.: Moje przygody z motocyklami :.

Rumunia Poślubna

Dzień 3 – Środa, 12 lipca 2017 r.

Pobudkę zrobiliśmy ok. 7:30.

Toaleta, sprawne pakowanie i na śniadanko wyszliśmy już w motocyklowych ciuchach na dwór, aby zjeść pod wiatą. Zrobiliśmy sobie na kuchence kawę i na drogę dodatkowe kanapki. Pogoda była dosyć przyjemna – pochmurno, nie za ciepło, nie za zimno.

Po śniadaniu pożegnaliśmy się z gospodarzem i wystartowaliśmy w trasę tuż po 9:00.
Początkowo musieliśmy wydostać się z Borsy, więc przyszło nam jechać po tych nieszczęsnych wykopkach. Ale potem skręciliśmy na drogę DN17C i zrobiło się fajnie. Przyjemne winkle, idealne warunki do jazdy – nic tylko gnać przed siebie :).

Ale niestety. Chmury zaczęły gęstnieć, zaczęło lekko kropić i z każdym kilometrem deszcz się nasilał. W końcu zostaliśmy zmuszeni do zatrzymania i założenia kombinezonów przeciwdeszczowych. Ech…
Wraz z deszczem zrobiło się chłodniej i Monika trochę zmarzła.
GPS poprowadził nas po trasie DN17C do Salvy, potem 17D do Mocod, gdzie odbiliśmy na boczną drogę 172. Ta doprowadziła nas do krajowej DN17, ale znowu odbiliśmy na trasę niższej kategorii nr 151. Mapy Google lubią egzotyczne drogi ;). Na szczęście żadna z nich nie była zła i jechało się całkiem dobrze – na ile dobrze jeździ się motocyklem w deszczu ;).

Wreszcie, po ponad 100km, wjechaliśmy na lepszą drogę nr DN15A, a pogoda zaczęła się poprawiać. Gdy więc za miasteczkiem Teaca wpadliśmy na fajne winkle pośród winnic, postanowiłem zrobić postój na drugie śniadanie i herbatę z termosu. Było tuż przed 12:00, a w kołach mieliśmy ok. 130km.

Posileni pojechaliśmy dalej. Jeszcze nie zdecydowaliśmy się na zdjęcie kombinezonów, ale wszystko wskazywało na to, że popołudnie będzie pogodne.
Ok. godziny 13:00 wjechaliśmy do Targu Mures i po przebiciu się przez centrum…,

… na wylocie z miasta zobaczyliśmy hipermarket Auchan. Zjechaliśmy tam, aby kupić Monice jakieś nowe sandały :).
I w sklepie pech. Ledwo weszliśmy do środka – bach! – wysiadł prąd. Sam Auchan ruszył na jakimś zapasowym zasilaniu, ale sklepy przed kasami, w tym buciarnia CCC, już prądu nie miały…
Połaziliśmy po sklepie jakieś 15-20 minut w nadziei, że prąd wróci, ale oczywiście nie wrócił. Szkoda było naszego czasu… Wzięliśmy więc tylko kilka drobiazgów spożywczych i bez sandałów wróciliśmy do motocykla.
Zrobiło się upalnie, więc w dalszą trasę wystartowaliśmy już bez przeciwdeszczówek i swetrów.

Jakieś 50km dalej, jadąc trasą DN13, wjechaliśmy do centrum Sighisoary…

… i zaatakowaliśmy kolejne centrum handlowe. Ale kolejny raz skończyło się to tylko na stracie czasu – sandałów nie udało nam się kupić.
Jadąc dalej w stronę Braszowa zrobił się dosyć spory ruch i było trochę wyprzedzania. Ale asfalt pozwalał na naprawdę sporo – był dobry i szeroki, a miejscami pojawiały się po dwa pasy w jedną stronę. Jechało się więc dosyć dynamicznie ;).

Ale pech nam nie odpuszczał. Gdzieś w okolicach wioski Fiser poczułem silne uderzenie w szyję i ból jak przy użądleniu. Z uwagi na upał miałem trochę poluzowany kołnierz kurtki i odsłoniętą szyję. Zwolniłem, zacząłem rozcierać bolące miejsce rękawicą i wtedy – bach! Kolejne użądlenie, tym razem w lewy bark. Jakieś kurewstwo nie dość, że zdążyło użądlić mnie przy uderzeniu w szyję przy ok. 90km/h, to jeszcze przeżyło, wpadło do kurtki i żądliło w najlepsze dalej! Na motocyklach jeżdżę od 15 lat i jeszcze nigdy nic mnie nie pogryzło…
W desperackiej próbie zabicia owada uderzyłem się pięścią kilka razy w miejscu drugiego użądlenia i czym prędzej zatrzymałem motocykl na poboczu. Po zdjęciu kurtki nie udało nam się z Moniką namierzyć gryzącego skurczybyka, ale w ramieniu znaleźliśmy wbite żądło. Ała…
Miejsce naszego postoju było dosyć niefortunne (przy skraju bardzo ruchliwej drogi), więc po usunięciu żądła czym prędzej ruszyliśmy dalej. Po paru kilometrach natknęliśmy się jednak na ładnie wyglądający hotel Dumbrava z restauracją, więc zatrzymaliśmy się, aby nieco ochłonąć i coś zjeść. Była już godzina 16:00, więc czas był najwyższy na obiadek :).
Zamówiłem sobie naturalnie mięsko a Monika jakąś sałatkę. W opisie mojego dania było napisane „pork, 3 pieces”, więc myślałem, że dostanę jakieś trzy wieprzowe wysmażone polędwiczki. A przyszło na talerzu coś takiego:

No, trzypiętrowego kotleciska to się nie spodziewałem ;). Do tego stopnia, że mimo ostrego głodu, nie dałem rady zjeść wszystkiego… 😉
Z pełnymi żołądkami ok. 17:00 wystartowaliśmy w dalszą drogę na Braszów. Po paru zaledwie minutach dotarliśmy do miasta Rupea, gdzie zobaczyliśmy „nasz” motel z 2013 r.

Nad miastem z kolei górowało wzniesienie z potężną Twierdzą Rupea, której początki datowane są na VII wiek, a dzisiejszy kształt pochodzi z wieku XII. Nie mieliśmy jednak czasu, aby podjechać bliżej i się jej przyjrzeć.

Im bliżej Braszowa byliśmy, tym cięższe chmury wisiały na horyzoncie. Nasza droga cały czas biegła jakby bokiem i miałem cichą nadzieję, że burzę ominiemy. Ale gdzie tam! Pech znowu zadziałał. Po ominięciu Braszowa obwodnicą wycelowaliśmy prosto w sam środek nawałnicy.

Tyle dobrze, że zdążyliśmy ubrać kombinezony zanim zaczęło lać. Ale zły byłem niesamowicie – do celu dzisiejszego dnia zostało nam zaledwie 30km…
Do Busteni dotarliśmy ok. 18:30. Oczywiście przemoczeni, żeby nam się przyjemniej noclegu szukało :).

A to okazało się nie takie proste. Mimo, że w centrum pensjonatów było do cholery, to większość miała zajęte wszystkie pokoje. W ferworze poszukiwań dojechaliśmy nawet pod samą stację kolejki linowej, którą następnego dnia chcieliśmy wyjechać w góry.

Wreszcie, po ponad półgodzinnym poszukiwaniu, trafiliśmy do czterogwiazdkowego pensjonatu Maia. Cena za nocleg nie była może najniższa, ale byliśmy w końcu w podróży poślubnej i trochę luksusu po ciężkim dniu nam się należało ;).
Gospodarze zakwaterowali nas na drugim piętrze. Ze schodów wchodziło się do sporej i dobrze wyposażonej kuchni, która współdzielona była przez mieszkańców całego piętra. W kuchni tej znajdowały się drzwi do trzech pokoi. W naszym mieliśmy do dyspozycji (poza oczywiście łóżkiem) balkon z pięknym widokiem na górujące nad Busteni szczyty…,

… telewizor, lodówkę (co cieszyło najbardziej), no i oczywiście łazienkę.

Wszystko otwierane było przy użyciu kart, jak w hotelach – klatka schodowa, wejście na piętro i drzwi pokoju. Wypasik!
Motocykl wylądował na zamkniętym podwórzu…,

… a my, po przebraniu się w cywilne ciuchy, wyszliśmy ok. 20:00 jeszcze do centrum Busteni na spacer i zakupy. Deszcz na szczęście przestał padać.

Eskapada przyniosła nam same pozytywne rezultaty. Kupiliśmy Monice nowe sandały (w zamkniętym od dwóch godzin sklepie ;)), a dla mnie piwo :).

Ok. 21:00 wróciliśmy do pokoju.

Wreszcie mogliśmy trochę odsapnąć. Wzięliśmy prysznic (co nie obyło się bez zalania wykładziny przy wejściu do łazienki :P), zjedliśmy kolację, napiliśmy się piwka… Sielanka :).
Jeszcze przed pójściem spać ustaliliśmy plan na następny dzień i nastawiliśmy budziki. Prognozy pogody sugerowały, że nic nam wyprawy w góry nie powinno pokrzyżować.
Tego dnia pokonaliśmy 407km.

Pokonana trasa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.