.: Moje przygody z motocyklami :.

Rumunia Poślubna

Dzień 4 – Czwartek, 13 lipca 2017 r.

Wstaliśmy dosyć wcześnie – ok. 6:40. Chcieliśmy dotrzeć jeszcze przed uruchomieniem kolejki linowej do stacji, aby ustawić się w ew. kolejce i pojechać pierwszym kursem w góry. Pogoda za oknem była rewelacyjna – widać było całe pasmo górskie, na które się wybieraliśmy.

Najpierw oczywiście wszamaliśmy śniadanko i przygotowaliśmy sobie prowiant na cały dzień w górach. W kuchni był ekspres do kawy, a dzień wcześniej kupiliśmy mleko, więc mogliśmy napić się prawdziwej kawy :).

Po śniadaniu wpakowaliśmy jedzenie i dodatkowe ubrania do tankbaga i dziarskim krokiem, jeszcze przed 8:00, ruszyliśmy w stronę stacji kolejki.

Na miejsce dotarliśmy dobry kwadrans przed pierwszym jej kursem. W kolejce czekały przed nami zaledwie 3 osoby :).
Równo o 8:30 wpuścili nas na stację i chwilę później do wagonika kolejki.

Stanęliśmy sobie w miejscu z najlepszym widokiem przy szybie czołowej i po paru minutach kolejka ruszyła :). Monika była nieco zestresowana, co objawiało się nadmierną gadatliwością ;). Obyło się jednak bez napadu paniki i cały przejazd jakoś przeżyła.

Widoki z kolejki były już bardzo ciekawe. Wagonik piął się naprawdę ostro do góry i wisiał nad sporą przepaścią. W pewnym momencie wjechaliśmy też w chmury, które zdążyły się uzbierać przy szczycie, ale ich warstwa nie była gruba i szybko wyskoczyliśmy na pełne słoneczko. No, nad chmurami dopiero zaczęły się widoki! Prawdziwa uczta dla oczu…

Wagonik dotarł do górnej stacji po ok. 10 minutach.

Znaleźliśmy się na wysokości ok. 2300 m. n.p.m. Wyszliśmy ze stacji i… mało nas nie zdmuchnęło! Pogoda była piękna, ale wiało jak w kieleckim i szybko stwierdziliśmy, że na taki wiatr nie jesteśmy przygotowani. Założyliśmy na siebie absolutnie wszystko, co mieliśmy a i tak wicher przenikał nas do kości.
Nie powstrzymało nas to jednak i ruszyliśmy na szlak. Na pierwszy ogień poszły – znajdujące się zaraz przy stacji kolejki – Babele.

Czyli „Stare Baby”.

Czyli takie fajne ostańce, piaskowcowe twory, efekt erozji powodowanej przede wszystkim przez wiatr.

Jedna z tych formacji skalnych – chyba najbardziej „sławna” i rozpoznawalna – przypomina kształtem Sfinksa, ale jakoś w ferworze walki z wiatrem go przeoczyliśmy ;).

Kiedy już nacieszyliśmy się wstępnie widokami, porobiliśmy zdjęcia, filmiki i poskakaliśmy po skałkach, wystartowaliśmy dziarskim krokiem wzdłuż żółtego szlaku, który zaprowadzić miał nas na szczyt Omu. Szliśmy szybko, aby się nieco ogrzać. Szlak zresztą pozwalał na forsowny marsz – praktycznie cały czas wędrowaliśmy po obszernych halach, na których nie było zbyt wielu stromych podejść.

Co jakiś czas wychodziliśmy zza wzniesień lub przekraczaliśmy grzbiety górskie i oczom naszym ukazywały się coraz to nowe krajobrazy, szczyty górskie, panoramy.

Nie sposób było przechodzić koło nich obojętnie, więc komórki i aparat były prawie cały czas w użyciu…

Im dalej byliśmy, tym wiatr robił się mniej dotkliwy i wędrówka robiła się przyjemniejsza.

Naprawdę szlak nie był wymagający. No, może poza jego długością – na szczyt Omu było z 7-8km.

Do celu dotarliśmy ok. 11:00.

Na miejscu w zasadzie były dwa szczyty – jeden z metalowym krzyżem o wysokości 2503 m n.p.m. (Warful Ocolit), z którego rozpościerała się piękna panorama we wszystkich kierunkach i drugi o wysokości 2507 m n.p.m. ze schroniskiem (Omu).
W pierwszej kolejności weszliśmy na ten niższy szczyt, gdyż wydawał nam się tym docelowym ;).

Porobiliśmy masę zdjęć, filmików i panoram, po czym poszliśmy w stronę schroniska – Cabana Omu. Schronisko przyklejone jest do ogromnej skały, stanowiącej najwyższy punkt góry.

Po spenetrowaniu zakamarków drugiego szczytu, weszliśmy do schroniska.

Tam zamówiliśmy sobie ciepłą kawę i zjedliśmy drugie śniadanie.

Na ścianach budynku było kilka zdjęć i tablic pokazujących historię tego miejsca, która sięga 1888 roku.
Posileni i ogrzani, ruszyliśmy w drogę powrotną.

Szczyt Omu był najdalej wysuniętym punktem naszej dzisiejszej wyprawy, ale mieliśmy do odwiedzenia jeszcze monument widoczny z samego Busteni – Krzyż Bohaterów, nazywany też krzyżem na szczycie Caraiman, który zbudowano w latach 1926-28 na wysokości 2291 m n.p.m. ku czci poległych w pierwszej wojnie światowej. Znajduje się on niedaleko stacji kolejki linowej.
Początkowo, przez może 2km, szliśmy po swoich śladach.

Urozmaiceniem był dla nas alternatywny przebieg żółtego szlaku – wędrowaliśmy obok wysokiej na kilkanaście metrów pionowej ściany skalnej, podczas gdy rano szlak prowadził nas ponad tą ścianą.

Potem trafiliśmy na rozwidlenie szlaków i skierowaliśmy się w stronę Krzyża Bohaterów, mając przed sobą na horyzoncie jeszcze ogromną wieżę wojskową.
Trasa tym razem szła częściej po rozległych, trawiastych równinach praktycznie bez żadnej ścieżki.

Szlak oznakowany był wbitymi w ziemię metalowymi słupkami i poprowadził nas w okolice wspomnianej wieży wojskowej, którą ominęliśmy szerokim łukiem.

W pewnym momencie zboczyliśmy nieco ze szlaku. Ogólnie nie dało się już zabłądzić, a zachciało mi się podejść do samej krawędzi urwiska, skąd miałem nadzieję zobaczyć Busteni i Krzyż Bohaterów. I Krzyż nawet przez chwilę był widoczny, ale urwisko nie było jeszcze tym „ostatnim” ;).

Poszliśmy więc wzdłuż jego krawędzi, zeszliśmy na niższy poziom i po jeszcze parominutowym marszu przed 13:00 zawędrowaliśmy w okolice zejścia do Krzyża Bohaterów. Jak się bowiem okazało, był on znacznie niżej poziomu, na którym byliśmy.

Ponieważ od dłuższej chwili obserwowaliśmy powolne pogarszanie się pogody, nie zdecydowaliśmy się na zejście do samego pomnika. Urwisko, na którym stał, spowite było w gęstych chmurach, więc lepszego widoku na dole nie można było się spodziewać. A przedłużanie naszego pobytu w górach mogło narazić nas na deszcz – gromadzące się na niebie z każdej strony ciemne chmury nie wróżyły spokojnego popołudnia.
Posiedzieliśmy sobie więc chwilę, patrząc na Krzyż Bohaterów z góry…,

… po czym ruszyliśmy w stronę stacji kolejki, aby zjechać już do Busteni. I tu małe zdziwienie. Wydawało nam się, że do kolejki jest już niedaleko, a tu marsz – nota bene już bardzo szybki – zajął nam prawie godzinę.

Nasze tempo pogonił w pewnym momencie rozpoczynający się deszcz, przed którym nie dało się w żaden sposób schronić… Na szczęście popadało tylko przez parę minut i nie przemoczyło nam ubrań.
W pewnym momencie na szlaku do kolejki natrafiliśmy na złogi brudnego śniegu :). Oczywiście postój był obowiązkowy, aby pookładać się lipcowymi śnieżkami i zrobić kilka zdjęć. Ubaw po pachy ;).

No i w końcu ok. 13:40 dotarliśmy na stację kolejki.

Widząc akurat wjeżdżający wagonik, prawie biegiem weszliśmy na piętro stacji, aby załapać się na kurs powrotny. Widząc puste bramki naiwnie pokazaliśmy panu z obsługi bilety i… okazało się, że jesteśmy pod bramkami, którymi przechodzą pasażerowie przyjeżdżający na górę. Pobiegliśmy więc do drugich i – jak się można było spodziewać – stanęliśmy na końcu ogromnej kolejki czekających na zjazd. Zapchany był cały korytarz i klatka schodowa prowadząca na piętro.
W kolejce tej spędziliśmy ponad godzinę. Do wagonika powrotnego wsiadaliśmy ok. 14:40. Zjazd na dół był nieco bardziej emocjonujący, niż wjazd na górę, szczególnie przy mijaniu słupów kolejki. Przy każdym z nich kolejka ostro „nurkowała”, sprawiając wrażenie spadania.

W Busteni wylądowaliśmy ok. 15:00. Ruszyliśmy przez centrum w drogę powrotną do pokoju i po drodze weszliśmy do ciekawie wyglądającej restauracji, aby zjeść obiadek :).

No, po całym dniu w górach, z ogromną przyjemnością napiliśmy się zimnego piwka, a parę minut później zamoczyliśmy zęby w pysznym posiłku. Standardowo wziąłem sobie wieprzowinę z grilla a Monika mięsną sałatkę. I co tu dużo mówić, jedzenie było pierwszorzędne :).

Podczas obiadu nadeszło prawdziwe oberwanie chmury. Lało się z nieba jak z kranu! Droga przy restauracji momentalnie zamieniła się w rzekę…

Padało tak mocno, że po zapłaceniu rachunku nie odważyliśmy się od razu wyjść z knajpy. Czekaliśmy, aby deszcz uspokoił się na tyle, aby dało się przebiec na drugą stronę ulicy do sklepu…
W końcu czekanie nam się znudziło i pobiegliśmy. Te 40 sekund na deszczu wystarczyło, abyśmy byli całkiem solidnie mokrzy ;).
W sklepie zaopatrzyliśmy się w produkty na wieczór i poranek, po czym… czekaliśmy przed sklepem, aby móc przebiec do kawiarni – chodziła za nami od początku wyjazdu do Rumunii chęć napicia się prawdziwej kawy…
Kawiarenka była tuż za rogiem, więc znowu nie czekając zbyt długo, przebiegliśmy do niej w strugach deszczu. Przed kawiarnią były zadaszone stoliki, więc wybraliśmy sobie dwa względnie suche krzesła i rozsiedliśmy się.

Deszcz przybrał na sile – kapało nam na stolik, chlapało po nogach i krawędzi stołu, ale twardo wytrwaliśmy, biorąc wszystko na wesoło. Zdecydowanie niezapomniana kawka, nie tylko ze względu na walory smakowe ;).

Gdy zdecydowaliśmy się opuścić kawiarnię, deszcz akurat zaczął się uspokajać. Ruszyliśmy więc do naszego pensjonatu i – po jeszcze jednym epizodzie chowania się pod przygodnym daszkiem – po 17:00 dotarliśmy do pokoju.
Oczywiście usiedzieć tam nie potrafiliśmy, więc po ogólnym ogarnięciu się i przebraniu, korzystając z poprawy pogody, ruszyliśmy jeszcze raz w miasto. Chcieliśmy kupić trochę pamiątek dla najbliższych i magnes na lodówkę z naszej podróży poślubnej.
I jakoś tak po raz kolejny zawędrowaliśmy pod samą stację kolejki linowej, kupując po drodze trochę drobiazgów. A że zdążyłem znowu zgłodnieć, to kupiłem sobie w przydrożnej budce hamburgera :). Mniam! 🙂
Kolejny raz do pokoju wróciliśmy po 19:00. Zmęczeni, ale zadowoleni – wykorzystaliśmy dzień do maksimum…
Wzięliśmy prysznic i wieczorem zaplanowaliśmy jeszcze przy piwku zarys jutrzejszego dnia. Obraliśmy kierunek na Szosę Transfogaraską z zamiarem łażenia po górach.
Spać poszliśmy ok. 22:30.

Trasa piesza w górach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.