.: Moje przygody z motocyklami :.

Rumunia

Dzień 5 – 3 lipca 2015 r.

No i nastał pierwszy dzień odwrotu do Polski. Zaliczyliśmy wszystkie trzy wyznaczone sobie cele wyprawy, był piątek, a niedzielę chcieliśmy mieć na odpoczynek w Rybniku. Rozbicie powrotu na dwa spokojne dni oznaczało, że trzeba było już tego dnia powoli kierować się ku Polsce.

Spakowaliśmy wszystkie graty, wskoczyliśmy na motóra i opuściliśmy ośrodek. Pojechaliśmy dalej przez dolinę drogą 17B w stronę Vatra Dornei. Potem przejechaliśmy kawałek drogą DN17 i dalej 1B w stronę Borsy.

Generalnie po drodze nie zaskoczyło nas już nic nowego. Asfalt był raz lepszy raz gorszy, przejeżdżaliśmy przez różne wsie i miasteczka, a Monika trzaskała fotki, skupiając się na warunkach życia w Rumunii.

Obfotografowała więc dziesiątki domostw, gospodarstw, kościołów. No i oczywiście zwierzątek, jak tylko jakieś przy drodze się zdarzyły.

Pogoda trafiła się upalna, więc na co bardziej krętych odcinkach, których na trasie kilka zaliczyliśmy, jechało się naprawdę fajnie – można było troszkę jeszcze powinklować :).
Ale dla kontrastu niestety też spory odcinek trasy przed Borsą miał fatalny asfalt i jechało się bardzo mozolnie. Dziura na dziurze, co zmuszało do jazdy z prędkościami 50-60km/h i częste hamowanie niemal do zera… Pojawiające się tablice z informacją o długości odcinka ze zniszczoną nawierzchnią (Drum in Lucru) powodowały tylko frustrację, gdyż po przejechaniu oznakowanego odcinka np. 8km dziur, zamiast zbawiennego gładkiego asfaltu, pojawiała się nowa tablica o dziurach na odcinku następnych 12km… Mieliśmy zatem sporo czasu na podziwianie widoczków – droga 1B wiedzie przez góry, więc przynajmniej okoliczności natury były przyjemne ;). Zrobiliśmy sobie zresztą tam postój przy ławeczce na kawę i krótki odpoczynek.

Niewiele dalej zatrzymaliśmy się jeszcze raz przy pasiece, których w górach po drodze sporo mijaliśmy i kupiliśmy sobie słoik miodu jako upominek dla rodzinki. Miód prosto od pszczół, sama natura :).
Za Borsą, którą pewnie warto odwiedzić, bo otoczona jest górami i licznymi atrakcjami turystycznymi, zaczęliśmy zbliżać się do granicy z Ukrainą i nawet przez jakiś czas, jadąc krajową 19-tką, łapaliśmy zasięg ukraińskiej sieci komórkowej. Tam też zaczęliśmy rozglądać się za fajnym miejscem, aby zjeść ciepły posiłek i jak na złość nic ciekawego nie potrafiliśmy znaleźć. Ja chciałem naturalnie rozłożyć się nad jakąś rzeką, aby było miło, ale po dłuższej jeździe i bezskutecznych poszukiwaniach, zatrzymaliśmy się w końcu przy drodze, przy betonowych ławeczkach. Ileż można szukać, jak człowiek głodny?
Oj, słońce dowaliło na tym postoju tak do pieca, że ciężko było wysiedzieć. Cienia zero i przy tej lampie, w motocyklowych ciuchach, gotowaliśmy obiad i siebie od środka. Spoceni byliśmy jak cholera…

Po obiedzie, jadąc dalej, po zaledwie kilku kilometrach trafiły się przynajmniej dwa zacienione miejsca, gdzie mogliśmy obiad zjeść w dużo przyjemniejszych warunkach. Kolejny raz mieliśmy pecha – przez cały wyjazd szukając na siłę fajnego miejsca pod obiad czy nocleg, nigdy nie potrafiliśmy go znaleźć. Gdy nam zaś miejscówki do spania, czy pod posiłek potrzebne nie były – mijaliśmy super lokalizacje co chwilę ;). Życie!

Droga nr 19 doprowadziła nas do Satu Mare, gdzie już było odbicie na drogę 19A do granicy z Węgrami w Petea.

Ogólnie, mając przeciętne wspomnienia z jazdy po Słowacji podczas drogi do Rumunii, postanowiliśmy wracać nieco inną drogą do Polski, którą sprawdził nam w internecie brat Moniki.
Przez nudne i ciągle upalne Węgry jechaliśmy więc najpierw drogami nr 49 i 41 w stronę miasta Nyiregyhaza, a potem nr 38 w stronę Miszkolca.
Dosyć dla mnie niespodziewanie ok. 18:00 minęliśmy tablicę wjazdową do Tokaju. Jakoś nie zwróciłem wcześniej uwagi na mapie, że nasza trasa biegnie dokładnie przez to powszechnie znane miejsce. Pojawiało się co prawda na tablicach, ale myślałem, że je jakoś ominiemy.
Przejechaliśmy w Tokaju nad rzeką i jakoś tak zatrzymaliśmy się, aby rozważyć zostanie tam na nocleg. Opcja kusiła, bo było ciągle gorąco, więc może nawet jakaś kąpiel w rzece by nam się udała… Ale urodziła się nam w głowach inna koncepcja i ostatecznie na nią się zdecydowaliśmy. Postanowiliśmy dojechać jednym ciągiem do Rybnika… 🙂
Wiedzieliśmy, że przyjedziemy późno w nocy. Pogoda nam jednak sprzyjała, nie czuliśmy się jeszcze bardzo zmęczeni, więc… Czemu nie? W swoim łóżku śpi się najlepiej…
Pogrzaliśmy więc dalej – za Tokajem droga nr 37 doprowadziła nas do Miszkolca, skąd wyjechaliśmy na trasę nr 26 w stronę przejścia granicznego w Kral.
Gdy osiągnęliśmy granicę ze Słowacją, już z wolna zapadał zmierzch.

Jechaliśmy dalej w dosyć sporym ruchu drogami 67 i potem 16 przez Łuczeniec w stronę Zwolenia.

Zapadła noc, a my, napędzani kabanosami i kawą, jechaliśmy dalej, do Bańskiej Bystrzycy.
Za Bańską Bystrzycą wjechaliśmy na drogę nr 14 w stronę Martin i… okazało się, że jest to przełęcz przez góry! Ruch znikomy, a my wspinaliśmy się szerokimi serpentynami pod górę, mając z lewej strony wysoką, miejscami pionową ścianę skalną. Oj, było to niesamowite i niespodziewane! Jazda w głębokich złożeniach, przerzucanie obładowanego bagażami motocykla z lewa na prawo w ciemnościach, które oświetlała jedynie lampa CBFy, na długo pozostanie w mojej pamięci. Coś niesamowitego!
Zakrętasy doprowadziły nas do drogi tranzytowej nr 65, którą dojechaliśmy do Martin. Tam trochę pobłądziliśmy próbując wydostać się na Żylinę i Cieszyn, więc musieliśmy wspomagać się komórkowym GPSem. Za Żyliną już było łatwiej – zapieliśmy krajową jedenastkę, która jak po sznurku doprowadziła nas przez Cadcę do Cieszyna.
Na tym odcinku trafił nam się na trasie szalony lider – półciężarówka na polskich blachach. Kierowca poganiał, jakby go pszczoła w tyłek użarła. Wyprzedzał wszystko w iście motocyklowym stylu. Wcześniej, będąc nieco zmęczony i biorąc poprawkę na ciemności, lecieliśmy sobie 100-110km/h, ale gdy się pod niego podpięliśmy, to prędkości wzrosły do 120-130km/h :). Nasz postęp w powrocie do domu znacznie przyspieszył i w razie czego mieliśmy sponsora – jego pierwszego by misie z suszarką namierzyły.
Jechaliśmy za nim dobre parędziesiąt kilometrów, nim zgubił nam się przed Cieszynem. Ale tutaj już nam nie był potrzebny – od Cieszyna po polskiej stronie mieliśmy ekspresową S1 do Skoczowa i potem dwupasmówkę do Żor. Noc była już głęboka, Monika wymarzła jak cholera, ale ostatecznie szczęśliwie dojechaliśmy do Rybnika około godziny 1:30.

Powrót zamknął się dystansem 929 km. W sumie podczas całego wyjazdu do Rumunii nakręciliśmy na koła CBFy 2828km, a licznik zatrzymał się na przebiegu 123857km.

Pokonana trasa.

Podsumowanie

Wyjazd jak najbardziej się udał. Motocykl, mimo naprawdę największego w swoim życiu obciążenia, dał radę – nic się nie popsuło. Nawet spalanie mnie nie zabiło – średnio CBFa zadowalała się w trasie nieco ponad 5l/100km.
Podczas wyprawy mieliśmy przekrój niemal wszystkich możliwych warunków pogodowych – od upałów po ulewne deszcze. Pod tym względem mogło być zdecydowanie lepiej…
Monika z wyjazdu przywiozła niedosyt i chęć odwiedzenia tego kraju raz jeszcze. Ja również żałowałem, że nie udał nam się nocleg w namiocie nad rzeczką, oraz że po raz drugi nie było mi dane pokonać Szosy Transfogaraskiej po suchym. Mamy więc po co kolejny raz do Rumunii wrócić :).
Napięty grafik wyjazdu spowodował, że nie brakło napięć między mną a Moniką. W tak krótkim czasie trudno było pogodzić zachcianki każdego z nas z osobna ;). Do naszych błędów należy więc zaliczyć:
– zbyt późne szukanie noclegów, co nie pozwoliło nam na odbycie większej ilości spacerów i penetrowania Rumunii spoza siodełka motocykla,
– nie spróbowaliśmy żadnego lokalnego jedzenia,
– brak przygotowania listy ciekawych do odwiedzenia miejsc.
Ale, co się odwlecze… Może za rok, może za dwa. Z całą pewnością jest w Rumunii jeszcze co oglądać, a miejsca, które widzieliśmy, zawsze chętnie odwiedzę po raz kolejny :).
O dziwo wyprawa okazała się bardzo niedroga. Zamknęliśmy się w budżecie ok. 1300zł, wliczając w to oczywiście paliwo do motocykla. Benzyna była zresztą lwią częścią kosztów. Kosz trzech płatnych noclegów nie przekroczył 250zł, paliwo to ok. 900zł. Reszta to drobne zakupy produktów spożywczych, jak piwo, pieczywo i konserwy zakupione przed wyjazdem. Myślę, że przy większym nastawieniu na dzikie noclegi, można by koszty jeszcze ograniczyć.
Także nie pozostaje mi nic innego tylko polecić po raz kolejny wszystkim odwiedzenie Rumunii. Jest to istny, żywy skansen Europy. I niestety obawiam się, że szybko w tej formie przestanie istnieć. Postęp – bez dwóch zdań – wkroczy do Rumunii na przestrzeni najbliższych lat i zatrze to, co w tym kraju najpiękniejsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.