ;). Gdy Yesyes wyskakiwał z kasy, próbował nas zagadnąć, jakie mamy plany na przyszłość. Zaskoczył nas wówczas niesamowicie, rzucając na odchodnym nową angielską frazę:
– You are welcome back – pewnie uczył się tego cały dzień ;).
Czyli mieliśmy gdzie wrócić w razie czego – a to już coś znaczyło…
Wieczorem jeszcze raz skorzystaliśmy z dobrodziejstwa kąpieli w jeziorze, potem cyknęliśmy sobie fotkę z Yesyesem…

…po czym spakowaliśmy bagaże i zamknęliśmy się w namiocie na noc…
Przez te trzy dni licznik podkręciłem tylko o 38km. Stan: 50885km.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.