.: Moje przygody z motocyklami :.

Rumunia Trzecia

Dzień 2 – 3 lipca 2016 r.

Wczorajszy pogodowy zwrot akcji wrzucił nas w objęcia „powtórki z rozrywki”. Przebieg dzisiejszej trasy musiał być bliźniaczo podobny do drugiego dnia wyjazdu sprzed roku, gdyż jedynym sensownym dla nas kierunkiem było południe – ku Transalpinie. Monika miała co prawda w zanadrzu zaznaczone na mapie i w przewodniku całe szeregi różnych ciekawych miejsc do odwiedzenia, ale aby do nich dotrzeć, musieliśmy najpierw osiągnąć Karpaty.

Wstaliśmy na nogi (a raczej obudziło nas kwiczenie karmionych świń :P) o godzinie 7:00 rano czasu polskiego. W Rumunii była to 8:00 – czas jest tam przesunięty o jedną godzinę. Monice w komórce zegarek się sam przestawił, więc cały wyjazd operowała czasem rumuńskim, a ja, patrząc na zegary motocykla czy ręczny zegarek, używałem czasu polskiego :). Nie raz się przez to sprzeczaliśmy i było wesoło :). Na potrzeby tej relacji będę korzystał z czasu polskiego.
Urządziliśmy sobie śniadanko przy kempingowej kuchni, dokarmiliśmy lokalnego psa, który patrzył na nas, jak na UFO,

… nagotowaliśmy kawy do termosu i rozpoczęliśmy proces pakowania. Już o 8:30 byliśmy gotowi do drogi i opuściliśmy nasz przytulny domek.

Pogoda była piękna, co zwiastowało nam kolejny udany dzień.
Przedpołudnie musieliśmy potraktować tranzytowo. Z Remetea dojechaliśmy drogą 764 do Beius, gdzie wpadliśmy na remontowaną krajową drogę nr 76. Rok temu przeżyliśmy tutaj dantejskie sceny i bardzo tego odcinka się obawialiśmy. Remont posunął się jednak do tego stopnia, że zatrzymały nas jedynie 2 lub 3 wahadła. Nie było też z rana aż takiego upału jak rok temu, oraz ruch, z uwagi na niedzielę, był bardzo mały. Stosunkowo więc szybko i bezboleśnie, w miejscowości Stei, skręciliśmy w lewo na krajową drogę DN75.

Na dzień dobry drogę zatarasowało nam na chwilę wędrujące przez most stado kóz.

Potem przebijaliśmy się przez piękne tereny na pograniczu Parku Narodowego Apuseni, gdzie znowu wałęsające się krowy nie raz stały nam na drodze, ku radości Moniki.

Okolice były tam naprawdę piękne, a asfalt miejscami apetycznie się wił. Kto wie, może warto tam jeszcze kiedyś pokręcić się i zbadać okolicę dokładniej?

Po oddaleniu się od Parku Narodowego skręciliśmy z DN75 na DN74A w stronę Abrud, a następnie na DN74 ku Alba Lulia. I tam, po pokonaniu ok. 130km, zatrzymaliśmy się na drugie śniadanie na zakręcie pięknie usytuowanej w zalesionej dolinie drogi.

Ciszę tamtego miejsca zakłócał jedynie stłumiony odległością dźwięk krowiego dzwonka. Monika długo wypatrywała zwierza i w końcu pojawił się na zboczu góry, dwa zakręty dalej. Krówka hasała jak kozica po zboczu i obgryzała trawę :).
Chwilę po południu w okolicy Alba Lulia dopełniliśmy zbiornik paliwa w motocyklu i polecieliśmy dalej w stronę Sebesu, skąd już zaczyna swój bieg droga DN67C. Jej zwieńczeniem jest Transalpina :).

Niestety, Rumunia nie byłaby sobą, gdyby pogoda sprzyjała nam cały czas. Im dalej zagłębialiśmy się w Karpaty, tym groźniejsze i ciemniejsze chmury przebijały się pomiędzy górami.

A gdy dojechaliśmy do zalewu Tau-Bistra, wisiały nad nami już granatowe chmurzyska, z których co jakiś czas strzelały błyskawice.
Zatrzymaliśmy się przy zaporze, aby ubrać się w kombinezony przeciwdeszczowe.

Wtedy minęli nas znajomi motocykliści, których poznaliśmy na granicy – posłuchali naszej rady i właśnie zjeżdżali z Transalpiny… Machnęli nam i pojechali dalej. A my, zabezpieczeni od deszczu, ruszyliśmy dalej w stronę przełęczy.
No, Transalpinę pokonywałem po raz trzeci, ale pierwszy raz Matka Natura obrzuciła mnie tu gradem. Jak lunęło, tak po chwili od kasków zaczęły odbijać nam się gradziny, a niebo przeszywały pioruny. Co ciekawe, nawet nie byłem zły, a wręcz zachwycony grozą i pięknem tego wszystkiego :P. Monice na szczęście też humor dopisywał.

Grad i burza były na szczęście dla nas tylko epizodem, który zakończył się, gdy tylko oddaliliśmy się od zalewu Tau-Bistra. Przy następnym zalewie Oasa już tylko lekko padało i asfalt był mokry.
Z ciekawostek – jedyny odcinek, który rok temu nie miał nawierzchni i wyglądał jak kamieniołom, tym razem pokryty był świeżutkim asfaltem. Rumunia z roku na rok coraz bardziej się cywilizuje i to da się dostrzec.

Po ominięciu Obârşia Lotrului rozpoczął się kulminacyjny odcinek Transalpiny. U samego podnóża przełęczy zatrzymaliśmy się przy rzece, aby nieco ogrzać się kawą. Deszczyk lekko kropił a chmury niestety nie zwiastowały suchego przejazdu.

Jednakże gdy ruszyliśmy, im dalej byliśmy i im bardziej zbliżaliśmy się do przełęczy, tym chmur na niebie było coraz mniej, a asfalt zaczął przesychać.

Byliśmy z Moniką tym faktem całkowicie zaskoczeni. Los niespodziewanie podarował nam piękny prezent – na Transalpinę wspinaliśmy się już w wymarzonych warunkach, których nic wcześniej nie zapowiadało… Mogliśmy delektować się widokami i każdym zakrętem bez obaw o poślizg i szlifa :).

Opisywać trasy po raz kolejny nie będę. Zdjęcia muszą wystarczyć i fakt, że przyjechałem tu po raz trzeci w życiu :).

Kawałek za najwyższym punktem przełęczy, przy ciasnym nawrocie o 180 stopni, zobaczyliśmy z Moniką gruntową drogę prowadzącą na małe wzniesienie. Teren w tym miejscu znajduje się na ponad 2000 m. n. p. m. Oczywiście zjechaliśmy na tę gruntówkę, odjechaliśmy na jakieś 200-300m od asfaltu i w dogodnym miejscu zatrzymaliśmy się, aby zrobić sobie krótką przerwę. Widoki były przepiękne, temperatura podskoczyła, więc czym prędzej zrzuciliśmy przeciwdeszczówki.

Byłem tak zauroczony chwilą i widokami, że aż zachciałem zjeść w tym miejscu obiad. Była już godzina 15:00, więc idealna na ciepły posiłek. Ale ostatecznie nie zdecydowaliśmy się na wyciągnięcie kuchenki. Do pensjonatu Ileana, gdzie planowaliśmy nocleg, mieliśmy już naprawdę niedaleko i uznaliśmy, że przygotowanie posiłku będzie tam dużo łatwiejsze.

I tak w istocie się stało.

Pokonaliśmy resztę Transalpiny, zatrzymując się jedynie w górskiej miejscowości Ranca, gdzie chcieliśmy zrobić małe zakupy. Niestety w sklepie nie było pieczywa, więc pojechaliśmy dalej.

I około 16:00 wylądowaliśmy pod naszym pensjonatem.

Nic się tam na szczęście nie zmieniło, poza ceną, która wzrosła o 10 Lei. Wzięliśmy oczywiście pokój i wylądowaliśmy w tym samym, co rok temu :).
Po rozpakowaniu na pierwszy ogień poszedł obiad. Zjadłem sobie flaczki, a Monika ziemniaki ze skwarkami. Potem wyskoczyliśmy na spacer do sklepu – właścicielka pensjonatu wyjaśniła nam, że sklep jest bardzo blisko drogą w dół w stronę Novaci.

Spacerek oczywiście był wesoły i był pierwszym z trzech odbytych tego wieczoru :). Najpierw bowiem kupiliśmy w sklepie piwo i trochę mniej istotnych rzeczy, by po ich odniesieniu do pensjonatu (i spożyciu), zapragnąć wyjść drugi raz. Tutaj udało nam się dotrzeć tylko do studni, znajdującej się w połowie drogi między pensjonatem a sklepem, gdy zaczął padać deszcz.

Musieliśmy wrócić do pokoju.
Deszcz był intensywny, ale szybko przeszedł, więc wyszliśmy połazić po raz trzeci ;). Przy pierwszych zakupach nie udało nam się zdobyć pieczywa, więc uznaliśmy, że można poszukać innego sklepu.
Zaszliśmy aż na przedmieścia Novaci, gdzie udało nam się kupić wszystko, co niezbędne i w drodze powrotnej włączył nam się szwędacz. Zamiast iść po swoich śladach do pensjonatu, poszliśmy wzdłuż przepływającej przez miasteczko rzeki. Ot tak, zobaczyć co ciekawego nas spotka :).
Gdy oddaliliśmy się nieco od mostu biegnącego nad rzeką, uznaliśmy, że spróbujemy przejść na drugą stronę przez wodę. Nurt wydawał się nie być jakiś silny, więc zrzuciliśmy sandały i weszliśmy do rzeki.

Oj, prąd był jednak całkiem zacny! A dno rzeki pieruńsko śliskie… I tak trzymając buty i zakupy w rękach przez dobre pół godziny walczyliśmy, by przedostać się na drugą stronę. Trochę smutno byłoby się tam wykąpać w całości, gdyż nasze komórki by tego nie przeżyły…

Na szczęście udało nam się i – już zadowoleni z siebie – wróciliśmy do naszego pokoju :).
Wieczorem jeszcze zjadłem kolację (Monika o późnych porach nie jada), wzięliśmy prysznic i zaplanowaliśmy nad mapą kolejny dzień. Potem już pozostało tylko udać się na spoczynek.
To był znowu bardzo udany dzień. Kolejny raz zakosztowaliśmy pozytywnych darów od losu i poznaliśmy kawałek Rumunii piechotą. A na motocyklu zrobiliśmy 329km.

Dzisiejsza trasa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.