.: Moje przygody z motocyklami :.

Obóz pracy w Anglii

Dzień 89 – 19.09.2007 r.

Już o godzinie 7:00 rano nie spałem. Trzy godziny snu… Poleżeliśmy jeszcze do 7:30 i zerwaliśmy się na równe nogi, by ruszyć w dalszą drogę. Jakoś tak woleliśmy za długo nie obozować na dziko, tym bardziej, że w nocnych ciemnościach jakoś tak zawinęliśmy się wjeżdżając w las, że namiot rozbiliśmy bardzo blisko leśnej ścieżki.
Już nawet nie pamiętam gdzie zjedliśmy śniadanie, ale na pewno nie w lesie ;]. Musiało to być na którejś stacji benzynowej…

Opony lekko ubłocone – czyli tradycji stało się zadość ;].

Po opuszczeniu lasu nasza dalsza trasa powrotna przebiegała bez niespodzianek, z naturalną przy takich przelotach monotonią. Pociskaliśmy sobie 130km/h, a im bliżej domu byliśmy, tym prędkości rosły :).
Zimno było sakramencko, więc mimo braku deszczu, kombinezony mieliśmy na sobie…
Na ciepłe drugie śniadanie zatrzymaliśmy się ok. 10:00 na stacji, przy której rok temu spotkałem znajomych z osiedla, gdy z Kudżą wracaliśmy do Polski. Przemarznięci wyciągnęliśmy kuchenkę i podgrzaliśmy sobie Ravioli. Zauważył to jeden kierowca TIRa – Polak. Chyba musieliśmy kiepsko wyglądać, bowiem zaoferował się, że poczęstuje nas zupką z kubka ;]. A co tam – skorzystaliśmy ;).
W trasie zmęczenie oczywiście nas ostro brało, więc po drodze kawy nie zabrakło i nie obyło się też bez Red Bulli ;]. Ale suma summarum, mimo tych postojów i nie najlepszej kondycji, postęp mieliśmy niesamowicie dobry, toteż jakoś chwilę po południu zawitaliśmy w Polsce w Zgorzelcu :D.
Odcinek drogi między Zgorzelcem, a autostradą A4 jest od dłuższego czasu w naprawie, więc po rajzie przez całą Europę można przeżyć niemały szok, wpadając w Polski busz dziur i remontów dróg. Ja już ten klimat poznałem rok wcześniej, ale Arturowi aż oczy na wierzch wychodziły, gdy zderzył się z tym kontrastem ;).
Jakoś tak wyprzedzając różne korki, ciężarówki i inne bliżej nieokreślone pojazdy, mniej lub bardziej mechaniczne, dokopyrtaliśmy się do A4, gdzie znowu mogliśmy pogonić :). A że domek już z wolna czuliśmy, to ponownie zaczęły pokazywać się prędkości rzędu 150km/h ;).
I tuż przed 15:00 – Wrocław!

Jeszcze tylko 170km i Gliwice!

We Wrocku obowiązkowe tankowanie na tej samej stacji, na której tankowaliśmy wyjeżdżając 3 miesiące wcześniej z Polski, sik w krzaki i rura dalej :). Domek, domek, domek!
Ostatni żabi skok do Gliwic zajął nam nieco ponad godzinę, więc na stacji BP, od której się wszystko zaczęło, znaleźliśmy się o 16:10 :). Radość nasza i zmęczenie nie znały granic! :).

Zwycięstwooooo!! 🙂

Na tej stacji pożegnaliśmy się z Arturem po 3 miesiącach wspólnej gehenny i każdy z nas pojechał już w swoją stronę. Artur do Zabrza, a ja do Rybnika…
Pod blok zajechałem o 16:40 nieco wypompowany z życia acz szczęśliwy i… pocałowałem klamkę drzwi :D. Nikogo nie było jeszcze w domu ;). Klucze miałem, więc drzwi bez problemów sforsowałem i w progu przywitał mnie kot :).
Gdy kilka godzin później odstawiałem TDMkę na zasłużony odpoczynek do garażu, jej licznik wskazywał 29750km. Ten ostatni dzień powrotu z emigracji zamknął się więc dystansem dokładnie 700km, a cały powrót z New Mills do Rybnika to 1964km.

Podsumowanie:

No co tu dużo pisać… Było pracowicie! Wyjazd pod względem finansowym był najlepszym z dotychczasowych, ale z drugiej strony chyba najmniej sobie pozwiedzałem. Jednak nie żałuję, gdyż za zarobione pieniądze w następnym sezonie też będzie można zobaczyć kawałek świata. O ile ich nie rozwalę :D. Wyjazd więc należy zakwalifikować do w pełni udanych.
Motocykl. Generalnie spisał się doskonale. Zawiózł mnie, przywiózł, z godnością znosił trudy codziennych dojazdów do pracy i złą pogodę… Jedynym problemem było zużycie oleju, które jednakże nie wiem w jakim stopniu wiązać z silnikiem, a w jakim z nieszczelnym deklem pompy oleju…
W sumie cały wyjazd zamknął się dystansem 7140km. Czyli pokonałem tylko o setkę kilometrów mniej niż rok temu :). Całkiem przyzwoity wynik…
No, kto wie, czy to nie był mój ostatni zagraniczny wyjazd za kasą. Jestem obecnie na ostatnim roku studiów, obrona czeka mnie w czerwcu lub lipcu 2008 r., a potem już wypadałoby szukać jakiejś konkretnej pracy w Polsce. No chyba, żeby udało mi się wyrwać do Anglii na lipiec i sierpień po obronie a pracy w wyuczonym (heheh) zawodzie szukać w Polsce od września?
Co los przyniesie – czas pokaże…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.