Rumunia 2013 (1) | |
Menu: Strona główna Nowości Motocykle Wyjazdy Warsztat Galeria Autor |
<= Poprzedni | 0 | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | Następny =>
Dzień 1 - 1 czerwca 2013 Start uzgodniony mieliśmy o 6:00 rano spod garażu Krzyśka. Ja jakoś spać nie mogłem, więc zamiast o 5:00, na nogach byłem już o 4:00. Od ostatnich kilku tygodni mieliśmy w Polsce bardzo paskudną pogodę - ciągłe deszcze i burze. Miałem nadzieję, że do naszego wyjazdu zdąży się wypadać. Ale niestety nie. Jakoś o 3:00 nad ranem zaczęło sipić, a gdy przed 6:00 wychodziłem po motocykl - lało jak z cebra :(. Nim doszedłem do garażu, dźwigając kufer centralny, rolkę i namiot już byłem przemoczony z wierzchu, mokry od potu pod ciuchami i miałem mokro w butach. Beznadziejny początek... Zajechałem pod garaż Krzyśka - już tam z Siostrą był i kończył montowanie bagażu do moto. Także bez specjalnej zwłoki, punkt 6:00 wystartowaliśmy w trasę. Lało. I to lało solidnie. Jechało się więc przeciętnie. Rybnik, Pszczyna, Bielsko, Żywiec... W Żywcu w zasadzie padać przestało, a gdy przekraczaliśmy granicę w Korbielowie - asfalt zrobił się suchy :). Pierwszy krótki postój zrobiliśmy na Słowacji w Oravskym Podzamoku. Tak na rozprostowanie kości i wciągnięcie wafla, aby zaspokoić lekki głodek. ![]() ![]() Dalsza trasa biegła przez Kosice i - już po węgierskiej stronie - na Miskolc. Gdy pokonaliśmy granicę z Węgrami, początkowo chcieliśmy kupić winiety na autostradę. Ale po konsultacji sprawy z mapą uznaliśmy, że możemy obyć się bez dróg szybkiego ruchu. I to był strzał w dziesiątkę. Układ dróg na Węgrzech jest równie skomplikowany jak mapa warszawskiego metra. Puste po horyzont i nudne jak flaki z olejem proste. Wyprzedzanie pojedynczych samochodów należy planować z kalendarzem, a nie zegarkiem, gdyż zauważony w poniedziałek przed sobą samochód dogonisz w okolicach środy. Policji zero... Żyć nie umierać! Naprawdę autostrady są w tych warunkach zupełnie zbędne. Z tego etapu trasy zapamiętałem Miasto Bocianów. Praktycznie od tablicy wjazdowej do miasteczka, aż po jego koniec, przy drodze, na każdej latarni, było gniazdo z przynajmniej jednym lokatorem w środku. Oczywiście nie wpadliśmy na pomysł, aby zapamiętać nazwę miejscowości lub zatrzymać się na zdjęcie. Ciekawszy najwyraźniej wydał nam się przystanek autobusowy i pusta prosta przez pole ;). ![]() I tylko ciśnie się pytanie... Da się? U nas, np. w Warszawie, z moich obliczeń wynika, że światła obliczone są na jakieś 200km/h średniej. Przepisowo jadąc zaliczysz - chyba za karę - wszystkie czerwone światła... To też nic dziwnego, że u nas na drodze jest burdel, a każdy zmienia pasy jak szalony... Jakoś po południu zatrzymaliśmy się nad rzeką Tiszą aby coś zjeść. Akurat wzdłuż rzeki, chyba na wale przeciwpowodziowym, wytyczona była szutrówka, którą odjechaliśmy kawałek od drogi i na betonowym pomoście z zasuwą przelewową rozgościliśmy się z naszą kuchenką. Mieliśmy w naszych zapasach wzięte przez Krzyha z roboty jakieś słoikowe zapomogi dla pracowników. Smakowało to jak zmielone racice zwierza parzystokopytnego w sosie pomidorowym, wyglądało, jakby już ktoś to wcześniej zjadł, ale przynajmniej głód nasz zaspokoiło ;). ![]() Na granicy węgiersko-rumuńskiej pojawiliśmy się chwilę po 16:00. Wpuścili nas bez problemów - byliśmy w Rumunii! :D ![]() Rumun Pierwszy :P. Pierwsze kilometry przez Rumunię były trochę nerwowe, gdyż ruch był spory. Asfalt nawet dawał radę. Machnęliśmy sobie po drodze ze dwa postoje, bo szukaliśmy sklepu, w którym dałoby się zaopatrzyć w pieczywo, piwo i kiełbaski - na wieczór zaplanowaliśmy sobie spanie na dziko z ogniskiem :). ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() No i tyle. Spać poszliśmy koło 22:00, uprzednio myjąc zęby w naszej rzeczce. Namiot tylko krzywo stał na nierównej polance i całą noc zjeżdżaliśmy w śliskich śpiworach po karimatach na dół :). Ale cóż, spanie pod namiotem to zawsze jakieś wyzwanie :). Tego dnia pokonaliśmy 783km. ![]() Pokonana trasa. <= Poprzedni | 0 | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | Następny => Góra strony |
Copyright (c) by zbyhu |