.: Moje przygody z motocyklami :.

Obóz pracy w Anglii

Dni od 76 do 87 – 6.09 – 17.09.2007 r.

W pracy w zasadzie nie zmieniło się nic, więc skupię się na tym, co działo się w naszym nowym lokum przez te ostatnie blisko dwa tygodnie :).
A było całkiem wesoło!

Z Tomkiem i Bogdanem mieszkało nam się bardzo dobrze. Bez zatargów, udawania grzeczności i tłumionego gniewu w imię dobrych stosunków. Tam wszystko było czarno na białym :). Jednak co koledzy z pracy, to koledzy z pracy :). Musieliśmy się jednak poniekąd dostosować do ich życia towarzyskiego, które jak się okazało, było dosyć ożywione :).

Od lewej: Bogdan, jego żona, Tomek i ja.

Już pierwszego dnia naszego pobytu w nowym domku, po pracy w chacie zjawiła się znajoma Tomka i Bogdana – Beata z synkiem. No i razem kulturalnie wypiliśmy piwko, pooglądaliśmy zdjęcia Tomka itd.
8 września zrobiliśmy sobie małą imprezkę. Przyjechał do nas kolega z pracy – Jozef (Słowak) i wspólnie poszliśmy do pobliskiego Pubu. Najpierw Artur jednak przewiózł Jozefa na swojej XJcie, gdyż ten jeszcze nigdy nie jeździł na moto i chciał spróbować :).

Od lewej: Joze, Artur, Tomek, Beata z synem i Boguś z żoną.

W Pubie piwko, my robiliśmy za tłumaczy i jakoś wszystko się kręciło. Była tam też taka ładna barmaneczka, z którą trochę sobie pogadaliśmy. Ale w miarę szybko wróciliśmy do domu, bo praca następnego dnia oczywiście na nas czekała :).
No i tak generalnie przez całe dwa tygodnie coś się działo. A to wpadali znajomi Tomka i Bogdana, albo oni wychodzili do kogoś lub po prostu na piwo do knajpki. Zdecydowanie życie nam się urozmaiciło ;).

Okazało się, że w okolicy naszej chaty są śliczne tereny spacerowe. Jak wspominałem, nasza kamienica stała nad rzeką. Rzeka ta biegła poniżej wszystkiego innego, głęboką dolinką. Jej zbocza częściowo były obmurowane, aby się nie osuwały, ale było tam też dużo zieleni, mostów, pozostałości starych budynków, kładki spacerowe…

Okolica naprawdę śliczna. Wszystko krzyczało klimatem Anglii dziewiętnastego wieku… Mnie najbardziej podobała się stara opuszczona fabryka Torr Vale Mill, która stała nad samą rzeką na jej zakolu, i która założona została, jak dobrze pamiętam, w 1790 roku! Niesamowite sprawiała wrażenie!

Tak fabryka wyglądała z góry….

Korciło jak cholera wejść do środka i trochę pozwiedzać sobie jej opuszczone korytarze i hale, jednak jakoś z Arturem uznaliśmy, że to zbyt ryzykowne szukanie guza. Tym bardziej, że cały teren fabryki zabity był dechami (gdzieniegdzie sforsowanymi przez odważniejszych od nas poprzedników :P). Jak się bowiem okazało w 2001 roku fabrykę częściowo strawił pożar, a normalnie funkcjonowała ona jeszcze w grudniu 2000 roku… Nieźle!

… a tak z dołu, z kładki spacerowej biegnącej nad rzeką.

Wielkimi krokami zbliżał się ostatni dzień naszej pracy. Planowaliśmy z Arturem ruszyć do Polski we wtorek 18 września. Poniedziałek chcieliśmy zostawić sobie na załatwianie wszystkich niezbędnych spraw, jak przelew kasy, zakupy żarełka na drogę itd. Teoretycznie więc niedziela miała być naszym ostatnim dniem pracy, jednak wspólnie zdecydowaliśmy, że lepiej będzie i niedzielę sobie odpuścić, a w sobotę po pracy zorganizować imprezę pożegnalną :). Niedziela oczywiście przeznaczona była na leczenie kaca :P.
Jednak tu na drodze naszych planów stanął Denis. Wymusił na Mariuszu i Jozefie przyjście do pracy w niedzielę… W związku z powyższym i my też zdecydowaliśmy się przyjść… Ale w zrobieniu imprezki to nam nie zaszkodziło! 😀
W sobotę po pracy nakupiliśmy z Arturem trochę ciastek, chipsów i alkoholu, a w domu przygotowaliśmy kuchnię i salon pod większą ekipę, jaka miała się pojawić :).
Najpierw, ok. 17:00 zjawili się znajomi Tomka i Bodgana, ale z flaszką postanowiliśmy poczekać na Mariusza, Agnieszkę (jego żonę) i Jozefa. A oni spóźnili się blisko dwie godziny :P.
Od 19:00 zaczęła się balanga na całego ;).

Bawimy się!

Obaliliśmy dwie butelki Whiskey, po czym uderzyliśmy do pubu na piwko. Tam usiłowaliśmy przez chwilę grać w bilarda, ale dynamiczna nierównowaga szarych komórek skutecznie nam to uniemożliwiała ;).
Jakoś przed północą udaliśmy się do innego lokalu, na kolejne piwo :P.

Tam usiedliśmy sobie na powietrzu w takim ogródku i jeszcze jakiś czas bawiliśmy się w najlepsze :). Zmaterializowała się tam też ta ładna barmanka z poprzedniego pubu i dosiadła się do nas, więc towarzystwo mieliśmy całkiem miłe ;).
Jakoś po 1:00 w nocy Mariusz postanowił urwać się już do domu. Musiał przecież rano wstać do roboty… No, a że my się też do tego zobowiązaliśmy, to również z wolna udaliśmy się na spoczynek… Imprezka udała się nam doskonale :).

W niedzielę wstawało się ciężko, ale daliśmy radę :P. W pracy jednak nie siedzieliśmy długo – zaledwie 4 godziny. Byliśmy wszyscy wkurzeni na Denisa, że nie chciał za bardzo dać nam wolnej niedzieli i w ten sposób daliśmy mu o tym znać ;). Zazwyczaj w weekendy walczyliśmy ile tylko się dało, więc tak wczesne opuszczenie fabryki musiało być dla niego małym zaskoczeniem ;).
I tak po prostu o 11:00 ostatni raz odbiliśmy z Arturem swoje karty pracownicze…

… i pojechaliśmy do domu…

W poniedziałek wstaliśmy o 9:30, a godzinę później pojechaliśmy do Hyde, załatwić formalności w KPJ. Widać było, że Jacky miała nam za złe, że ani razu przez cały pobyt nie udało nam się wspólnie pobawić i że w sumie nie odzywaliśmy się do niej za bardzo. Ale mnie to zwisało, bo ona w ogóle nie odpisywała na nasze wiadomości. Kilka razy do niej pisaliśmy, co u niej słychać, jak żyje – a ona to zlewała. Nawet nie odpisała na wiadomość, że nas z chaty wyrzucili :). Więc mogła sobie swoje dąsy wsadzić :P.
I zresztą szybko zmiękła i atmosfera rozmowy się poprawiła. Zostawiliśmy jej nasze polskie adresy, aby mogła nam wysłać dokumenty do rozliczenia podatku, polskie numery telefonów, pogadaliśmy chwilę i… pożegnaliśmy się :).

W sumie bez większego żalu…
Potem podjechaliśmy do banku, gdzie przelaliśmy swoje pieniądze na polskie konta i poprosiliśmy o zmianę naszego adresu zamieszkania na… adres banku, aby ew. poczta nie buszowała niepotrzebnie po świecie :P.
Potem jeszcze biblioteka, net, maile, prognozy pogody i już mogliśmy wracać do New Mills. Po drodze jednak zahaczyliśmy jeszcze o fabrykę, by pożegnać się z wszystkimi pracownikami. W niedzielę nie było prawie nikogo. Machnęliśmy sobie fotkę z szefem fabryki (który nota bene był niesamowicie miłym człowiekiem), obeszliśmy sobie wszystkie kąty fabryki i z mieszanką smutku i radości ostatni raz opuściliśmy progi Cardiem.

Szefostwo Cardiem. Pierwszy z lewej właściciel – Mike. Brakuje tylko Denisa ;).

W New Mills zrobiliśmy sobie jeszcze zakupy na drogę powrotną do Polski i resztę dnia mogliśmy już zmarnować na odpoczynek przed czekającą nas szarżą przez pół Europy :).
Na liczniku miałem tego dnia 27786km. Czyli 5176km od wyjazdu z domu :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.