.: Moje przygody z motocyklami :.

Skandynawia

Wprowadzenie

Cała historia zaczęła się całkiem niewinnie. Przeglądając Forum Motocyklistów natknąłem się na wątek stworzony przez niejakiego MZ Ridera z Poznania, zatytułowany „Szukam kompana na wyjazd do pracy w Skandynawii (czerwiec)”.
Siedziałem w tym czasie głęboko w sesji zaliczeniowej na studiach. Sam MZ Rider nie był mi osobą do końca obcą – już od dawna byłem pełen podziwu dla jego odwagi, bowiem na zwykłej Etce MZ Rider zwiedził całkiem spory kawał Europy, o czym mogłem poczytać na jego witrynie internetowej.

Krzychu vel MZ Rider 🙂

Czytając opisy z jego wojaży zawsze doznawałem uczucia nostalgii, czegoś w stylu „też bym tak chciał, ale kurde, jak to zrobić?”…
Z tej też przyczyny napisałem maila do Krzycha (gdyż tak się naprawdę nazywa MZ Rider) z życzeniami powodzenia w poszukiwaniach towarzysza i samej wyprawie. Jednocześnie napisałem, że gdybym miał kasę i sesję z głowy, to bym nawet chętnie sam pojechał. W zasadzie na poważnie wówczas tego nie pisałem, gdyż nawet mi przez głowę nie przeszło, że faktycznie mógłbym ruszyć na Suzi w tak daleką podróż! Mail był tylko wyrażeniem marzenia, które wówczas wydawało mi się bardzo odległe…
Krzychu odpisał.
W mailu zwrotnym polecił mi się jednak lepiej nad wyjazdem zastanowić, podał generalne założenia, koszty… No i już w głowie nie miałem nic innego jak myśl – „kurde, a może jednak? no bo czemu w sumie nie?”
I tak od maila do maila decyzja zapadła. Już wiedziałem, że jeśli tylko nic nie stanie mi na przeszkodzie – pojadę…
I tak też się stało. Z ogromną pomocą wielu osób udało mi się przygotować do wyjazdu w około dwa tygodnie. Najbardziej pomogli mi w tym moi rodzice, załatwiając mi ubezpieczenie i pożyczając na wyjazd niezbędne fundusze… I za to już tu im serdecznie DZIĘKUJĘ!!!
Przygotowania przygotowaniami, ale studia żyły własnym życiem. Oj, ciężko było uczyć się do egzaminów, mając w głowie przedwyjazdowy mętlik. No ale jakoś udało mi się wszystko w ekspresowym tempie pozaliczać, a indeks zostawiłem koledze, aby pozałatwiał mi wszystkie wpisy. Dzięki temu już 15 czerwca byłem wolny i mogłem jechać :).
Dogadaliśmy się z Krzyśkiem, że wyruszymy z Poznania dnia 19 czerwca 2005 roku. Dla mnie oznaczało to wyjazd dzień wcześniej, bowiem z Rybnika do Poznania miałem jednak parę kilometrów…
Miałem więc dwa dni na końcowe przygotowania – pakowanie, kupowanie żarcia, dopieszczanie motorka… Niby dużo roboty, a jednak te dwa dni ciągnęły mi się niesamowicie ;). Jedynie góra bagażu jaka urosła mi na łóżku w pokoju zaczęła mnie przerażać – jak to załadować na tak malutki motorek, jakim jest GS?

Góra bagaży – co prawda nie na łóżku, ale… i tak góra:P

Dzień zero – 18 czerwca 2005 r.

W końcu nastał tak długo oczekiwany przeze mnie dzień 18 czerwca 2005 roku. Wstałem chyba koło 7:00 rano, zjadłem coś, ubrałem się i polazłem do garażu po motorek. Po 8:00 już stał pod blokiem, a pół godziny później już kombinowałem jak zamienić Suzi w Goldwinga ;).
Nie ma to tamto – udało się ;).

Mój ojciec postanowił mnie eskortować do Gliwic i wyprowadzić na starą drogę na Poznań (przez Olesno). Ja chciałem jeszcze skoczyć pożegnać się z koleżanką, więc z Ojcem umówiliśmy się na jednym parkingu o godzinie 10:00.
I tak około 9:00 opuściłem już definitywnie domek na najbliższe dwa miesiące.

Komu w drogę, temu Miksol ;).

Warto tu może zanotować początkowy stan licznika w motocyklu – widniała na nim liczba 48720 km.
Skoczyłem szybko z całym kramem do Boguszowic. Ciekawe były te pierwsze kilometry. Jazda jak ze słoniem na plecach! Ale w miarę szybko się przyzwyczaiłem i potem już jechało mi się całkiem „normalnie”.
Po wizycie w Boguszowicach, skoczyłem na ustalony parking, gdzie czekałem na ojca do 10:15. Podczas tego czekania coś tam zacząłem grzebać w tankbagu, który potem przy zamykaniu… zaczął się pruć! Ładny początek…
Gdy ojciec dojechał – w końcu ruszyliśmy :). Ale jazda od pierwszych metrów nie była zbyt miła. Wiał tak potwornie silny wiatr, że z tak „ożaglowanym” GSem rzucało mną po całej drodze. Jeszcze nigdy nie jechałem na winklach pionowo, a na prostej złożony jak w zakręcie :P. Niezły klimat ;).

Za Gliwicami, już na drodze na Poznań, zatrzymaliśmy się na poboczu. Pożegnałem się z ojcem, rzuciłem moczem w krzaki i – już sam – ruszyłem dalej :).

Przyznam się, że na początku miałem stracha o Suzi. Prosiłem ją, że jak ma się zepsuć, niech to zrobi na początku, a nie gdzieś tam… 🙂 Ale potem już o tym nie myślałem i – Suza uradziła ;). Ale nie wyprzedzajmy faktów…
Jak posadziłem dupsko na motocyklu, tak już nie chciało mi się z niego zsiadać. Tyłek bolał, wiatr wiał, ale mimo tego, jakoś fajnie mi się jechało. Chyba byłem bardzo podjarany całym wyjazdem… W rezultacie zatrzymałem się tylko raz na 5 minut po paliwo i już o 14:50 byłem w Poznaniu :). 4,5h i 352 km :). Nieźle ;).
Telefonicznie umówiliśmy się z Krzyśkiem na parkingu koło jakiegoś marketu i już po chwili zobaczyliśmy się po raz pierwszy w życiu :). Krzychu podjechał ze swoją dziewczyną samochodem i podprowadził mnie do swojego domu.
Tam dostałem pokój na nocleg, zostałem poczęstowany obiadem, a po południu razem z rodziną Krzyśka poszliśmy na starówkę Poznania. Odbywał się tam jakiś festyn. No i tak biegając po rynku pośród straganów, gdy zobaczyłem wystawioną na sprzedaż małą flagę Polski, już wiedziałem, czego mi w bagażu brakowało :). Flagę oczywiście kupiłem i towarzyszyła mi ona już do końca wyprawy.
Wieczorem jeszcze Krzychu zrobił grilla…

…po którym wziąłem prysznic (nie wiedziałem, kiedy znowu będę miał taką okazję!) i polazłem spać.
Na liczniku już były 49072 przejechane kilometry :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.